Trochę o nartach, trochę o życiu, o stylu i ośmiotysięcznikach. Bartek Ziemski jest świetnym, ambitnym, a przy tym wyluzowanym człowiekiem, który na lekko – w przenośni i dosłownie – zdobył na nartach osiem ośmiotysięczników. Kilka dni temu, 12 maja, po samotnym ataku szczytowym zdobył Lhotse. Oczywiście bez wspomagania się tlenem z butli.

Michał Gurgul: Kiedy zacząłeś swoją przygodę z nartami?
Bartek Ziemski: Samych początków nie pamiętam, bo miałem wtedy może ze trzy lata. Z opowieści rodzinnych wynika, że pierwszy raz narty zapiąłem na jakiejś łące koło domu. Babcia mnie puszczała, dziadek łapał, czy jakoś tak. Podobno szybciej nauczyłem się jeździć niż mówić. I tak mi trochę zostało – nadal nie jestem najlepszy w gadaniu (śmiech).
No trudno, spróbujmy. Co było potem, od razu ciągnęło cię w teren?
Od początku to była moja główna pasja, więc dużo jeździłem, z rodziną i podczas różnych szkoleń. Gdy w dzieciństwie jeździliśmy na Beskidzie w Szczyrku, często robiliśmy przerwę w Chacie Wuja Toma, które znajduje się sto metrów od trasy. Niby niewiele, ale utkwiło mi w pamięci, że właśnie ten krótki dojazd „na dziko” był dla mnie najlepszym momentem dnia, największą przygodą.
Więc tak, chyba od początku mnie to pociągało, natomiast tak realnie i świadomie poza trasę trafiłem późno, bo najpierw trenowałem narciarstwo alpejskie w klubie i startowałem w zawodach. W terenie zacząłem jeździć dopiero na studiach, kiedy znalazłem odpowiednich partnerów. Tak też trafiłem do krakowskiego klubu Sakwa. Miałem mega zajawkę, więc jeździliśmy w góry, najczęściej w Tatry, kilka razy w tygodniu.
Jak to wyglądało?
Jeśli to był wyjazd w tygodniu, to najczęściej startowaliśmy około dwudziestej, działaliśmy całą noc, po czym wracaliśmy rano bezpośrednio na zajęcia. „Kolega chyba trochę zmęczony?” – pamiętam, jak takimi słowami wykładowca obudził mojego znajomego.

W którym momencie zaświtała ci myśl, że trzeba by poszukać jakichś „wyrazistych” celów?
Nigdy w ten sposób nie myślałem. Po prostu robiłem to, co lubię, czyli wymyślałem sobie kolejne przygody, szukałem nowych miejsc. To przychodziło naturalnie.
To zaprowadziło cię w Alpy.
Nie podobało mi się na AGH, więc pojechałem na studia do Warszawy. Na drugim semestrze wspólnie z Michałem Czechem zdecydowaliśmy, że jedziemy na Erasmusa. U mnie padło na Salzburg, który był jedyną górską opcją (wybrałbym Innsbruck, gdyby był dostępny). Więc trochę przez przypadek przeżyłem tam siedem lat. Wyprowadziłem się niedawno, na skutek różnych życiowych zmian.
Z powrotem do Polski?
Tak, z ówczesną dziewczyną planowaliśmy zamieszkać w Zakopanem, ale ostatecznie nic z tego nie wyszło. W kwietniu tego roku przeprowadziłem się do vana i ruszyłem w podróż do Maroka, na Saharę Zachodnią. Po drodze zahaczyłem o Chamonix, gdzie zamknąłem sezon narciarski. Wróciłem na krótko przed wyprawą na Manaslu.
To co dalej? Chciałbyś mieszkać w Alpach?
Tę zimę chciałbym spędzić głównie w Chamo. Kocham Alpy, ale nigdy w obcym kraju nie czuję się całkiem u siebie. Mieszkałem tak długo w Austrii, a dalej czułem się tam obcy. Chciałbym wrócić do kraju, a że mamy Tatry, to Zakopane jest oczywistym kierunkiem. Co będzie, czas pokaże.
A najbliższe plany narciarskie, oprócz Chamonix?
