Lawinowe ABC – sprzętowe niuanse. Rozmowa ze specjalistą ze sklepu Polar Sport

przez Administrator | Opublikowano 23 stycznia 2017 13:18

Bez kursu lawinowego ani rusz, jednak po kursie musimy zaopatrzyć się w niezbędny sprzęt, czyli lawinowe ABC. Z czego się składa tego typu zestaw i na co musimy zwrócić uwagę? Wyjaśnia specjalista ze sklepu Polar Sport – Leszek Niekraszewicz.

Nauka obsługi detektorów (fot. Ortovox)

Od czego warto zacząć, myśląc o lawinowym ABC?

Leszek Niekraszewicz (specjalista ze sklepu Polar Sport): Po pierwsze, lawinowe ABC powinni mieć przy sobie wszyscy zimowi turyści, którzy wychodzą na wycieczkę powyżej granicy lasu. Dotyczy to turystów pieszych, jak i narciarzy i wspinaczy. Druga kwestia – myślenie o lawinowym ABC powinniśmy zacząć nie od sprzętu, lecz od pogłębienia swojej świadomość dotyczącej zagrożeń, czyli od odpowiednich szkoleń. Podczas kursów z turystyki zimowej czy lawinowych szkoleń dowiemy się, na czym polega użytkowanie tego sprzętu, a tym samym będziemy wiedzieli, czego właściwie oczekujemy i potrzebujemy. Na kursach dowiemy się, jak unikać zagrożeń lawinowych, nauczymy się rozpoznawać rodzaje śniegu, jak powstają lawiny, dowiemy się, jak zachowywać się na lawinisku, jak pomóc osobie zasypanej, jak sondować, odkopywać zasypaną osobę, poznany różnice w detektorach – od najbardziej zaawansowanych do prostych urządzeń. Sprzęt jest bardzo ważny, ale najważniejsze to umieć z tym sprzętem się obchodzić. Nawet najlepszy i najdroższy sprzęt nam nie pomoże, jeśli nie wiemy, co z nim zrobić. Dopiero wtedy możemy przejść do rozważań nad wyborem konkretnych elementów z lawinowego ABC. Najważniejsze są więc wiedza, którą utrwalamy, i doświadczenie, które zbieramy przez lata. Warto w sezonie przypominać sobie nabyte informacje i umiejętności, np. bawiąc się ze znajomymi – zakopać plecak i szukać go z detektorem.

Nauka obsługi lawinowego ABC (fot. Ortovox)

Z czego składa się lawinowe ABC?

W skład tzw. lawinowego ABC wchodzą detektor lawinowy, sonda i łopata. Zaczynając od sondy – standardowa, uniwersalna długość sondy to obecnie 240 cm. Dla osoby początkującej najlepsza będzie sonda aluminiowa, w środku może być kevlar lub stalowa linka. Jest to najbardziej standardowa i najpopularniejsza sonda, składana na mniejsze segmenty. Poza nimi mamy sondy marek Black Diamond czy Ortovox, o minimalnie większej średnicy i wprowadzonej do środka stalowej lince.

Sonda Quickdraw Probe Tour 240 marki Black Diamond

Są one dużo mocniejsze i wytrzymałe, lepiej sprawdzą się przy częstym użytkowaniu. Sondy stalowe, powyżej trzech metrów, są już przeznaczone dla ratowników. Są jeszcze lekkie sondy karbonowe. Niektórym osobom bardzo zależy na wadze sprzętu, ale należy pamiętać, że waga nie zawsze idzie w parze z użytecznością. Ceny sond lawinowych zaczynają się od 190 zł w górę.

Kolejny element – zdawałoby się bardzo prosty – to łopata.

W tym przypadku, najważniejsze jest to, żeby łopata była stalowa. Plastikowa łopata niekoniecznie będzie się sprawdzać w twardym śniegu, jest zbyt elastyczna i będzie się wyginać.

Zaczynając od łopat bardziej zaawansowanych, tzw. ratowniczych – modele te mają dużą powierzchnię szufli i dużo stylisko. Jest ono teleskopowe, wysuwane, dodatkowo mają rączkę w kształcie litery D. Tego typu łopata jest cieńsza, ale dużo bardziej ergonomiczna, łatwiej i szybciej się nią kopie, bo przerzucamy dużo większą ilość śniegu. Wysuwane, teleskopowe stylisko tworzy dźwignię, przez co dużo łatwiej przerzuca się śnieg. Rączkę w kształcie litery D lepiej trzyma się w rękawicy i łatwiej się nią operuje. Najbardziej zaawansowane łopaty mają też funkcję kopaczki, motyczki do ściągania śniegu. Możemy nią kopać jak zwykłą łopatą, ale możemy także przestawić stylisko i ściągać śnieg od osoby, która nam go podaje.

