Materac, niewielka kuchenka, zlewozmywak i zasłonki w oknach. Rowery, deski surfingowe i inny sprzęt poupychany po kątach, do tego kierownica, wygodne fotele i wycieraczki. Dom na kółkach to wolność i komfort, to sposób na poznanie świata i realizowanie najróżniejszych pasji. To styl życia.
***
Nie sposób pisać o podróżowaniu i życiu w vanie bez odniesienia się do starego jak sam człowiek zjawiska nomadyzmu. W przeszłości nomadami określano koczowników regularnie zmieniających miejsce pobytu. Z jednej strony powodem były względy czysto pragmatyczne – zmiany pogody, poszukiwanie żywności czy wody i pastwisk dla hodowanych zwierząt. Słowo nomada pochodzi z greckiego i nie bez kozery znaczy właśnie „człowiek wędrujący w poszukiwaniu pastwisk”. Nomadzi nie byli bowiem rolnikami. Tworzyli społeczności pasterskie i łowieckie, które korzystały z tego, co dany obszar miał im do zaoferowania w danym momencie, i po wyczerpaniu zasobów naturalnych ruszały dalej przed siebie.
Z drugiej strony wszystko wskazuje na to, że taki tryb życia już wtedy był sposobem wyrażania osobistej wolności, co – mimo zmiany całego kontekstu – pozostaje najważniejszym wspólnym mianownikiem tradycyjnego i współczesnego nomadyzmu. Gdzieś po środku są grupy takie jak Tuaregowie, Beduini, Romowie czy praktycznie połowa Mongołów, które adaptując się do zmieniającego się świata pozostają wierne swoim koczowniczym czy półkoczowniczym tradycjom.

Nomadzi XXI wieku
Pierwsze próby zdefiniowania współczesnego nomadyzmu podjęto na początku XXI wieku. Na przestrzeni kolejnych lat coraz mocniej zarysowywały się dwie grupy – nomadzi miejscy i cyfrowi. Pierwsi pozostają mobilni, podejmując pracę w różnych miastach na świecie, na co pozwala im rozwój infrastruktury komunikacyjnej i mieszkaniowej. Świat to dla nich globalna wioska i na każdą podróż patrzą przez pryzmat nie dystansu, a godzin, jakich potrzebują na jego pokonanie.
Drudzy nie podróżują do pracy, tylko razem z nią. Copywriterzy, fotograficy, tłumacze, blogerzy, specjaliści social media i pracownicy branży IT – to tylko niektóre z najpopularniejszych zawodów cyfrowych nomadów. Na ich korzyść działa rozwój technologiczny, gospodarka coraz bardziej oparta na wiedzy i zawodach STEM, ale też ciągle rosnący rynek freelancerów (gig economy, czyli ekonomia wolnych strzelców). W samej Unii Europejskiej w latach 2008–2015 przybyło ich prawie dwa miliony.