Chciałbym spróbować japońskich puchów. A długofalowo, mam parę pomysłów – Alaska, może Patagonia… Od dawna myślę też o projekcie w Rosji, ale z wiadomych powodów obecna sytuacja temu nie sprzyja. Fizycznie jest to możliwe, ale pytanie, czy chciałbym teraz tam jechać…
Kiedy pomyślałeś o pierwszym ośmiotysięczniku? Domyślam się, że to kolosalny przeskok i decyzja chyba trochę w ciemno?
No tak, tak naprawdę dopiero na szczycie Broad Peaku, czyli mojego pierwszego ośmiotysięcznika, poczułem, że mogę się z tym mierzyć. A w sumie to nawet bardziej po powrocie do bazy, bo dopiero wtedy mogłem powiedzieć: „okej, easy”. Natomiast wcześniej, nawet jeszcze podczas aklimatyzacji – mimo że tempo miałem niezłe i generalnie szło mi dobrze – nie wiedziałem, jak będzie wyżej. To nie idzie liniowo, nie jesteś w stanie ocenić, czy na pewno dasz sobie radę, jak zareaguje twój organizm. Podobnie było później, z wyższymi ośmiotysięcznikami. Przed Makalu, mimo że miałem już doświadczenie na czterech wysokich górach, nadal nie miałem pewności, czy na 8481 m mnie nie odetnie. Podchodzę do tego z rezerwą i szacunkiem.

Pozwól, że będę drążył, bo ciekawi mnie ta decyzja: „Dobra, jadę na Broad Peak, może dam radę”. Jak do tego doszło?
To był absolutny przypadek. Wtedy jeszcze szedłem trochę bardziej w stronę wspinania. Chciałem spróbować wyższych gór, więc zadzwoniłem do Mariusza Hatali i zapytałem, czy nie chciałby ze mną gdzieś pojechać. Odpowiedział, że chciałby, ale jedzie już na Broad Peak. No to stwierdziłem: dobra, może być Broad Peak. I tyle. To nie był mój pomysł, po prostu nie miałem innego.
I naturalne było dla ciebie, żeby wziąć narty?
No jasne. Śnieg, góry, jak inaczej? Po co schodzić, jeśli można zjechać?
A teraz? Chcesz zjechać ze wszystkich ośmiotysięczników?
Nigdy o tym nie myślałem. Mam jeszcze różne pomysły i na pewno chcę wrócić w góry wysokie, ale nie traktuję tego w kategorii zaliczania. Skupiam się tylko na najbliższym celu.
Myślisz, że Andrzej Bargiel celuje w tę czternastkę?
Nie wiem. Ma już dwójkę dzieci, więc nie zakładałbym w ciemno, że tak, ale kto wie.
A czy to by cię zmotywowało?
Hmm… dobre pytanie. Jedyne, o co mogłoby chodzić, to hajs – jeżeli ktoś to zrobi, to będzie trudniej pozyskać pieniądze na kolejne wyprawy narciarskie. To byłby jedyny argument. A tak, to kibicuję mu na maksa. Ja robię swoje, on robi swoje i wszystko fajnie.
Czyli nie ma rywalizacji…
No nie, z mojej strony zupełnie nie ma czegoś takiego.
Wiem, że dla ciebie ważny jest styl. Utopijna wizja – wejście i zjazd z ośmiotysięcznika.
Przede wszystkim byłoby super, gdyby było pusto. Fajnie byłoby mieć partnera, najlepiej też działającego na nartach. Po prostu wyjść na górę we dwójkę, już po wcześniejszej aklimatyzacji – tak, żeby nie robić żadnych rotacji, tylko iść do góry i zjechać. Wiadomo, że to wyzwanie, ale na przykład to, co zrobiliśmy na Kanczendzondze z Oswaldem Rodrigo Pereirą, czyli absolutnie samotny atak szczytowy z obozu 4 (ok. 7200 m) bez wcześniejszego przetarcia i zaporęczowania przez Szerpów, pokazało, że się da. Mieliśmy parszywy warun, bo wszystko było zawalone śniegiem, ale udało się to zrobić w dwójkowym zespole. Więc może dałoby się też na całej górze.

