„Szalony Belg” pokonuje zimowy trawers Tasmanii

przez Michał Gurgul | Opublikowano 11 października 2018 19:18

Zimą, samotnie, bez wsparcia z zewnątrz, bez uzupełniania zapasów – można zaryzykować stwierdzenie, że był to trekking w najczystszym stylu. Po 52 dniach i 550 km Belg wyłonił się z tasmańskiej dziczy. Był poraniony, posiniaczony i 15 kilogramów chudszy. Zyskał jednak nowy rekord oraz wymowny przydomek.

Louis-Philippe Loncke (fot. ABC Hobart, Georgie Burgess)

Mad Belgian

Tak ochrzcili go znajomi oraz inni podróżnicy po jego ostatnim wyczynie. Pochodzący z Belgii Louis-Philippe Loncke jest specjalistą od długodystansowych trekkingów przez najbardziej nieprzystępne miejsca na Ziemi. Większość swoich wędrówek organizuje sam, a porusza się nie tylko bez wsparcia, ale często również bez uzupełniania zapasów.

Lista jego wypraw jest długa, a uwagę przyciąga wiele pozycji. Znajdziemy wśród nich:

  • Trawers Fraser Island, Australia
  • Trawers pustyni Simpsona, Australia
  • Trawers Islandii
  • Wyprawa eksploracyjna TitiKayak, Boliwia
  • Trawers Death Valley z północy na południe, USA
  • Trawers boliwijskich pustyni solnych

Loncke odwiedził też w 2012 r. Polskę. Można powiedzieć, że również zrobił trawers naszego kraju. Zaczynając od szczytu Rysów przeszedł najpierw Tatry, by później udać się w kierunku źródeł Wisły. Płynąc kajakiem po wodach naszej Królowej dotarł do Bałtyku gdzie zakończył podróż.

Wyraźnie widać jednak zamiłowanie Belga do australijskich pustkowi i dziczy. Oprócz wspomnianych wcześniej trekkingów Loncke odwiedził w 2007 roku Tasmanię, by po raz pierwszy pokonać trasę wiodącą przez środek olbrzymiej wyspy. Udało się – jednak było to lato.

Tasmańska przygoda zimą

Pokryta śniegiem Tasmania (fot. Louis-Philippe Loncke)

Zimowe przejście liczącej 550 km trasy to już zupełnie inna przygoda. Belg powrócił do Tasmanii by pokonać drogę pomiędzy miejscowością Penguin, położoną na północnym wybrzeżu wyspy, a półwyspem South Cape – nie używając żadnych dróg, nocując wyłącznie w namiocie i nie uzupełniając po drodze zapasów. Gdy rozpoczynał wędrówkę, jego plecak ważył 60 kg, a prowiant pozwalał przeżyć 44 dni. Ostatecznie okazało się, że przejście całej trasy zajęło 52 dni. Pod koniec trekkingu z jedzeniem było naprawdę krucho. Jak wspomina Louis-Philippe:

Moją kolację stanowiła gorąca woda i tabletka aspiryny, bądź dwie. Na śniadanie pozwalałem sobie zjeść rację orzechów – 3o gramów, czasami mniej.

Jeden z posiłków „Szalonego Belga” (fot. Louis-Philippe Loncke)

Jednym z największych wyzwań jakie przedstawiał trekking zimą, była mobilizacja:

Kiedy pada deszcz lub śnieg po prostu nie masz ochoty wychodzić z namiotu. A musisz, i to każdego dnia – to trwało tak długo… Dodatkowe trudności sprawiała waga plecaka – z jednej strony masz ochotę zrobić przerwę bo jest ciężko, z drugiej – nie możesz bo momentalnie robi się zimno. W ciągu dnia pozwalałem sobie tylko na kilka minut odpoczynku.

Z relacji Belga wynika, że wędrówka obfitowała w trudne momenty. Zimno, torowanie w śniegu do wysokości pasa i brak pożywienia pod koniec wyprawy to tylko część z nich. Przez nieuwagę, spowodowaną prawdopodobnie skrajnym zmęczeniem, Louis-Philippe pewnego wieczoru wypalił palnikiem dziurę w namiocie. Na szczęście pożar udało się szybko ugasić. Dużo gorzej mogła skończyć się za to inna przygoda. Podczas jednego ze spływów (na rzece River Derwent w pobliżu Lake St Clair) wędrowiec zdecydował się sforsować zwalony pień drzewa. Prawdopodobnie powodowany zniecierpliwieniem, nie chciał marnować czasu na obchodzenie przeszkody. W efekcie jego tratwa utkwiła pod wodą, a mu samemu cudem udało się wypłynąć na powierzchnię. Kolejne pół godziny zajęło odzyskiwanie tratwy.

Na mecie: emerytowany strażnik parkowy, Phil Wyatt częstuje wędrowca belgijskimi czekoladkami (fot. ABC Hobart, Georgie Burgess)

Louis-Philippe Loncke wyruszył z Penguin 5 sierpnia,  a do mety dotarł 24 września, czyli w okresie, w którym na południowej półkuli panuje jeszcze zima. Tym samym jest pierwszym człowiekiem w historii, który pokonał tę trasę zimą, bez wsparcia oraz uzupełniania zapasów.

Gdy w końcu wyłonił się z dziczy w pobliżu miasteczka Cockle Creek na południowym półwyspie, „Szalony Belg” był o 15 kg lżejszy, posiniaczony i poraniony. Przyznaje, że ucierpiało też jego zdrowie psychiczne. Niemniej trudy przeprawy nie przytłumiły jego podziwu dla piękna natury i tasmańskiej przyrody.

Siniaki i rany po 52-dniowym, zimowym trekkingu (fot. ABC Hobart, Georgie Burgess)

Michał Gurgul
źródło: www.abc.net.au

Skomentuj

XHTML: Możesz korzystać z tych znaczników HTML: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

 


Outdoor Magazyn