Za oknem cisza. Przynajmniej w przyrodzie, bo w tym naszym, cywilizacyjnym świecie prawie zawsze i prawie wszędzie jest głośno. Nie słychać już śpiewu ptaków, a i pasikoniki grają coraz rzadziej, aż któregoś wieczoru przestaną całkiem. W coraz dłuższe jesienne wieczory łatwo zapomnieć ile dźwięków docierało do nas jeszcze kilka miesięcy temu.
*
Jeden kos wiosnę czyni
Śpiew kosa za oknem był jasnym sygnałem. Nawet tu, na osiedle na obrzeżach Warszawy, nadchodzi wiosna. Ten głos, mimo że pospolity, na przedwiośniu wywołuje u mnie zawsze ciepłe ukłucie w brzuchu. To chyba przez ten jeden spacer na Saskiej Kępie w dzieciństwie, pod koniec lutego. Właśnie wtedy, kiedy świeża warstewka śniegu w światłach ulicznych lamp skrzyła się jak srebrny dywan, w chłodnym powietrzu zmierzchu rozległ się cichy śpiew kosa. Pierwszy ptasi śpiew po zimie.

Cicha wiosna?
Tegoroczna wiosna była jednak cicha. Może akurat nie w lasach, parkach i ogrodach, a w innym miejscu, które od zawsze kojarzyło mi się z wielką dźwiękową manifestacją życia – na bagnach. Od lat, kiedy wiosną obowiązkowo meldowałem się na biebrzańskich mokradłach, w kwietniowe i majowe zmierzchy, zamieniały się one w istny chór ptaków i płazów. Rzekotki drzewne, rokitniczki, wodniczki, wodniki, kropiatki, świerszczaki, brzęczki, kszyki, a zresztą… Nawet nie trzeba było znać tych wszystkich nazw, żeby w takim miejscu, słuchając bagiennej symfonii, poczuć się wyjątkowo. W tym roku, prowadząc wycieczki jako przewodnik, w połowie maja odkryłem tam ponury widok. Ciągnące się po horyzont torfowisko, zwykle o tej porze zielone, kwitnące i pełne dźwięków, było teraz szarobrązowe, suche i ciche. Chciałem nawet sprawdzić datę na telefonie. To naprawdę maj czy może jednak marzec? Pojedyncze dźwięki kszyków były marnym echem niedawnej jeszcze świetności tego miejsca. Susze nawiedzają ten rejon od paru ładnych lat, ale tegoroczna była rekordowa. Po raz pierwszy dzika, meandrująca Biebrza nie wystąpiła na przedwiośniu z brzegów. Nie było rozlewisk, które unikatowym formom życia, zwłaszcza ptakom wodno-błotnym, zapewniają schronienie, pożywienie i ważny przystanek podczas wędrówek. Do tego był to pierwszy rok, kiedy właśnie tam, na Bagnie Ławki, nie słychać było cietrzewia – rzadkiego, wymierającego w Polsce ptaka, dla którego przez kilka lat włóczyłem się po biebrzańskich torfowiskach i tatrzańskich borówczyskach, żeby zebrać materiał do badań w ramach pracy magisterskiej, a potem doktoratu.
Cicha wiosna? To przecież tytuł książki autorstwa Rachel Carson, w którym dokumentuje wpływ pestycydów na przyrodę, w tym na ptaki. To także tytuł piosenki, którą napisałem, i którą gramy z zespołem Cicho. Opowiada o tęsknocie za wiosnami sprzed suszy, pełnymi dźwięków i życia. A więc czy to już? Strach pomyśleć jak zmiany klimatu wpłyną jeszcze na ten kruchy i piękny skrawek Polski. Choć od dziecka słyszę przepowiednie i relacje o zanikającej różnorodności przyrody, to jednak teraz zaczynam to odczuwać na własnej skórze. Ta niepokojąca cisza budzi u mnie dziwne uczucie utraty bezpieczeństwa. Wróciłem do Warszawy. Za oknem wciąż śpiewał kos, tak jakby on jeden miał jeszcze nadzieję. Czas na zmianę kierunku. Zbliżał się mój coroczny, kwietniowy wyjazd w Tatry.