Totalnie samodzielnie, z aklimatyzacją gdzie indziej, czyli w stylu alpejskim.
Dokładnie. Wtedy można by to nazwać stylem alpejskim. Bo teraz często w górach wysokich mówi się „styl alpejski” o czymś, co nim nie jest. Ja na przykład nie robię ośmiotysięczników w tym stylu, absolutnie nie. Niestety, są tam liny poręczowe etc.
Na drogach normalnych w sezonie nie ma szans, a poza sezonem?
Może jesienią na Evereście. Natomiast tam jest odwieczny problem: bardzo dużo śniegu na całej drodze. Do tego Icefall – może da się go przejść w zespole dwójkowym, ale to na pewno trudne, jest dużo kluczenia. To nie jest najlepszy cel. Andrzej Bargiel musiał sobie poradzić właśnie z tym wyzwaniem. Nie było tłumów depczących drogę, więc musiał wynająć ludzi, żeby tę drogę przetrzeć.
Tłumy, komercja – jak to wygląda?
Do niedawna, do wyprawy na Manaslu, jakoś się z tym nie zderzyłem, nie było dramatu. W trakcie wyprawy poznałem praktycznie wszystkich, którzy byli w bazie. No dobra, może trochę przesadziłem, ale na pewno nigdy wcześniej nie spotkałem się z czymś takim jak teraz.
Czyli?
Klientów w bazie pod Manaslu było podobno trzystu pięćdziesięciu. To był kosmos. Zwłaszcza, że ci ludzie widzieli lodowiec po raz pierwszy w życiu, po raz pierwszy mieli na nogach raki. Część z nich wychodziła prosto z bazy już z odkręconym tlenem. A z jedynki to już była wręcz norma. Któregoś razu zapytałem nawet: „Czy wy już idziecie na szczyt?”. A oni: „Tak”. Więc pytam: „A będziecie spać po drodze?”. W odpowiedzi usłyszałem: „Nie wiemy”.
Niebezpiecznie.
No właśnie.. Tu nie chodzi o to, że Szeropowie wnoszą im tylko tlen. To typ ludzi, którzy są po prostu prowadzeni za rękę. Szerpowie też na to narzekają. Boją się ich braku doświadczenia. Jeżeli cokolwiek się zdarzy, nie tylko nie będą w stanie sobie pomóc, ale nawet w najmniejszym stopniu o siebie zadbać. A wtedy łatwo o katastrofę.
Pewnie to tylko kilka momentów w roku, ale brzmi fatalnie.
Niestety, Manaslu jest teraz ich bestsellerem. A wcale nie jest tam łatwo. Agencje wynoszą do czwórki bardzo niewiele namiotów i nie traktują jej jako obozu na nocleg, tylko miejsce, gdzie można chwilę odpocząć. Klienci startują więc na szczyt z trójki. W tym roku to chyba było jakieś 6600 metrów. Z tej wysokości wejść na wierzchołek Manaslu w „single pushu” to dla większości z nich bardzo duży wysiłek. Długi atak szczytowy, a ludzi jest tam niewiarygodnie dużo. Do tego stopnia, że w tym roku pod szczytem tworzyły się trzygodzinne kolejki.
Trzeba lawirować, być wcześniej albo później?
Dokładnie. To jedyna opcja dla wszystkich beztlenowców. A na nartach? W ogóle nie ma mowy, żeby zjeżdżać między ludźmi.
Wróćmy jeszcze na chwilę do kwestii stylu i komunikacji wyczynów. Zarówno we wspinaniu, jak i w zjazdach narciarskich to ważna sprawa. Przynajmniej w środowisku, bo w mediach mainstreamowych może mniej. Ty jesteś jesteś, zdaje się, dość drobiazgowy.
Styl to szeroki temat. Niestety, w narciarstwie nie jest tak dobrze uregulowany jak we wspinaniu. Dlatego zawsze staram się wszystko szczegółowo opisać. Według mnie detale mają duże znaczenie, bo w przyszłości ktoś może chcieć się do tego odnieść, spróbować zrobić to lepiej.