Łopata lawinowa Crest Touring marki CAMP

Bardzo ważne, by w tym miejscu, gdzie jest szufla, nasza łopata nie była zaokrąglona, ma być płaska, żeby można było nacisnąć na nią nogą, potraktować ją jak sztychówkę. Istotne jest to zwłaszcza w przypadku kopania w zabetonowanym, twardym śniegu. Na rynku mamy także łopaty proste, bez teleskopowej raczki, z mniejszą lub większą szuflą. Występują również hybrydy – łopaty z mniejszą szuflą, ale z teleskopowym styliskiem. Są także łopaty, z których można zrobić czekan – po odpięciu górnego styliska mamy ostrze czekana. Za łopatę możemy zapłacić od 180 do 400 zł, w zależności od zaawansowania modelu.

Kopać też trzeba umieć?

Oczywiście! Gdy znaleźliśmy zasypaną osobą, wysondowaliśmy ją, nie kopiemy bezpośrednio nad nią, lecz wbijamy się klinem, schodzimy pół kroku niżej niż zasypana osoba się znajduje. Nadmiar śniegu wyrzucamy za siebie. Wszystko też zależy od tego, czy odkopujemy grupowo, czy pojedynczo. Gdy grupowo – pierwsza osoba odkopuje zasypanego, kolejna przerzuca wykopany przez nią śnieg dalej. Robimy przy tym zmiany, bo czas jest bardzo ważny. Bez kursu tego się nie nauczymy.

Łopata Pro Alu 3 Pocket Spike marki Ortovox

I przechodzimy do, jeśli nie najtrudniejszego, to na pewno najdroższego elementu lawinowego ABC: detektory.

Obecnie liczą się już tylko detektory trzyantenowe, które są bardziej precyzyjne, mają silniejszy sygnał. Najwyższy model na rynku to Barryvox Pulse marki Mammut – model ten ma system wykrywania ruchu. Ratownik, przychodząc z tym detektorem na lawinisko, potrafi oszacować liczbę zasypanych osób, i jeśli zasypani także mają te detektory, to widzi, kiedy nastąpił ostatni ruch danej osoby, czyli kiedy prawdopodobnie została zasypana.

Detektor Pulse Barryvox marki Mammut

Detektory mają dwa sygnały – impuls słyszalny dla ucha oraz znak graficzny widoczny na ekranie, czyli w jakim kierunku idziemy i jak daleko mamy do osoby zasypanej. Poza trzema antenami, ważne jest także, żeby detektor miał system markowania, czyli oznaczania osób na lawinisku. Gdy znajdziemy jakąś osobę, wysondujemy ją, odznaczamy ją na detektorze i jej sygnał już nie będzie brany pod uwagę podczas dalszych poszukiwań.

Co ważne, osobie niedoświadczonej trudniej będzie znaleźć osobę zasypaną, dysponując zaawansowanym sprzętem, niż osobie z doświadczeniem, wyposażonej w jego prostszy odpowiednik.

Obecnie w detektorach dostępne są baterie, nie akumulatory – łatwiej jest po prostu wymienić baterie, niż myśleć o ładowaniu akumulatorów.

Przedział cenowy detektorów jest dość szeroki – Barryvox Pulse marki Mammut kosztuje 1650 zł, Detektor lawinowy ORTOVOX 3+ OCEAN – 1199,90 zł, zaś najtańszy detektor, czyli Arva Evo 4+, to koszt około 950 zł.

Detektor lawinowy ORTOVOX 3+ OCEAN

Detektor Evo 4+ marki Arva

Czy widzisz większe zainteresowanie klientów sprzętem lawinowym?

Co prawda zimy mamy coraz słabsze, ale jest coraz większe zainteresowanie tego typu sprzętem, głównie ze względu na to, że ludzie chodzą coraz wyżej w góry. Zwiększyła się także świadomość na temat zagrożeń, choćby przez to, że każdy wypadek lawinowy jest mocno „rozdmuchiwany” przez media. Dużo osób jeździ także za granicę, a tam nawet zwykli narciarze zjazdowi mają ze sobą zestaw ABC.

***

Leszek Niekraszewicz

Leszek Niekraszewicz  – politolog, wspinacz, narciarz, triathlonista, mąż i tata w jednym. Od wiosny do jesieni – pochłonięty przez tatrzańskie wspinaczki i przygotowania do zawodów triathlonowych, zimą natomiast stały bywalec beskidzkich i tatrzańskich tras. W Polar Sporcie odpowiedzialny za dział skitourowy i serwis.

 ***

Artykuł ukazał się w pierwszym wydaniu Outdoor Magazynu, 1/Grudzień 2016, dostępnym w sklepach outdoorowych

Skomentuj

XHTML: Możesz korzystać z tych znaczników HTML: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

 


Outdoor Magazyn