Halny
To już trzy lata, odkąd czas moich badań terenowych dotyczących rzadkiego, ginącego gatunku ptaka – cietrzewia, minął. Wygasły zezwolenia, a po biebrzańskich czy tatrzańskich pustkowiach mogę już chodzić tylko wyznaczonymi szlakami. Z tamtych lat pozostał mi jeden ważny nawyk. Noszenie w góry lunety – przedłużenia zmysłu wzroku. Te dodatkowe kilka kilogramów zwiększają szanse na zaobserwowanie czegoś ciekawego. Po spakowaniu plecaka nadszedł czas na sprawdzenie prognozy pogody. Co wylosuję na te zaledwie trzy dni? Trzy dni! To przecież brzmi jak kłopoty na własne życzenie! Jak można w tatrzańską wiosnę, składającą się w dużej mierze z nawrotów zimy i porywów halnego, celować w tak krótki okres, i jeszcze liczyć, że los przyniesie pogodę dającą szanse na jakieś obserwacje? Głęboki oddech i … nie jest tak źle! W prognozie halny (a jak!), ale ustępujący dokładnie w dniu mojego przyjazdu. Kolejne dni przyniosły jednak tylko ponury chichot losu przyrodnika. Koniec halnego wydłużał się, aż objął wszystkie planowane dni mojego pobytu. Nie spodziewałem się, że w takich warunkach uda mi się zobaczyć cietrzewia, niedźwiedzia czy szybującego orła. Opóźniłem więc wyjazd o jeden dzień, by uniknąć najsilniejszego wiatru, i bez przekonania wsiadłem do pociągu. Jechałem na dwa pełne dni w Tatry. Wiosną. Co za pomysł.

Na stacji w Zakopanem – pierwsze spojrzenie na góry. Widać było jeszcze ślady wału chmur, zalegającego nad szczytami. Na dole jednak pogoda była znośna. Po obiedzie w barze przy stacji – busik i jazda do Chochołowskiej. „Jakby był pan sam, to bym pana podrzucił nawet na Siwą Polanę” – rzucił kierowca, ale po drodze dosiadł się jeszcze jeden pasażer. „Nie jest tak źle” – myślałem, siedząc przy oknie i patrząc na czubki mijanych świerków. Jednak dochodząc do schroniska, przyjąłem na twarz kilka takich podmuchów, że szybko przypomniałem sobie, co oznacza halny. W schronisku znów sprawdziłem prognozę, i … codziennie silny wiatr, a w dniu mojego wyjazdu – nawet śnieg. A śnieg w Tatrach najpewniej oznacza niskie chmury i brak widoczności w wyższych partiach gór. Na rano umówiłem się na wspólne obserwacje z kolegą z Tatrzańskiego Parku Narodowego. Głuche uderzenia wiatru w okna schroniska śpiewały mi kołysankę na dobranoc.
Hattrick
Budzik zadzwonił o świcie. Byłem sam w kilkunastoosobowym pokoju. Cisza. Może nie wieje? Wyszedłem przed schronisko. Świat był ewidentnie ruchomy, ale nie było już takich strzałów powietrza jak poprzedniego wieczoru. Ustawiłem lunetę i razem z kumplem zaczęliśmy obserwować okoliczne szczyty, zbocza, upłazy, przełęcze, czubki drzew. U góry, przy samej kępie chwiejącej się poniżej grani kosodrzewiny, zauważyłem ciemny punkt. A takich punktów należy pilnować. Pilnowaliśmy więc tej czarnej kropki na zmianę, aż w końcu dostrzegłem, że to nie zwidy – naprawdę się rusza. Cietrzew! Święta uratowane! Już myślałem, że w tym roku nie zobaczę swojego ulubionego, z każdym sezonem rzadszego gatunku. Po raz pierwszy zresztą miałem okazję obserwować, jak tak skryty ptak zachowuje się w wietrzną pogodę. Trzymał się blisko kosodrzewiny i skubał borówki. Niżej w kosodrzewinie dostrzegliśmy przemykające rude sylwetki jeleni. Mijając dywany krokusów (w środku tygodnia, bez tysięcy obserwatorów), przenieśliśmy się w inną część polany tak, żeby dostrzec przez lunetę inne masywy górskie, niewidoczne z naszego pierwszego punktu obserwacyjnego.

