Czy trzeba ścigać się z mistrzem, aby brać udział w wyścigu?

przez Michał Gurgul | Opublikowano 04 października 2018 11:49

Dokładnie w połowie dystansu trafiłem na ścianę – jak to mówią biegacze. Kolejną kwartę spędziłem na heroicznej wspinaczce przez stromizny własnych ograniczeń cielesnych. Tu dużą rolę odegrała głowa – podobno istotny element tego sportu. Później było już tylko gorzej. Jednak na dwa kilometry przed metą dosiadł się do mnie pasażer na gapę: – Tylko nie poddawaj się teraz – przestrzegł mnie – zwycięstwo jest przecież w zasięgu ręki.

Spojrzałem na mój zegarek ze znanej sieci sklepów sportowych (kosztował 59,99 zł, a baterii nie trzeba ładować przez kilka lat – polecam) i uznałem, że ów duch chyba ma rację.

Ból w trzewiach ustąpił, wyciągnąłem krok, pomimo że jeszcze chwilę wcześniej wydawało mi się, że nie mam już żadnej kontroli nad tym co wyczyniają te dwie napuchnięte parówy na dole.

Niewykluczone, że do zwycięstwa przyczynił się fakt, że ostatni kilometr trasy prowadził w dół. Z górki biegam świetnie, dużo lepiej niż pod górę. Zerkając nerwowo, trochę jak w pijanym widzie, raz po raz na zegarek i upływające coraz szybciej sekundy, parłem do przodu, wciąż przyśpieszałem.

Wątrobę, śledzionę i płuca wyplułem już dawno, teraz byłem pewien, że za którymś z kolejnych uderzeń, na ścieżce zostawię i serce. Bynajmniej nie z miłości do biegania.

Mój mózg nie był w stanie wykonać najprostszych obliczeń związanych z prędkością, dystansem czy czasem, zatraciłem jakikolwiek sens korelacji pomiędzy tymi podstawowymi wartościami ze świata fizyki. Spróbowałem wykonać w głowie jakieś proste działanie matematyczne (nie pamiętam już co to było, chyba odejmowanie) – bezskutecznie.

Z pogłębiającego się stanu otumanienia wyrwał mnie głos aplikacji. W nagłym przypływie euforii wyrwałem szybko z kieszeni telefon. Z niedowierzaniem spojrzałem na ekran. A jednak!

Jest meta i jest zwycięstwo! Gloria i chwała po wsze czasy, tłumy wiwatujących kibiców, fanfary, zdjęcia na pierwszych stronach internetu i wywiady w Dzień Dobry na Śniadanie…

Runners’s World, 1978 r. (fot. upandhumming.com)

***

Aplikacja (której ufam bezgranicznie) pokazywała: 10 km – 59 min. i 3 sek.

Nie, nie pomyliłem się o jedno zero i nie biegłem z oponą na plecach. 10 km to dystans jaki sobie wyznaczyłem tego poranka, a moim rywalem był tylko czas – dokładnie jedna godzina.

Zrzut ekranu na „mecie”

Dlaczego więc o tym piszę? Po pierwsze dlatego, że wiele osób jest w stanie przebiec 10 km, w przeciwieństwie do np. 100. Jeszcze mniej osób przebiegnie 200, 300, 400 i tak dalej… (osobiście znam tylko Piotrka Hercoga, który niedługo będzie ścigać się na takim dystansie podczas Moab Trail Marathon). Czyli jest tutaj pewna zależność, z której wynika, że moje doświadczenia będą bliższe większej liczbie osób, niż np. doświadczenie Kiliana Jorneta oraz innych jego pokroju biegaczy (których podziwiam, ale o tym później).

Po drugie, pomyślałem sobie dzisiaj rano (do kawy i tostów z tłustym serem i szynką czytałem recenzję książki Rafała Froni napisaną przez osobę, której opinię bardzo szanuję), że skoro można pisać pięknie o górze, na którą się nie weszło, to można chyba też sklecić kilka słów o biegach, w których się nie startowało. A w tej dziedzinie mam akurat spore doświadczenie.

