Wspomnienia z Twardego Dysku

przez Michał Gurgul | Opublikowano 14 sierpnia 2018 10:11

Wszechobecne szkła obiektywów i bezdenne karty pamięci sprawiają, że technologia fotograficzna jest dzisiaj dostępna, łatwa i tania. Po aparat sięgamy coraz częściej, a robienie zdjęć staje się elementem życia codziennego oraz każdej podróży.

Czy wspomnienia skopiowane na twardy dysk nie ulatują szybciej z naszej pamięci? (fot. arch. Michał Gurgul)

Na cyfrowych obrazach uwieczniamy ważne dla nas chwile i miejsca, w które zawędrowaliśmy. Tworzymy fotograficzne archiwa, w których odnaleźć można relację z każdej wycieczki. Robienie zdjęć jest przyjemnym zajęciem. Może być celem samym w sobie, hobby czy pasją. Może być dodatkiem do innych aktywności. Miło jest powrócić po dłuższym czasie do tych wspomnień zapisanych w formie obrazu. Czy jednak przyzwyczajenie do częstego pstrykania w trakcie podróży, trekkingu, wspinaczki, nie staje się z czasem małą obsesją? Czy nie niesie ze sobą pewnych zagrożeń? Czy wspomnienia skopiowane na twardy dysk nie ulatują szybciej z naszej pamięci?

Sztuka Pamięci

Frances Yates w swojej książce „Sztuka pamięci” przywołuje zupełnie zapomniane już dzisiaj praktyki mnemotechniczne, czyli sztukę zapamiętywania powszechną w czasach antycznych i późniejszym średniowieczu. Polegała ona na na zapamiętywaniu poprzez wyobrażenie sobie pewnego układu miejsc. Często był to układ architektoniczny, w którym kolejno uzupełniano w wyobraźni szczegóły. Poszczególnym elementom, takim jak np. łuki, sklepienia czy kolumny, przypisywano wyobrażenia. Jak pisze Yates, powołując się w tym przypadku na teksty Kwintyliana, „ilekroć zachodzi potrzeba ożywienia w pamięci odpowiednich faktów, myśl przebiega kolejno wszystkie miejsca (loci) i zwraca się do nich jak do swojego rodzaju «kustoszy», żeby dostarczyli odpowiednich «depozytów» (imagines)”. Starożytni uważali, że „najbardziej kompletne obrazy tworzą się w naszych umysłach z rzeczy doprowadzonych do nich i odciśniętych przez zmysł wzroku, w konsekwencji zaś – postrzeżenia uzyskane poprzez uszy lub w drodze refleksji utrwalają się najłatwiej, gdy docierają do naszych umysłów również przez oczy” (Cyt. za: Cyceron, De oratore, [w:] F. Yates, „Sztuka pamięci”, przeł. W. Radwański, posł. L. Szczucki, Warszawa 1977, s. 16)

W porównaniu do technik starożytnych, wykonanie zdjęcia wydaje się dużo prostsze, szybsze i niezawodne. Prostsze i szybsze – tak. Ale czy na pewno bardziej skuteczne? Badania przeprowadzone w 2013 roku przez Lindę A. Henkel z Wydziału Psychologii Fairfeld University, pokazują, że niekoniecznie. Uczestnicy eksperymentu odwiedzili muzeum, w którym kolejno tylko oglądali, lub oglądali i fotografowali eksponaty. Wyniki testu okazały się jednoznaczne. Osoby wykonujące zdjęcia każdego eksponatu jako całości nie potrafiły określić lokalizacji obiektu w muzeum i zapamiętały mniej szczegółów, niż w przypadku, kiedy poprzestawały wyłącznie na obserwacji. Co ciekawe, podczas próby, w której uczestnicy wykonywali zdjęcia wyłącznie detali eksponatów, ich pamięć nie została osłabiona. Co więcej, ich wspomnienie szczegółów ze zdjęcia było równie silne, jak szczegółów znajdujących się poza kadrem. Wynika z tego, że zdjęcia mogą pomóc nam w zachowaniu wspomnień, ale mogą również zaszkodzić.

