Anna Purna: Poemat wielowyciągowy

przez Aneta Żukowska | Opublikowano 12 listopada 2013 11:53

Pewnego dnia zobaczyła jak księżyc zahacza o Kanczendzongę i rozpada się na świetliste kawałki. Księżycowe odpryski upadały na zbocza i toczyły się w dół, pociągając za sobą lawiny podobne do warkoczy komet. Judyta widziała także wiele dziwniejszych jeszcze rzeczy. Miała chorobę wysokościową i obrzęknięty mózg podsuwał jej najdziksze rojenia. Widziała więc ludzkość za kilkaset lat, astro-alpinistów zdobywających Koronę Układu Słonecznego tak, jak teraz kolekcjonuje się kolejne szczyty wchodzące w skład Korony Ziemi, wspinających się w zamrożonym dwutlenku węgla lub w skałach mokrych od deszczu skroplonego metanu na księżycach Jowisza.

Akcji ratunkowej nie pamiętała prawie wcale. W krótkich przebłyskach świadomości nie czuła niczego prócz zimna i czegoś na kształt żalu. Podczas tygodni w szpitalu, już w Polsce, nie bez rozgoryczenia wspominała, że wyjechała w Himalaje po to, by być bliżej nieba, a tymczasem to niebo zwaliło jej się na głowę.

Podczas długiego leczenia złamań i odmrożeń zrozumiała, że tak naprawdę szczęśliwa była w Polsce, zanim wywiało ją wysoko i daleko od ojczystych grani. Po żmudnej rehabilitacji wróciła więc jak marnotrawna córka w Tatry, czując, że to w tej krainie bije jej serducho.

***

– Pobudka! Już czwarta.

– Jeszcze… pięć… minut…

– Nie ma mowy. Albo wstajesz po dobroci, albo wytrząsnę cię ze śpiwora.

– Nigdzie nie idę… bez… kawy.

– Ani ja bez papierosa. Zaparzyłem kawę w termosie, nałogi uczcimy już pod ścianą.

Podzwaniając radośnie szpejem ruszyli raźnym krokiem z Moka w kierunku Czarnego Stawu. Świt był bardzo rześki, więc przyśpieszyli. Pierwszy język światła słonecznego oblizał Niżne Rysy. Przycupnęli nad otchłannym lustrem cienistych wód i dojedli szturmowe śniadanie. Ona wypiła poranną kawę, on skręcił spracowanymi palcami wspinacza porannego szluga i wypalił z namaszczeniem. Dym papierosowy zmieszał się z parą ich oddechów – ten sierpniowy poranek był rzeczywiście rześki jak rzadko.

– Zimno. Podeszłabym już pod ścianę.

– No to zbieramy się. Spójrz tylko – nasza droga. Tam w lewo, potem pod Hokejem o tam, widzisz kominy i turniczkę, widzisz?

– Widzę przecież. Kurczę, za każdym razem hipnotyzuje mnie ta ściana. Jakby ktoś górę nożem ukroił.

Strony: 1 | 2 | 3 | 4

Skomentuj

XHTML: Możesz korzystać z tych znaczników HTML: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

 


Outdoor Magazyn