Prosto z Pakistanu: rozmowa z Michałem Obryckim i Pawłem Dunajem

przez Administrator | Opublikowano 03 kwietnia 2014 16:21

Złamania, anemia, ryzykowane operacje, które trzeba będzie w Polsce poprawiać i niepewność powrotu do kraju – tak wyglądała sytuacja Michała Obryckiego i Pawła Dunaja, himalaistów którzy zostali poszkodowani po zejściu z lawiną na Nanga Parbat. Humory im jednak dopisują, o czym możecie przeczytać w jeszcze gorącym wywiadzie z chłopakami, którzy już 4 kwietnia lądują w Polsce.

Małgorzata Klamra: Wszyscy mówią o tym, że mieliście bardzo dużo szczęścia w trakcie lawiny. Do kraju dotarła pierwsza wiadomość, że jesteście „poturbowani”, później okazało się, że urazy były poważne. W jakim byliście faktycznie stanie?

Michał Obrycki: Przez te pięć dni przede wszystkim nie wiedzieliśmy co z nami dokładnie jest. Dlatego najbardziej chcieliśmy już trafić do jakiegoś lekarza, który mógłby ocenić nasz stan. Po dotarciu do Skardu od razu udaliśmy się do szpitala wojskowego, gdzie zrobiono nam opatrunki (mi na nogę, Paszce na rękę), a potem różne RTG. Szpital wydawał się w porządku. Psychicznie czuliśmy się dobrze, bo w końcu spaliśmy w normalnym łóżku, dostaliśmy leki przeciwbólowe, a na dodatek dzięki Asgharowi z Jasminetours także prywatnego żołnierza, który był z nami 24/7 i dbał o nas na każdym kroku. Dostarczał soki, pomarańcze i wszystko czego nam było potrzeba. Dużo było śmiania się, choć potłuczone żebra bolały przy każdym wybuchu śmiechu.

Paweł Dunaj świeżo opatrzony (fot. Jasmine Tours Pakistan)

Paweł Dunaj świeżo opatrzony (fot. Jasmine Tours Pakistan)

Paweł Dunaj: Jak pisałem wcześniej, ja byłem jak naćpany i pijany w jednym. Szczytem moich możliwości było wstanie z pomocą dwóch rosłych facetów, którzy brali mnie pod pachę i pomagali zrobić 10-15 kroków bym mógł wyjść przed dom żeby zrobić siku. Niemoc ogromna. Było mega ciężko, jeden szybszy krok i mdlałem. W Skardu w czasie wykonywania zdjęć RTG kazano mi stanąć i zastygnąć w pozycji pionowej. Tłumaczę, że nie ma takiej możliwości, że nie jestem w stanie. Oni swoje. Na moje szczęście panowie mieli dobry refleks i zdążyli mnie złapać. Zemdlałem oczywiście, bo jedno płuco nie wyrabiało za takim „wysiłkiem”, a anemia też nie pomogła przy transportowaniu tlenu do organizmu. Poza ogólną słabością i bezsilnością miałem ogromne bóle, przez które – zanim dotarliśmy do szpitala – miałem praktycznie nieprzespanych pięć dób.

Michał i Paweł u pierwszych lekarzy (fot. Jasmine Tours Pakistan)

Michał i Paweł u pierwszych lekarzy (fot. Jasmine Tours Pakistan)

Dlaczego trafiliście do Szpitala Wojskowego w Skardu, a nie do Gilgit? Do Gilgit było bliżej…

Michał: To nie była nasza decyzja, więc nie mogę się wypowiadać na 100 proc., ale ludzie mówili, że w Skardu jest lepszy szpital, a przy tym, jako iż sprowadzenie nas zajęło pięć dni, te kilka godzin różnicy między Gilgit a Skardu wielkiej różnicy nie robiły.

Paweł: Dla mnie nie było różnicy, bo praktycznie byłem nieprzytomny. Pamiętam tylko, że pytałem co jest bliżej, ale nasz oficer łącznikowy miał chyba jakiś interes w Skardu, bo tak namotał, że ledwo wiedziałem jak się nazywam. Niestety byłem dosłownie bezsilny, co było spowodowane – jak się okazało w czasie operacji płuca – anemią. W wyniku urazów wewnętrznych w miejscu przebitego płuca nagromadziło się ponad 1,5 litra krwi. Kilkadziesiąt mililitrów więcej i …wolę tego nie pisać. No i na jednym, lewym płucu też nie było za lekko…pięć dni wyjęte z życiorysu, więc i nie wnikałem. Nie było na to siły.

Wydaje się, że spotkanie ze służbą zdrowia w Pakistanie to stresująca przygoda. Jak to wyglądało w rzeczywistości? Wy byliście w ciężkim stanie z wieloma urazami, potrzebowaliście szybkiej pomocy…

Michał: Szpital wydawał się mieć dobrych lekarzy i sprzęt, ale jak się później okazało nasza opinia się zmieniła.

