Monika Wilk: Nieprawdziwa legenda o Biegu Rzeźnika, czyli jak Bieszczadzkie Anioły nie idą do nieba

przez Aneta Żukowska | Opublikowano 12 listopada 2013 11:49

I

Ezechiel nie był dumny z tego, co zrobił. Nie czuł jednak poczucia winy, które siłą rzeczy towarzyszyć powinno istocie pełnionego przez niego stanowiska. „Cel uświęca środki” pomyślał, patrząc z dumą na swoje odbicie, choć powiedzmy to wprost, myślenie nie było jego silną stroną, ani za życia, ani tym bardziej po śmierci.  

II

Śmierć Ezechiela była równie przypadkowa i przedwczesna jak jego poczęcie 19 marca 1885 roku. Tego właśnie dnia Helena Kunegunda Wolańska, jedyna córka właściciela ziemskiego z pod Sanoka spacerując z Wędrowcem pod ręką oczarować dała się nie tylko pierwszym słowom Placówki Bolesław Prusa, ale i bełkotowi miejscowego bawidamka. Bawidamka, który równie szybko pojawił się w jej życiu jak i zniknął pozostawiając w niej nadzieję, a ściślej rzecz ujmując pozostawiając ją przy nadziei, która jak wiadomo nie jest matką najmądrzejszych. Ezechiel najmądrzejszym dzieckiem nie był. Nie był nawet dzieckiem mądrym. Stopniując jego inteligencje dojść by można do wniosku, iż był zwykłym półgłówkiem, obciążonym genetycznie przez ojca biologicznego i kulturowo przez ojca przysposobionego, za którego w siódmym miesiącu przewlekłego wzdęcia wyszła Helena Kunegunda Wolańska po mężu Ciborska.

Niewielki majątek położony w dolinie Solinki we wsi Cisna nie był wysoką ceną, jaką przyszło zapłacić ojcu panny młodej za szczęście jedynaczki i pierworodnego wnuka, który przez nikogo niechciany przyszedł na świat ostatniego dnia roku psując sylwestrową zabawę nie tylko przyszłej matce, ale i wszystkim domownikom. Domniemanemu ojcu Maurycemu Kubotowi Ciborskiemu, kucharce i akuszerce Franciszce Burczy-Borskiej, stajennemu Klemensowi i dwóm parobkom Fredrykowi i Aleksandrowi, którzy nosili imiona na cześć Aleksandra Fredry, który kilka lat wcześniej bawiąc w majątku swego ojca zdaje się nie tylko oplótł  Trzy po trzy niewinnym i cnotliwym wieśniaczkom.

III

Ziemskie imię Ezechiela było równie przypadkowe i niechciane przez niego jak i jego anielski przydomek. Kabotyn Wawrzyniec Ciborski po matce Wolański szczerze i konsekwentnie nienawidził swojego nazwiska a jeszcze bardziej imion. Nienawidził ludzi, którzy mu je nadali jak też czasów, w których przyszło mu je nosić. Świat nie stanowił dla niego żadnej wartości i on nie znaczył nic dla świata. Żył z dnia na dzień a życie, którym tak gardził – z wzajemnością zresztą – przeciekało mu przez palce dwóch lewych rąk, którymi nie chciał i nie potrafił nic zrobić.

Nieciekawe i smutne raczej dzieciństwo Kabotyna Wawrzyńca Ciborskiego minęło równie szybko jak wojna trzydziestoletnia. Było ono również podobnie jak ona okupione krwią, upokorzeniem, potem i łzami młodego dziedzica, które nie robiły żadnego wrażenia na nikim poza nim samym. „Cóż zrobić z takim życiem” myślał podwójny mańkut a na myśl cisnęła mu się tylko jedna odpowiedź: „Zakończyć. Im szybciej tym lepiej”.

IV

Od jesieni 1914 roku do wiosny roku 1915 toczyły się w Bieszczadach przewlekłe boje I wojny światowej, w toku, których wojska rosyjskie bezskutecznie usiłowały utorować sobie przez Karpaty drogę na Węgry. Były to najkrwawszy okres w dziejach całych Bieszczadów, czas, w którym Ezechiel żyć już nie potrafił i szczerze też nie chciał. Swoją śmierć zaplanował, więc szybko i niedbale wybierając na akt samozagłady skok pod koła kolejki bieszczadzkiej, którą po kilku miesiącach przestoju uruchomili na nowo radzieccy żołnierze.

Nie wszystko jednak w życiu, jak i po śmierci, układa nam się tak jak byśmy tego chcieli.

V

Święty Piotr z przejęcia obgryzał paznokcie. Przestępując z nogi na nogę z niedowierzaniem patrzył w wyłupiaste oczy Kabotyna Wawrzyńca Ciborskiego, który nieoczekiwanie tuż po swoim zgonie ogłoszony został bohaterem i lokalnym patriotą.

Akt samozagłady nie wyszedł mu zupełnie. Przed samobójczym skokiem okazało się, bowiem, iż syn Heleny Kunegundy Wolańskiej nie tyko ma dwie lewe ręce, ale i koślawe nogi, które splątawszy się z sobą uratowały przed tragiczną śmiercią dwa małe szczeniaczki, pozostawione na torach przez sowieckich oprawców.

Kabotyn Wawrzyniec Ciborski zginął, więc śmiercią bohatera, na którą nie zasłużył przez całe swoje życie.

VI

„Piekło nie jest miejscem dla bohaterów a niebo dla Kabotyna Wawrzyńca Ciborskiego” myślał Święty Piotr nie wiedząc zupełnie, co począć z zagubioną, ale niezgubioną do końca duszą niedoszłego samobójcy. Nazwawszy nowego anioła Ezechielem skierował go z powrotem na ziemię gdzie podobne do niego Bieszczadzkie Anioły pracowały swym istnieniem na anielskie atrybuty, bez których droga do nieba była przed nimi zamknięta.

VII

Bieszczadzkie Anioły stanowiły specyficzną subkulturę, z której wyśmiewały się nie tylko zastępy Archaniołów, Władz, Cnót i Cherubinów, ale i najcnotliwsze nawet Serafiny. Pogrążone w depresji karykatury boskiego zamysłu włóczyły się od wieków po ziemi na marne szukając sposobności boskiego awansu.

Strony: 1 | 2

Skomentuj

XHTML: Możesz korzystać z tych znaczników HTML: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

 


Outdoor Magazyn