Aby obudzić się na końcu świata, wystarczy wsiąść na pokład, obejrzeć trzy filmy i trochę się przespać. Historia cywilizacji to historia przyspieszania, a każde przyśpieszenie wpływa na nasze postrzeganie rzeczywistości. Airbus A350-1000ULR to takie przyśpieszenie. Francja-Australia w około 20 godzin. 17 tysięcy kilometrów bez przesiadek. Zmiany? Pomyślmy.
***
Im sprawniej pokonujemy przestrzeń, tym mniej ją odczuwamy – ta myśl, choć nienowa, nadal jest niewygodna. Pieszy czyta napisy na murach. Rowerzysta zauważa więcej niż kierowca. Pierwszy i drugi czują odległość w nogach. Kierowca wykonuje jeszcze odrobinę pracy. Z kolei pasażer samolotu przez większość czasu nawet nie patrzy przez okno.
Na powierzchni ziemi ciało i umysł poruszają się z tą samą prędkością. Samolot zdaje się rozrywać tę więź.
Podróż przypomina teleportację. Brakuje płynnego przejścia, stopniowego oswajania krajobrazu, trudu… Samolot odrywa nas od ziemi, a równocześnie od skali. Przestajemy dotykać skorupy planety, przestajemy czuć jej rozmiar. Terytorium zamienia się w zbiór punktów. Świat wydaje się coraz mniejszy. Mniejszy niż tak naprawdę jest. Można by lamentować: przestaliśmy doświadczać drogi, przestaliśmy doświadczać odległości…
Ale! Czy to wszystko nie brzmi arogancko? Ile ludzi może sobie pozwolić na luksus wielomiesięcznej podróży?
Dzięki samolotom możliwe są wakacje daleko od domu. Trzy tygodnie w Australii zamiast trzech miesięcy w drodze to nie degradacja – to demokratyzacja podróży.

Trochę mi głupio, ze względu na osobistą nostalgię i powab dawnych podróży, ale gdyby ktoś wręczył mi bilet na ten lot, oczywiście wziąłbym go bez wahania. Chętnie stanąłbym za 20 godzin „do góry nogami”, płacąc kartą kredytową, a nie tygodniami w pociągach, na dworcach, granicach i na statkach. Dla większości z nas ta druga opcja i tak pozostaje czysto teoretyczna.
Czy „czucie odległości” w ogóle jest jakąś wartością nadrzędną? Może właśnie ten 20-godzinny lot to „poczucie ogromu Ziemi” dostępne dla większości z nas. Szybkie jak streszczenie. Ale i jedyne dostępne.
Czy „czucie odległości” jest przesadnie romantyzowane? Częściowo tak. Nie jest wartością absolutną. Samo doświadczanie oporu Ziemi, nie oznacza, że podróż będzie miała jakiś większy sens. Można jechać miesiącami i utwierdzać się we własnej wrażliwości. Można też zwiedzić wiele miejsc szybko i zebrać konkretne doświadczenia.
Cieszymy się możliwością dalekich podróży. Wracamy do wędrówek pieszych i rowerowych. Próbujemy doświadczyć egzotyki. Próbujemy doświadczamy oporu Ziemi. Chcemy być jak podróżnicy. Chcemy być jak odkrywcy.
Czasem oszukujemy sami siebie, czasem bywamy oszukiwani.
Przyśpieszanie jest nieuniknione i samo w sobie nie stanowi problemu. Pytanie co z nim robimy. Szybki lot nie musi oznaczać powierzchowności, ale niestety w praktyce coraz częściej tak właśnie jest: kolejne odhaczenie, relacja na Insta, ozdoba dla wizerunku. Z drugiej strony powolna wędrówka też bywa produktem.
Wszystko dzieje się coraz szybciej. Kupujemy bilet do Australii, skok ze spadochronem, rower z kierownicą-barankiem. Przestajemy odróżniać przemieszczenie od doświadczania, a doświadczanie od jego stylizacji. Coraz trudniej powiedzieć, czy w ogóle jeszcze dokądś jedziemy.
*
PS. Po 24 godzinach i 23 minutach nieprzerwanego lotu z Melbourne, przez Pacyfik, Stany Zjednoczone i Atlantyk, Airbus A350-1000ULR wylądował w Toulouse we Francji. Tuż przed lądowaniem samolot śledziło na Flightradar24 ponad 125 tysięcy ludzi.