Pierwsza i oczywista sprawa – z tlenem z butli lub bez. Dwa różne światy. Warto zaznaczyć, że wejścia z tlenem w plecaku duża część środowiska też nie traktuje jako „beztlenowego”.
A w plecaku Szerpy obok?
Nigdy nie myślałem w ten sposób. Bardziej boję się tego, że jak serio będę potrzebował pomocy, to nikt mi tego tlenu nie da. Nigdy nie założyłbym, że mogę przekroczyć jakąś granicę, bo gdzieś tam w pobliżu jest tlen. Przewodnicy dbają o siebie i o swojego klienta. Za akcje ratunkowe raczej się płaci. To jest ich praca, więc inaczej to wygląda niż w naszym środowisku. U nas czujesz więź z partnerem. To jest priorytetem. A tam niekoniecznie.

Kolejna sprawa – wsparcie.
Wsparcie osób z zewnątrz, agencji etc. Zakłada się, że do bazy jest to dopuszczalne i nie trzeba o tym wspominać. Ale niektórzy, jak Denis Urubko, nawet to traktują jako uchybienie stylu.
Denis jest rygorystyczny.
Bardzo. Ale dobrze, że są tacy himalaiści. Bo inaczej byłaby degrengolada.
A styl w aspekcie narciarskim?
Tu przede wszystkim chodzi o użycie lin poręczowych, zjazdy na linie, ściągnięcie nart w celu przewspinania jakiegoś fragmentu. To wszystko wpływa na styl zjazdu. Natomiast nie ma dla mnie znaczenia, że ktoś ściągnął narty na biwaku, np. żeby spakować namiot – a i takie pomysły słyszałem. Według mnie nie zaburza to stylu.
A zjazdy na linie?
Nie ma dla mnie znaczenia, czy zjeżdżam na linie z nartami, czy bez. Nie upieram się przy nieodpinaniu, jeśli szybciej będzie odpiąć. Zjazd na linie z nartami to nie jest żaden wyczyn, więc po co kombinować. Czasem jest to nieprzyjemne, ale zazwyczaj możliwe. Tak czy inaczej, dla mnie czysty zjazd to po prostu zjazd bez użycia liny.
Chyba że do asekuracji?
Tak, uważam, że asekuracja „nie odbiera” pełnego zjazdu, natomiast należy o tym wspomnieć. Porównując do wspinania, narciarze zazwyczaj działają „free solo”, ale są sytuacje, gdy rozsądnie jest się przyasekurować. Ja w takim przypadku najczęściej wpinam taśmę w łącznik i dookoła pasa, do tego linę z góry. Partner wydaje luz, ale w razie potrzeby może cię chwycić. To trochę jak wspinanie klasyczne z asekuracją. Nie jest to dla mnie żaden wstyd, ale też warto to zaznaczyć w późniejszej relacji.
Ale wiesz, styl to temat rzeka. Ktoś powie: „miałeś czekan w ręce, to zachwianie stylu.” Dla mnie to już przesada, ale ile osób, tyle opinii.
Czyli przejrzystość. A boisz się krytyki?
Hmm… może trochę. Nie lubię niedopowiedzeń. Uważam, że niedopowiedzenie jest kłamstwem. Zdecydowanie zależy mi na zdaniu środowiska, bo to ono nas weryfikuje. To nie są przypadkowe opinie ludzi w internecie. No i staram się działać w zgodzie z tymi naszymi wartościami. Trochę się wspinałem, dzieliłem linę z partnerem – te wartości są mi po prostu bliskie.
A jeśli chodzi o opinię publiczną? Mam w teorii wyrąbane, natomiast nie wiem, czy taka krytyka by po mnie spłynęła. Jest to zresztą jeden z powodów, dla którego nie ma mnie w mediach społecznościowych.
Racja, trzeba o siebie dbać. Z innej beczki: jesteś talentem, czy tytanem pracy?
Jeśli chodzi o sprawy wydolnościowe, to chyba mam jakieś predyspozycje. Mogę nie trenować, a i tak jestem w miarę w formie. Może dlatego, że od dziecka bardzo dużo się ruszałem. Natomiast jeśli chodzi o same narty — na pewno nie jestem talentem. Ale kocham to, więc praca przychodzi mi łatwo.