Z kolei w USA prognozuje się, że do 2035 roku niezależni pracownicy zdalni stanowić będą aż 50 procent. W konsekwencji cyfrowych nomadów do 2035 roku ma być na całym świecie nawet 1 miliard. Spośród nich lwia część to przedstawiciele pokolenia Y i Z, którzy ponad wszystko cenią sobie niezależność, wolność i mobilność.
Kierując się filozofią życiowego minimalizmu, posiadanie – zwłaszcza nieruchomości – traktują w kategoriach ograniczania. O wiele większe znaczenie mają dla nich doświadczenia, wspomnienia i samorealizacja. Odrzucają oni zatem pracę na etat na rzecz tworzenia własnego biznesu i właśnie freelance’ingu, by żyć bardziej w zgodzie z wyznawanymi wartościami. Gdy do tego podróż staje się celem samym w sobie, jesteśmy o krok od przeprowadzenia się do auta.
M1 na kółkach
Pomysł domu na kółkach pojawił się w głowie człowieka jeszcze przed powstaniem silnika spalinowego. Nie były to zatem auta, a raczej przyczepy ciągnięte przez konie i nierzadko lądujące w rowach w związku z konstrukcją, której przystosowanie do długich podróży po nieutwardzonych drogach pozostawiało wiele do życzenia. W ten sposób od dawien dawna podróżowali choćby Romowie. Najbardziej znanym tego typu pojazdem był pochodzący z 1885 roku The Wanderer, powstały na zlecenie Szkota Williama Gordona Stablesa, z zawodu lekarza Królewskiej Marynarki Wojennej, z zamiłowania zaś podróżnika i autora powieści przygodowych. Pan Stables, urodzony wędrowiec – jak sam o sobie mówił, już jako dziecko zazdrościł cygańskim rówieśnikom. W końcu jako dorosły, odbywszy służbę wojskową, zrealizował swoje wielkie marzenie, konstruując właśnie The Wanderera i zostając gentleman gypsy.
Jeśli natomiast chodzi o to, co interesuje nas najbardziej, czyli auta przerobione na kampery, to w latach 30. XX wieku pewien brytyjski arystokrata imieniem Captain Dunn ściągnął z USA wybebeszonego Pontiaca Six i z pomocą lokalnych konstruktorów nadwozi zbudował wnętrze wyposażone w ręcznie wykonane szafki i stoły, rozkładane łóżko, minimalistyczną kuchnię z kuchenką i zbiornik z wodą. Co prawda w latach 50. rozwój przemysłu stalowego zaowocował powstaniem takich perełek jak premierowy Volkswagen Transporter od Westfalii czy Bedford Dormobile z pierwszym podnoszonym dachem, ale dopiero dekadę później firmy zaczęły naprawdę przywiązywać wagę do tworzenia wygodnej przestrzeni życiowej w vanach, dościgając tym samym wizję Dunna sprzed ćwierć wieku.
Dla ówczesnej ewolucji tzw. vandwellingu nie bez znaczenia był miłujący życie w drodze oraz Volkswageny T1 i T2 ruch hippisowski. W tym miejscu o przytoczenie aż prosi się pewna ciekawostka: tradycyjni nomadzi, wbrew temu co mogłaby nam podpowiadać intuicja, nie byli pacyfistami, a wręcz potrafili najeżdżać ludy prowadzące osiadły tryb życia, jak i toczyć wojny między sobą.

Lata 70. na rynku camper vanów odbiły się sinusoidą. Z jednej strony w kategorii dopiero co zadebiutował Fiat ze swoim 238 Camper Van, a Toyota z dającym spore możliwości adaptacji na kampera modelem HiAce. Samo podróżowanie w vanie zyskiwało na popularności. Z drugiej jednak był to okres, w którym wiele firm z branży zakończyło działalność w związku z wahnięciami ekonomicznymi. Kres posusze położyła trzecia generacja słynnego Volkswagena Transportera, która na nowo rozpaliła dogasający już nieco ogień vandwellingu. W Polsce z kolei podobno całkiem nieźle sprawdzały się kultowe dzisiaj ZSD Nysy i FSC Żuki.
Można rzec, że ostatnie dwie dekady XX wieku były swoistym preludium do aktualnego stanu rzeczy, bowiem pojawienie się aut z szerokim rozstawem osi – a zwłaszcza tzw. trojaczków, czyli Fiata Ducato, Peugeota Boxera i Citroëna Jumpera – zmieniło wszystko. Ogrom miejsca wewnątrz i duża wysokość (bez podnoszonego dachu!) owocowały mnogością opcji zagospodarowania przestrzeni i pozwalały na swobodne poruszanie się w wyprostowanej pozycji.
Nie trzeba było długo czekać na odpowiedź z tradycyjnego frontu. Firmy, takie jak Elddis, Swift czy Dethleffs, do tej pory specjalizujące się w produkcji przyczep campingowych, od razu uruchomiły produkcję klasycznych, wykończonych kamperów. Dopracowane w najmniejszych detalach modele oferowały wszystko poza łatwością i swobodą modyfikacji zgodnie z indywidualnymi preferencjami. Ponadto popularne „dostawczaki” nie rzucają się tak w oczy, co ułatwia nocleg w mniej oczywistych miejscach. Poza tym gotowy kamper nie należy do najtańszych.
Oczywiście firmy zajmujące się projektowaniem i wykonywaniem zabudowy w vanach też potrafią zaskoczyć ceną, w związku z czym wśród vanliferów mocno rozwinął się w ostatnich latach trend DIY, skutecznie napędzany przez serwisy społecznościowe, ale przede wszystkim przez niezastąpionego YouTube’a. Znajdziemy zresztą też poradniki oraz oferty indywidualnych szkoleń na żywo z budowy kampervanów.
Równolegle na znaczeniu zyskują rozwiązania proekologiczne, i to zarówno w przypadku autorskich realizacji, jak i propozycji prosto od producentów, czego dowodem mogą być pierwsze hybrydowe i elektryczne vany czy futurystyczny, koncepcyjny Volkswagen Type 20 z napędem elektrycznym.