„Zbliżenie na całość liczy się – czy odwrotność?” (Fokus, pfk)

Pamiętam swoją pierwszą wspinaczkę w Tatrach. Mokry, czerwcowy śnieg iskrzący się pięknie w mocnych już promieniach słońca. Ciepło kontrastujące z chłodem skały. Czuję jej szorstkość, zapach trawek i mchów uwalniany przez wilgotne objęcia wiosny, oraz emocje pulsujące żywo pod skórą. Słyszę ciszę Doliny Pustej, jeśli można ją słyszeć, przerywaną krótkimi, pełnymi napięcia komendami. I odgłosem kropli z roztopów uderzających o granitową ścianę Zamarłej Turni. Minęło 14 lat, wiele gór, metrów wspinaczki i przygód. Z tej pierwszej, tygodniowej wyprawy, mam 36 zdjęć. Prześwietlonych, nieostrych, wyblakłych. A pamiętam ją doskonale.

Pierwsza wspinaczka w Tatrach (fot. arch. Michał Gurgul)

Eksperyment Lindy A. Henkel pokazuje, że robienie zbyt wielu zdjęć upośledza nasze naturalne umiejętności do zapisywania wspomnień. Fotografując, wysyłamy do mózgu sygnał – „nie musisz się wysilać, aparat zapamięta to za ciebie”. Niektórzy z nas zauważą pewną analogię tego zjawiska do sporządzania notatek – listy sprawunków. Nieraz zadanie zapisane na kartce ulatuje całkowicie z naszej pamięci. Jeśli nie zerkniemy na nią w odpowiednim momencie, możemy przegapić termin. Podobnie jest z fotografami. A jak często powracamy do starych katalogów zapisanych na dysku?

Zdjęcia są świetną pamiątką. Potrafią oddawać atmosferę i przywoływać wspomnienia. Potrafią być ładne, ciekawe, mogą stać się dziełem sztuki. Na pewno warto je robić. Dla mnie fotografie są ważnym elementem przeżywania niektórych przygód. Jeśli mają być dobre, wymagają czasu i poświęcenia. Jeśli są dobre, warto je później oglądać. Jednak jeśli jest ich dużo, zazwyczaj brakuje nam na to czasu. Dlatego, przede wszystkim – chciałbym robić ich mniej.

Świat podawany przez wizjer

Obiektyw szerokokątny nie rozwiązuje problemu. Nie chodzi tu o kadr zawężający widoczność, a o skupienie się na tym, co dzieje się dookoła. Przenieśmy się na chwilę do Parku Yellowstone. Spora grupa turystów oczekuje przez ponad godzinę na erupcję Old Faithful. Powoli zapada zmrok. Niebo, przetykane gdzieniegdzie oparami pomniejszych gejzerów, barwi się całą dostępną paletą swoich kolorów. Robi się chłodno, jednak wszyscy cierpliwie czekają. Każdy ma przynajmniej jeden aparat, kamerę, telefon.

Niektórzy rozstawiają statywy – przygotowują się na punkt kulminacyjny dnia spędzonego na terenie parku. W końcu stary, oddany gejzer ożywa. Tysiącom litrów wrzącej wody, wyrzucanym na wysokość około 40 metrów, towarzyszą tysiące wyzwalanych migawek. Erupcja trwa tylko kilka minut.

Turyści czekający na erupcję Old Faithful, Yellowstone National Park, Wyoming (fot. Michał Gurgul)

Również wpadłem na chwilę w pułapkę wizjera. Nieodparta chęć zarejestrowania tego krótkiego momentu raz po raz zginała mój palec na spuście aparatu. Na szczęście w porę się opamiętałem. Jestem pewien, że wiele obecnych tam osób również. Świadomość, że „przedstawienie” skończy się szybko, a zdjęcia na pewno nie oddadzą piękna natury, gwałtownie otrząsnęła nas z fotograficznej ekscytacji. Odłożyliśmy aparaty i wtedy dotarł do nas huk wody. I specyficzny zapach powietrza.

Teraz żałuję, że w ogóle wyciągnąłem aparat. Wydaje mi się dzisiaj, że chwile – czym bardziej ulotne – tym bardziej warte są zapisania w pamięci. Tej naszej. A nie na karcie. Zdjęcie Old Faithful, gdy tylko poproszę, w każdej chwili pokaże mi Google. I na pewno będzie ładniejsze, niż to moje.