Jak bardzo inny jest skillset w tym, co robisz ty, a co dzieje się we freeridzie typu big mountain z elementami freestyle’u, w takim na przykład Freeride World Tour.
Różnica jest ogromna – i nie mam złudzeń, że w tym aspekcie jestem po prostu słaby. Od zawsze ciągnęło mnie w teren, w stronę długich podejść i linii, a nie skoków i trików. Nigdy nie miałem freestyle’owego zacięcia, więc w tym obszarze mam duże braki.
Nie przejechałbym trasy z FWT na poziomie zawodników tam startujących. Za to większość z nich pewnie nie weszłaby pod górę (śmiech). Mam nawet narty freestyle’owe, ale nigdy nie dotknęły śniegu. Trochę boję się kontuzji, bo w parku łatwo załatwić się na cały sezon.
Wspomniałeś, że oni by nie weszli. Czyli heli…
No tak. I tu znowu zahaczamy o styl. Moi znajomi z Austrii, z którymi często działam, byli zawodnicy skimo, uważają, że jeśli ktoś zjechał, ale wleciał na górę helikopterem, to nie zjechał.
Z drugiej strony nie dziwię się, że jakieś superekstremalne zjazdy robi się z heli.
Racja, to też inny sprzęt, dużo cięższy. A przede wszystkim inne podejście. Inna dyscyplina.
Jak wygląda twój trening?
Nie ma rutyny. Nie korzystam z profesjonalnego planu treningowego. Próbowałem, ale nie wyszło. Trenuję intuicyjnie. Jeżdżę na nartach, biegam. Robię to, co lubię. Zimą staram się robić jak najwięcej metrów w terenie, na nartach. Raczej nie biegam po stoku, tylko na początku sezonu, jak śniegu poza trasą jeszcze nie ma.
Psycha mnie nie puszcza, żeby powtarzać rzeczy, więc ciągle szukam nowego. Im dłuższe wycieczki i większe trudności, tym fajniej. Lubię przygodę. Zamiast planu treningowego wymyślam sobie projekty. I działam.
Nie potrafisz usiedzieć?
I tak, i nie. Bo z jednej strony chciałbym mieszkać w górach, tak żeby codziennie móc wyjść w teren, ale z drugiej – pracuję na pełny etat i jak jest dupówa, to wręcz z przyjemnością potrafię przesiedzieć cały tydzień przed kompem.
Te codzienne przygody, to rozumiem, że solo?
Głównie. Czasem działam w ekipie, natomiast nie zawsze jest to łatwo zgrać. Zdarza się, że robimy „hybrydy”, gdzie ja dokładam sobie bonus. Z drugiej strony lubię też ten spokój, kiedy mogę iść swoim tempem, bez presji, że ktoś musi na kogoś czekać.

A ryzyko?
Niestety, w górach ryzyko zawsze jest i trzeba się z nim liczyć. Możemy je jedynie minimalizować. Działając solo, staram się trzymać niższy próg akceptowalnego zagrożenia lawinowego. Warto też zadbać o kontakt ze światem – tu z pomocą przychodzi na przykład InReach.
Oswald wspominał, że nie do końca podobał ci się film o sobie? Dlaczego?
Ładnie to ujął, że nie do końca (śmiech). Głównie chodzi o to, że film jest po prostu smutny. Oswald nie miał łatwego zadania. Jestem trudny we współpracy. Nie wychodzę z inicjatywą, nie robię powtórek. A Oswald jest osobą, która bardzo szanuje prywatność. Dzięki temu czuję się przy nim komfortowo. Jakbym powiedział, że ma nie filmować, to by tego nie robił. Szacun, że stworzył film z wyprawy, gdzie byliśmy tylko we dwóch, a ja na dodatek zdecydowanie nie ułatwiałem zadania.
Ale druga strona medalu jest taka, że wyszło smutno. A dla mnie narciarstwo i góry to fun. Tego w tym filmie nie widać.
Może tę radość przeżywasz w środku?
Może tak być (śmiech).
Niech i tak będzie. Spełnienia marzeń!
***
Wywiad ukazał się w zimowym Outdoor Magazyn, nr 32.