Paweł: Oj… jak wrócę do kraju, to muszę sobie to poukładać. Na razie nie wiem co mam o tym myśleć. Nasi lekarze to ocenią. To już mój drugi wypadek w górach wysokich. Siedem lat temu podczas samotnej wyprawy, schodząc ze szczytu siedmiotysięcznika złamałem nogę. Wszystko się działo w Kirgizji. Warunki były koszmarne w szpitalu. Udało mi się wymigać od operacji, a przy okazji z tego powodu jakimś cudem PZU nie rozwiązało ze mną umowy (a chciało, bo nie stosowałem się niby do ich zaleceń i nie mogą w takim razie dalej się mną zajmować). Chciano operować nogę (jedno złamanie) na miejscu. Mam to szczęście, że moja mama jest chirurgiem od ponad 25 lat (!), więc cały czas pilnowała żeby nie stała mi się krzywda :) Istny cud, bo już na miejscu w Białymstoku, w szpitalu mamy, jej koledzy znaleźli aż trzy i to bardzo poważne skrętne złamania. Uważam, że tylko dzięki temu nogę mam tak sprawną jak przed wypadkiem. Tutaj natomiast własna mama mówi ci, że trzeba operować płuco jak najszybciej, bez względu na warunki… żyję, ale dopiero na miejscu zobaczymy czy wszystko jest ok. Po dwóch operacjach i dwóch zabiegach chcę jak najszybciej do Białegostoku! Jak wyglądały operacje pozwolisz Małgosiu, że napiszę jak prawa ręka będzie już sprawna, bo to już dłuższy tekst. Natomiast prawą rękę broniłem przed lekarzami tak długo jak mogłem. Niestety, gdy okazało się, że w Skardu będziemy jeszcze co najmniej pięć dni (przez niepogodę) zgodziłem się na nastawienie dwóch wybitych palców (jeden z większych błędów w moim życiu). Jak to wyglądało, też napiszę następnym razem, ale hardcore był mega. Do wybitych palców doszło jeszcze skrętne wybicie i brak czucia w palcu wskazującym (zerwany mięsień bądź nerw). Po wszystkim zdjęcia RTG lekarz ze Skardu nawet nie skomentował. Chyba wiedział, że zrobił duuużo gorzej niż było. W Islamabadzie ortopeda przy pełnej narkozie „składał” rękę przez dwie godziny. Niestety czeka mnie już w „domu” jeszcze jedna operacja żeby odzyskać czucie w palcu.

Michał Obrcyki w drodze do szpitala (fot. Jasmine Tours Pakistan)

Michał Obrcyki w drodze do szpitala (fot. Jasmine Tours Pakistan)

Jak oceniacie warunki w Pakistańskich szpitalach? Warunki w jakich się przebywa są ważne dla powrotu do zdrowia, a Wy dodatkowo jesteście daleko od bliskich, w obcym kraju. Ciekawość wzbudziło zdjęcie, które podesłaliście wcześniej, można było wnioskować z niego, że macie trzynastoosobową salę i to koedukacyjną…

Michał: To zdjęcie jest już ze szpitala w Islamabadzie – Maroof International Hospital. To zupełnie inna liga od Skardu. Najwyższy poziom jakości zarówno pod względem lekarzy, sprzętu, jak i estetyki (nasz ortopeda pracował wcześniej 20 lat w Londynie i powiedział, że tu mają lepszy sprzęt niż w Londynie). Tu się nami w końcu naprawdę zajęli. Zrobili nam mnóstwo badań RTG, tomografię i naprawdę ocenili nasz stan. Okazało się, że jest tych ubytków na naszym zdrowiu dużo więcej niż się dotąd spodziewaliśmy. Poskładali nas do kupy, zrobili nawet fizjoterapię. Trochę musieliśmy powalczyć o dobre jedzenie, ale w końcu się udało. Jeśli chodzi o samo zdjęcie, to był tylko jego wycinek i 13 osób było w naszym skrzydle, a nie na sali.  Na sali jesteśmy z Paszką we dwójkę, mamy TV, telefon, łazienkę i łóżka sterowane pilotem. Obsługa sprząta salę trzy razy dziennie, tu naprawdę jest komfort. Choć to wciąż Pakistan, więc jeśli ktoś mówi nam, że będzie za 30 minut, to już wiemy, że równie dobrze może być za godzinę, dwie lub następnego dnia. Za to bardzo ciekawa jest ekipa pielęgniarska. Pół na pół to faceci i kobiety, za to prawie wszyscy bardzo młodzi, po 22-24 lata. Poznaliśmy tu już wszystkich i każdy ma u nas jakąś ksywkę. Jest Piękniś i Fiona, jest Sygneciarz i nasz ulubiony pan Wiewiór – od zmiany opatrunków.

Strony: 1 | 2 | 3 | 4

Wyświetlam 2 komentarze
Dodaj swój komentarz
  1. Asghar Ali Porik napisał(a):

    Get well soon and thanks for everything

  2. Artur napisał(a):

    Czytałem, dziękuję za dobre słowo, pozdrawiam.

Skomentuj

XHTML: Możesz korzystać z tych znaczników HTML: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

 


Outdoor Magazyn