Czekając na Old Faithful, Yellowstone National Park, Wyoming (fot. Michał Gurgul)

Chciałbym podkreślić na tym etapie, że niniejsze rozważania nie dotyczą osób, dla których priorytetem jest fotografa. Profesjonalna czy amatorska, jeśli jest głównym celem podróży czy wyjazdu na łono natury, sprawia największą przyjemność i satysfakcję, jest polem do samorealizacji i rozwoju umiejętności, jest zjawiskiem, oczywiście, jak najbardziej pozytywnym i wartym penetracji. Jednak (w mojej ocenie?) tym z nas, którzy w swoich outdoorowych przygodach poszukują przede wszystkim wyzwań sportowych, przygody i przeżyć związanych z obcowaniem z naturą, a nie pięknych zdjęć, nie powinna zaszkodzić chwila refleksji nad sensem tworzenia kolejnych opasłych folderów zdjęć.

Les Lieux de mémoire

Badania Pierre’a Nory z końca XX w. dotyczyły tzw. „miejsc pamięci”, czyli wspólnych dla danej społeczności zapisów wspomnień wydarzeń historycznych czy kulturowych. Rolę „miejsc” w tym przypadku pełniły faktyczne miejsca, takie jak archiwum, obszar bitwy wraz z pomnikiem, muzeum, a także przedmioty takie jak ikony, sztandary czy fotografe. I chociaż badania te dotyczyły trochę innego rodzaju pamięci czy wspomnień, możemy na ich podstawie wyciągnąć pewne wnioski dla naszych rozważań.

Zarówno Nora jak i wielu późniejszych badaczy (w tym również polskich, jak np. prof. Andrzej Szpociński) podkreślało, że wydarzenia zapisane na jakimś nośniku z czasem nie tylko stają się częścią historii, ale nawet w pewien sposób ją tworzą. Zaciera się bowiem obraz faktycznych wydarzeń (w tym przypadku w zbiorowej świadomości), a pozostaje obraz, wrażenie stworzone przez „kronikarza” – autora zdjęcia, architekta, historyka. Z czasem to obrazy zaczynają tworzyć historię, a nie na odwrót.

W naszym przypadku takim miejscem pamięci jest album zawierający fotografie sprzed lat. Utrwalone w nim obrazy to pamiątki, do których powracamy co pewien czas. W miarę upływu czasu pierwotne wspomnienie blednie. Fotografa, przypominana kilkukrotnie, zajmuje jego miejsce. I tu, podobnie jak w przypadku historii danego społeczeństwa, obraz ten może nie oddawać właściwie specyfiki lub spłaszczać, skracać historię wydarzenia lub nawet trochę je zmieniać. Pamięć jest bowiem afektywna, poddaje się sugestywnym obrazom – a naszych prywatnych „miejsc pamięci”, na których budujemy wspomnienia, ciągle przybywa.

Olbrzymie dyski twarde naszych urządzeń, karty pamięci, dyski zewnętrzne oraz dyski serwerów publicznych, to już nie tylko kolejne albumy na półce. Nie mamy ograniczeń w magazynowaniu fotografii. Żyjemy w erze hiper-dokumentalizacji. Według zeszłorocznych, szacunkowych danych portalu Statista, w 2017 roku na całym świecie wykonano 1.2 biliona zdjęć. W ostatnich latach co roku odnotowuje się wzrost tej liczby o ok. 10 proc. Statystyki nie są zgodne co do ilości zdjęć przypadających na osobę rocznie, jednak w krajach rozwiniętych może to być nawet kilka tysięcy. Nie jest chyba zaskoczeniem również fakt, że w zeszłym roku około 85 proc. zdjęć zostało wykonane za pomocą smartphone’ów.

Długie obiektywy sugerują ambitne podejście do fotografii – co więc robi tu iPhone – szybszy sposób na udostępnienie zdjęć, czyżby? (fot. Michał Gurgul)

„Miejsc pamięci” przybywa, a równocześnie jakość umieszczanego w nich materiału nieraz pozostawia wiele do życzenia. Rzadziej też do nich zaglądamy. Oprócz fotografii trafiających do naszych prywatnych, bezdennych „szuflad”, coraz częściej i coraz więcej zdjęć publikujemy w mediach społecznościowych. To właśnie one będą prawdopodobnie ponosić przynajmniej częściową odpowiedzialność za dzisiejszy amok fotograficzny. Facebook, Insta, SnapChat.

Dlaczego z uporem tworzymy kolejne archiwa?