Nie przebiegłem np. żadnego biegu z wachlarza UTMB. Nie startowałem w Biegu Rzeźnika, nie byłem też na Festiwalu Biegowym w Krynicy. W ogóle, w życiu nie brałem udziału w żadnych zawodach, nie licząc towarzyskiego Biegu dla Słonia (7 km), w którym wystartowałem żeby poderwać dziewczynę. W górach zdarzyło mi się biec kilka razy: bo nadciągała burza, bo robiło się ciemno, bo zamykali sklep z piwem, lub po prostu dlatego, że nuda zejścia jałowym szlakiem z Morskiego Oka wygrała z nudą biegania.

Tak – nie jestem biegaczem i nawet nie pretenduję do takiego miana. Ostatni raz uprawiałem jogging (określenie już dzisiaj niemodne, lecz oddające lepiej istotę tego co niegdyś i dzisiaj praktykowałem) kilka lat temu. Mając to na względzie ci z Was, którym dystans 10 km nie jest obcy, mogą uznać mój dzisiejszy wyczyn za trochę nieprawdopodobny – wstałem rano, zjadłem wspomniane tosty i pobiegłem do parku, bez żadnego przygotowania, bez specjalistycznego sprzętu. Nie jestem jednak broń boże typem kanapowego ziemniaka – aktywnie i z powodzeniem uprawiam inną, choć bardziej siłową niż wytrzymałościową, dyscyplinę sportu. To jednak nie ma większego znaczenia. Przejdźmy do sedna.

Bieganie może być proste

Biegowe szaleństwo (fot. Mark Anderson)

W związku z rosnącą w olbrzymim tempie popularnością biegów górskich, wiele osób podchodzi do tego sportu bardzo profesjonalnie. Zachowanie to jest oczywiście godne pochwały. Bieganie to piękny, trudny, wymagający, zdrowy i satysfakcjonujący sport – z pewnością warto się mu poświęcić. Mam jednak wrażenie, że specjalizacja i pseudo profesjonalizacja wielu aspektów naszego życia (odżywianie, spanie, seks, inne aktywności – w tym bieganie, znajomość kultury, sztuki – sprowadzająca się nieraz do dyskusji prowadzonych w porannej kolejce po modną kawę w papierowym kubku) sprawia, że „próg wejścia” dla wielu nieskomplikowanych dziedzin życia, jest niepotrzebnie wysoki.

Weźmy na przykład takie jedzenie. Żeby się zdrowo odżywiać, najlepiej na początek spotkać się kilka razy z dietetykiem. Trzeba też oczywiście kupić książkę kucharską, najlepiej jeśli jej autorem będzie biegacz ultra, weganin, dietetyk reprezentacji. Ewentualnie celebryta, jeśli w środowisku krąży już opinia, że jest w tej dziedzinie autorytetem. Później, raz w tygodniu wypada odwiedzić lokalny bio-bazar, jajka zamawiać u znajomego na wsi, a wymyślne produkty, o których nie słyszała nigdy Julia Child, trzeba kupować przez internet. Przyda się również jakaś sprytna aplikacja. Aplikacja pomoże nam również w innych dziedzinach, przypuszczam, że przykładów znacie więcej niż ja.

Jedna z wielu książek, które przyczyniły się do popularyzacji amatorskiego biegania pod koniec lat 70 (fot. blogs.bu.edu)

Warto chyba jednak pamiętać, że nie wszyscy musimy być profesjonalistami – przynajmniej nie we wszystkich dziedzinach naraz. Ja na przykład nie chcę być profesjonalnym biegaczem, nie mam energii, czasu, pieniędzy na to by planować treningi, startować w zawodach, kupować drogie buty i pulsometry. Na szczęście nie muszę – właśnie to dzisiaj sprawdziłem. Okazało się, że ubierając tenisówki czy adidasy, przypadkowy dres, bawełniany podkoszulek i czapkę z Zary (taką akurat miałem pod ręką), można z powodzeniem przebiec kilka kilometrów i poczuć się lepiej, zdrowiej.

Tak jest łatwiej, taniej i szybciej – przynajmniej dla mnie. Co chcę przez to powiedzieć? Nie czekajcie na zegarek Suunto, który dostaniecie od żony na Gwiazdkę – ubierzcie trampki i wyjdźcie z domu.