#vanlife
Dzisiaj vanlife to już znacznie więcej niż styl życia. To prężnie działający biznes. W trakcie powstawania tego tekstu hashtag #vanlife na Instagramie dobił do 10,2 miliona postów, a influencerów, którzy ów koczowniczy styl życia przekształcili w źródło zarobku, ciężko zliczyć.
Niestety problemem social mediów, a zwłaszcza Instagrama, jest to, że zwykle pokazują one tylko tę piękną stronę wybranego zagadnienia. Zatem po kliknięciu na znacznik #vanlife zobaczymy głównie wypasione fury, piękne widoki, szczęśliwe pieski i sączoną niespiesznie poranną kawę. Owszem, tak to często wygląda, ale nie zawsze.
Każdy rodzaj auta i zabudowy generuje swój wachlarz problemów – czy będzie to uzupełnianie wody, za szybko rozładowujące się akumulatory, duchota i akumulująca się wilgoć, klasyczne samochodowe awarie czy po prostu brak pewnych wygód. Nierzadko nie będzie też gdzie wyrzucić śmieci, a znalezienie miejsca na nocleg okaże się zaskakująco trudne, bowiem vanem po prostu nie wszędzie da się wjechać, wbrew temu co wyświetla nam na smartfonie najlepsza vanlife’owa aplikacja.
Należy wspomnieć także o aspekcie mentalnym – dla niektórych życie w vanie na dłuższą metę okaże się po prostu męczące. Droga, jaką pokonujemy, bywa przydługa i pełna niespodzianek, a na jej końcu nie zawsze czekają znajomi, ładna pogoda i… dobre połączenie z internetem. Tak, tak – zależność od technologii zdaje się być obecnie największym problemem współczesnych nomadów.
Zupełnie inne światło na vanlife rzuca też reportaż Jessiki Bruder, na podstawie którego powstał nagrodzony tegorocznym Oscarem film „Nomadland”. Jest to historia ludzi, dla których vanlife jest nie tyle wyborem, ile przymusem ekonomicznym i ucieczką przed długami.
W powszechnej świadomości vanlife kojarzy się z wiecznymi wakacjami. Utarło się, że w ten sposób żyją i podróżują osoby młode, bez obowiązków, bez oszczędności, za to ze zbyt swobodnym i nieodpowiedzialnym podejściem do życia. Cokolwiek to znaczy.
Vanlife – sport dla każdego
Odłożywszy na bok stereotypy, zrozumiemy, że środowisko vanliferów jest tak zróżnicowane jak auta, którymi jeżdżą. Spotkamy miłośników sportów osadzonych mocno w naturze – wspinaczy, biegaczy, surferów, rowerzystów, zagorzałych podróżników i wolnych strzelców potrzebujących zmiany otoczenia; starsze małżeństwa, korzystające z uroków emerytury, i całe rodziny z dziećmi – przez kilka miesięcy podróżowało w ten sposób między innymi znane wspinaczkowe małżeństwo Tommy i Becca Caldwellowie z dwojgiem dzieci, a polska FamiliaVentura cieszy się życiem w drodze już od ponad roku.
Nie chodzi tu zatem o wiek czy status rodzinny tylko o to, do czego przywiązujemy wagę. Jeśli nie tak wyobrażacie sobie podróż idealną, ale mimo to wizja domu na kółkach wydaje wam się kusząca, warto spróbować. Na kilka dni, wypożyczonym autem, na krótszym dystansie. Vanlife może okazać się tym, czego wam w życiu brakowało, lub dużym rozczarowaniem, bo na pewno nie przypadnie do gustu wszystkim. Mnie na przestrzeni lat dał on bezcenne poczucie wolności i po prostu dużo szczęścia.
Barbara Suchy
***
Materiał ukazał się pierwotnie w 14. numerze Outdoor Magazynu (lato 2021).

Dom na kółkach to wolność i komfort, to sposób na poznanie świata i realizowanie najróżniejszych pasji. To styl życia.