W pierwszym przypadku, gdy robimy zdjęcia do naszego „albumu”, prawdopodobnie czynnikiem sprawczym jest strach przed utratą wspomnienia – boimy się (choć niepotrzebnie, jeśli wierzyć wynikom badań Lindy A. Henkel), że po prostu zawiedzie nas nasz osobisty „dysk twardy”. Jak pisze Piotr Fereński, „fotografa staje się bardzo bliska praktykom inwentaryzacyjnym, dokumentującym, archiwizacji. Poświadcza ona z całą mocą realne istnienie określonych osób lub rzeczy i w tym właśnie znaczeniu okazuje się dokumentem par excellence – certyfikatem i upamiętnieniem bycia” („Pamięć jako praktyka. Fotografa i troska o wspomnienia”, 2011). Ponadto robienie zdjęć i ich składowanie niewiele nas kosztuje i jest bardzo wygodne.

Wspomnienie 30. urodzin (fot. Michał Gurgul)

W drugim scenariuszu, w którym nasze fotografie wędrują dalej w świat za pośrednictwem internetu, chodzi już o coś zupełnie innego. Dla wielu osób motywem działania będzie w tym przypadku naturalna chęć podzielenia się swoimi przygodami, przeżyciami, historią, a czasem nawet pochwalenia się przed znajomymi. Może to być zupełnie niewinne i świadome działanie, ale może również przerodzić się w stan bardziej alarmujący – jeśli w mediach społecznościowych prowadzimy niemal na żywo relację z weekendowej wycieczki na Magórkę, to znak, że coś wymknęło się spod kontroli.

Należałoby się wtedy chyba zastanowić, czy zdjęcia w ogóle mają charakter pamiątkowy, czy są z założenia adresowane do ewentualnych odbiorców. Czy, publikując je w internecie, oczekujemy ich reakcji? Czy faktycznie zależy nam na tej pozornej akceptacji? Jeśli tak, to fotografie pełnią tutaj zupełnie inną funkcję. Funkcję społecznej i osobistej identyfikacji, negocjowania własnej tożsamości czy autokreacji. Można by ją nazwać publicznym monologiem, lub rozmową, jeśli odbiorcy stają się aktywni. Tylko jak brzmi taka rozmowa?

– Ja na parkingu. Ja wyruszam. Ja na szlaku. Ja patrzę na piękne góry. Ja jem pyszną kiełbasę w schronisku. Ja stoję na kamieniu, ja stoję na pniaku, na murku, na moście, na górze, w dolinie.
– O, super – like.
Czy tak rozmawiają znajomi?

Można by zadać pytanie: Czy ludzi na tym szerokim, wirtualnym forum, faktycznie interesują Twoje osobiste wspomnienia? Czy jest to płytka i powierzchowna reakcja, przypominająca bardziej brytyjski small talk? Przecież każdy z nas pochłonięty jest przez swoje własne przeżywanie i losy kilku najbliższych osób. Czemu więc staramy się pokazać nasze historie tak szerokiemu gronu? Czy na pewno jest to warte ceny, jaką możemy za to zapłacić?

Wysoka cena za facebookowe like’i

Zbierając w całość wcześniejsze wnioski, moglibyśmy wyobrazić sobie taką, ekstremalną i nieco przerysowaną, sytuację: Mija kilka lat od tzw. podróży życia. W jej trakcie zdobyliśmy szczyt Kilimandżaro. Dzisiaj nie pamiętamy już jednak zupełnie wysiłku włożonego w trekking, szokujących amplitud temperatur, zapachów dżungli, surowych kamienistych zboczy pokrywających się stopniowo śniegiem i lodem, skrajności mijanych pejzaży, czy porywów wiatru na szczycie. W ogóle nie pamiętamy radości towarzyszącej całej przygodzie i chwili wejścia na wierzchołek góry. Wspomnienia jakoś nie bardzo utkwiły w pamięci, nie wiedzieć czemu. Z czasem rozmyły się i wyblakły.