Po dzisiejszym sprawdzianie nadal będę posyłał w myślach lekki uśmieszek w stronę znajomych, którzy uprawiają jogging na podobnym co ja poziomie, otaczając się równocześnie aurą tego „profesjonalizmu”. W tym miejscu chciałbym jednak podkreślić, że nie mam nic przeciwko korzystaniu z nowoczesnych technologii (wkrótce dojdę do aplikacji). Nawet na początku biegowej przygody, jeśli sytuacja jest odwrotna – jeden czy drugi, zegarek czy but, ma działanie motywujące – wtedy, jak najbardziej warto z tego korzystać!

Dycha dla każdego

Utarte powiedzenie głosi, że każdy Polak interesuje się piłką nożną, bo to bardzo przystępny sport i każdy jako bajtel kopał z kolegami piłkę na placu.

Naprawdę? Przecież, żeby zorganizować choćby podwórkowy mecz trzeba skrzyknąć kilka osób, znaleźć kawałek w miarę płaskiej, pustej przestrzeni, narysować sprayem prostokąt na murze i najtrudniejsze – podzielić się na dwie drużyny. Nie wspominając o tym, że trzeba mieć piłkę. I spray oczywiście… Większość podwórkowych rozgrywek wymaga pracy organizacyjnej przerastającej niejednokrotnie młodych zawodników, spędzających większość czasu na kłótniach i przepychankach, które w większości przypadków, prędzej czy później kończą się w parku na ławce. Z piwem w dłoni.

Amatorowi, w porównaniu do piłki nożnej bieganie wydaje się więc sprawą dziecinnie prostą (dopóki sami jej nie skomplikujemy).

Dlaczego więc kiedy Marcin Świerc podczas ekscytującego finiszu wyprzedza rywali i jako pierwszy przecina wstęgę wyścigu TDS rozgrywanego podczas tegorocznego UTMB nikt nie wiwatuje (oprócz rodziny, znajomych i kilku zapaleńców)? To wyczyn światowej skali, porównując do piłki nożnej – wygrana w Mundialu (to porównanie zapożyczyłem od kolegi, który bardziej niż ja interesuje się biegami górskimi).

Może dlatego, że bieganie nie jest tak seksi. Dużo jeszcze czasu upłynie, zanim Marcin, Piotrek, czy Natalia Tomasiak trafią na ściany dziecięcych pokoi (czy ktoś jeszcze wiesza plakaty?). Może te dodatki – plecaczki, czapeczki, opaski – mają za zadanie podbudować ten nikły seksapil, choć do mnie to nie przemawia. Sława i pieniądze (a także chyba fryzury) piłkarzy, to inna klasa. Te nikłe doświadczenia z podwórka, pomagają wyobrazić sobie jak świetnie trzeba kopnąć kawałek skóry nadętej powietrzem, żeby zarabiać grube miliony.

Taki plakat z Cristiano Ronaldo można kupić na eBay za 12 USD (fot. ebay.com)

Wyczyn Świerca nadal jest dla mnie niewyobrażalny – dystans, który pokonał podczas TDS to 123 km – 12 razy więcej niż ja podczas mojego dzisiejszego wyścigu! Niewyobrażalne nadal jest to, jak wielka różnica jest pomiędzy organizmem takiego sportowca, a przeciętną lebiodą (mną w tym przypadku). A jednak. Moja deliryczna walka o ostatnie metry, by zmieścić się w upragnionym limicie czasu, daje do myślenia.

Czy bieganie stało się dzisiaj dla mnie bardziej pociągające? Hmm… Natomiast tego typu doświadczenie na pewno pozwala lepiej docenić wyczyny biegaczy takich jak Marcin, Piotrek czy Kilian. To kolejny powód, dla którego każdy powinien przebiec przynajmniej 10 km. Przynajmniej po parku. Przynajmniej raz.

Joggersi w latach 70. (fot. historygraphicdesign.com)

Zabójcza elektronika

Nie planowałem pisać tego tekstu – pomysł zrodził się gdzieś na ostatnich metrach mojego „bohaterskiego” boju. Tym bardziej nie przypuszczałbym nigdy, że będę pisał o aplikacji dla biegaczy. A jednak, w tym momencie nie sposób pominąć tego wątku.