Na szczęście pozostało 1000 fotografii bezpiecznie zgranych na niezniszczalny dysk schowany głęboko w szufladzie. Wiele z tych zdjęć trafiło na FB – to przecież jedno z naszych ulubionych „miejsc pamięci”. Jednego posta pamiętasz szczególnie dokładnie. Tak, zdjęcie ze szczytu, z pomarańczowym szalikiem i czerwonym od zimna nosem. Czyli musiało być zimno – wnioskujesz. Pomimo tego twarz ze zdjęcia wyrytego w pamięci uśmiecha się – czyli jest szczęście, jest satysfakcja. Pamiętasz gratulacje w komentarzach – tak, pewnie był to nie lada wyczyn, musiało być trudno. I to by było na tyle, jeśli chodzi o wspomnienia z „podróży życia”. Tych prawdziwych nie było zbyt wiele – może zabrakło czasu, by, metodą starożytnych, zakodować je w pamięci? Może te, które balansowały w niej niepewnie, z czasem wypchnęły płytkie obrazy zapisane w „miejscach pamięci”. Może w przyszłości zastanowisz się dwa razy, dla kogo i dlaczego, spędzasz tyle czasu po drugiej stronie lustra?

Czy zamiast tego nie byłoby lepiej, nawet te kilka lat później, zaprosić do domu grupkę znajomych zainteresowanych naszymi losami oraz towarzyszy podróży? Wspólnie przejrzeć skromny album fotograficznych pamiątek z wyjazdu, a resztę – opowiedzieć? Zamiast przewijać w nieskończoność zdjęcia na blogu – przy piwie z kompanami podróży przewinąć zakurzone wspomnienia? Jeśli tam są, z pewnością raz jeszcze nabiorą kolorów!

Najlepszą kopię zapasową wspomnień gwarantuje dobry kompan podróży. (fot. arch. Michał Gurgul)

Może, podążając za nauką wynikającą z badań Lindy A. Henkel, warto podejść do tematu fotodokumentacji naszych przygód w sposób świadomy? W skupieniu na detalach, a nie na całości? W mniejszej objętości i lepszej jakości – nie ostrości czy kolorów, tylko jakości doboru i selekcji momentów, kadrów ukazujących atmosferę wydarzeń?

Niewykluczone, że od robienia dobrych zdjęć trudniej jest dzisiaj nauczyć się ich nie robić w ogóle. Być fotografem powściągliwym. Niewykluczone, że tak naprawdę warto zachowywać tylko po kilka fotograficznych pamiątek z każdej podróży, tak jak w portfelu trzyma się tylko jedno zdjęcie ukochanej osoby, na resztę wspomnień rezerwując miejsce w pamięci.

***

Pewnego dnia, gdy kończyłem już pisać niniejszy artykuł, poszedłem, jak niemal codziennie, na trening. Na lokalnej boulderowni byłem świadkiem takiej sytuacji:

Dwie dziewczynki w wieku ok. 12 lat, siostry lub koleżanki, przyszły prawdopodobnie po raz pierwszy na ściankę. Po krótkim szkoleniu przeprowadzonym przez instruktora, zaczęły huśtać się na kółkach. To zupełnie normalne – pomyślałem – dzieci chyba po to są dziećmi, żeby się huśtać. Coś jednak w moim odbiorze zaburzało harmonię. Tak – szybko się zorientowałem – zabawie nieustannie przygląda się szklane oko aparatu. A właściwie, nie tylko się przygląda.

Ich opiekunka, prawdopodobnie mama jednej z dziewczynek, pstrykała raz po raz zdjęcia swoim smartphone’em i kręciła „filmiki”. Dziewczynki pokrzykiwały i podbiegały na przemian, aby obejrzeć obrazy na telefonie. „Jeszcze raz, jeszcze raz” i „Teraz mnie, teraz mnie”.

„A może się mylę” – pomyślałem wtedy – „może dzisiaj właśnie to jest naturalna sytuacja? Tak po prostu wygląda zabawa dzieci. Przecież wszystko się zmienia. Może prawdziwą frajdą dla dzieci jest teraz oglądanie kolejnych klatek swojego życia na zdjęciach i zbieranie like’ów od rówieśników?”

Czy nam to oceniać? Nam, czyli tym, którzy to wszystko zaczęli?

Powiedzcie sami.

Czy nam to oceniać? Nam, czyli tym, którzy to wszystko zaczęli? (fot. Michał Gurgul)

Michał Gurgul

***

Tekst ukazał się pierwotnie w 4. numerze Outdoor Magazynu, który dostępny jest w wersji elektronicznej oraz tradycyjnej.

Outdoor Magazyn nr 4/2018, okładka

Skomentuj

XHTML: Możesz korzystać z tych znaczników HTML: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

 


Outdoor Magazyn