We wspomnianym zegarku mam stoper i timer z możliwością ustawiania interwałów (nie jestem pewien czy to fachowa nazwa). Niczego więcej nie potrzebuję. Ponadto zegarek bezbłędnie pokazuje godzinę i datę – to przydaje się czasem, w życiu codziennym. W pracy oczywiście używam kilku programów i aplikacji, przeważnie na komputerze, ale na ogół stronię od nowinek technologicznych (z braku potrzeby, a może z przekory?).

Czemu zdecydowałem się dzisiaj rano zainstalować aplikację do pomiaru mojego biegania? Z prostego powodu – na mapie Google nie potrafiłem obliczyć długości trasy, a chciałem mieć pewność, że przebiegnę tę dychę. W ten sposób straciłem godzinę (tyle samo ile trwał bieg!) na poszukiwaniach odpowiedniego programu.

Internet na moje pytanie odpowiedział z tradycyjną rozrzutnością oraz brakiem precyzji. Okazało się, że aplikacji są tysiące i wszystkie są świetne. W obliczu takiego ogromu możliwości postanowiłem zdać się na ślepy traf. Pierwsze trzy aplikacje nie działały prawidłowo, wymagały logowania lub opłaty. W końcu jednak trafiłem na prostą apkę, Run Endo-Strava, czy coś w tym stylu, i mogłem wyruszyć.

Pierwsze zaskoczenie przeżyłem, gdy po kilometrze biegu telefon przemówił. Po angielsku, dość wstrzemięźliwie podał mi odległość, czas i średnie tempo (ostatnia z informacji nic mi nie powiedziała). Nie było w tym żadnego dopingu, a jednak… Cały czas wiedziałem, na jakim etapie jestem i przez jakie męki będę jeszcze przebiegał. Zmuszałem się do wysiłku, aby nie tracić prędkości, na zbiegach starałem się nadrobić ślamazarne podbiegi. Na końcówce biegłem jak opętany.

Jestem pewien, że bez aplikacji nie przebiegłbym swojej dychy tak szybko. W połowie byłem zresztą pewny, że nie przebiegnę jej w ogóle. Funkcja motywująca tego śmiesznego urządzenia wzięła wysokie c – zwracam honor.

Motywacje są różne – ważne, aby działały (fot. 9gag.com)

Z elektroniką trzeba jednak uważać. Jeśli głowa jest silniejsza niż mięśnie, możecie wylądować tak jak ja teraz – na kanapie, z nogami do góry. W całym ciele czuję mrowienie i próbuję opanować niekontrolowane skurcze w łydkach. Przypuszczam, że podobny efekt można osiągnąć (choć mniejszym nakładem energii i czasu) kładąc się na tafli lodowiska przed nadjeżdżającą rolbę (nie wiem skąd wzięło się to porównanie – najwyraźniej bieganie weszło mi nie tylko w nogi). To wszystko za sprawą aplikacji – dziękuję…

Wnioski z dychy

Bieganie może być proste i nieprofesjonalne. Można nie „trenować”, a biegać – uprawiać jogging (pozostanę przy tej nazwie dla określania swoich nieudolnych prób). Nie musi to wiele kosztować i nie trzeba ścigać się od razu z Hercogiem, by brać udział w wyścigu.

Ten wyścig z samym sobą, z czasem albo dystansem łatwiej jest zaplanować korzystając z aplikacji. Zajmuje to sporo czasu, ale mam nadzieję, że tylko za pierwszym razem. Dodatkową funkcją każdej tego typu aplikacji jest amputacja parów poniżej bioder (ku pamięci).

Ćwiczenie tego typu warto przeprowadzić, aby bardziej docenić świetnych sportowców oraz pracę jaką musieli włożyć w to, by osiągnąć tak gargantuiczny poziom. Wśród światowej klasy zawodników są Polacy – powinniśmy być z nich dumni i kibicować. Może nie dlatego, że mają większy niż piłkarze seksapil, ale dlatego, że są po prostu lepsi.

 

Michał Gurgul

Tagi

Skomentuj

XHTML: Możesz korzystać z tych znaczników HTML: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

 


Outdoor Magazyn