Wiatr narastał, i widać było gołym okiem, że dogodne do obserwacji warunki powoli się kończą. Jednak zanim budka się zamknęła – sensacja! Staszek dojrzał przez lunetę drugiego cietrzewia, który przyszedł na piechotę, najpewniej z drugiej strony grani. Zdaje się zresztą, że już znamy tych dwóch osobników, z naszych corocznych obserwacji w tym rejonie. Nie było jednak tego ranka toków – ich rytualnych zachowań godowych, zapał zapewne ostudził paradoksalnie ciepły, silny wiatr. Zanim czarne tajemnicze ptaki zniknęły na dobre w kosodrzewinie, kątem oka dojrzałem ciemny kształt nad naszymi głowami. A drapieżnym ptakom w takim miejscu należy przyglądać się uważnie. Tym razem nie trzeba było nawet lornetki. To sokół wędrowny! Największy gatunek krajowego sokoła i jeden z rzadszych w Polsce ptaków drapieżnych. Wszystko wskazywało na to, że ptak gnieździ się gdzieś w okolicy.

Uderzenia wiatru rosły w siłę, można było bez wyrzutów sumienia zwijać sprzęt i schować się w schronisku. Miałem zresztą co robić – pisałem przecież doktorat z … cietrzewia. Deszczowa (tym razem!) prognoza na kolejny dzień skłoniła mnie do podjęcia próby wyjścia w wyższe partie gór jeszcze tego samego dnia, po południu. Mijając żółte tablice z napisem „Chronić Cię Trzeba”, ruszyłem szlakiem na Grzesia. To właśnie na tym szlaku obowiązują ograniczenia ruchu w okresie godowym cietrzewi. Z uwagi na aktywność tych ptaków wczesnym rankiem, wejście wiosną jest tam dozwolone od 8.00. To wciąż bardzo małe ograniczenie w porównaniu z tymi, które stosuje się w podobnych przypadkach w Karkonoszach, ale nasz pierwszy wspólny krok, Komitetu Ochrony Kuraków i Tatrzańskiego Parku Narodowego, w stronę zwiększania świadomości górskich turystów na obecność tego gatunku – cieszy. Wiatr dawał się we znaki dopiero pod samym Grzesiem. Dalsza część szlaku, prowadząca w tunelu z kosodrzewiny, była już nieco bardziej przystępna. Dotarłem do Rakonia, skąd zawróciłem.
Przysiadłem niżej, w osłoniętym miejscu przy samym słupku granicznym. Na karłowatej jarzębinie śpiewał drozd obrożny – piękny czarny ptak, przypominający kosa, tyle że z białą „obrożą”, a także drobne, szarobrązowe pokrzywnice. Nadeszła pora wieczornej aktywności zwierząt, więc rozstawiłem statyw z lunetą i próbowałem wykorzystywać krótkie momenty, kiedy wiatr nie trząsł statywem.. Łapałem te krótkie i nieczęste chwile niczym powietrze podczas pływania i przeglądałem zbocza Kominiarskiego, Ornaku, Czerwonego Wierchu, Łopaty i Wołowca. Nagle kilkaset metrów niżej dojrzałem kozicę. Do pełnego zestawu brakuje tylko niedźwiedzia – pomyślałem.
Wiatr sprawia, że nasza czujność jest ograniczona. Nie słyszymy tego, co się do nas zbliża. To dlatego w wietrzną pogodę płochliwe ptaki nie pojawiają się na odsłoniętych terenach, i to dlatego łatwiej w taki dzień zaskoczyć odpoczywającego w kosówce niedźwiedzia. Podobnie i górski wędrowiec w kosodrzewinie czuje się mniej pewnie, kiedy świat wokół szumi i szeleści i nigdy nie wiadomo co czai się za zakrętem. Może to nasze dziwne poczucie niepokoju w wietrzne dni ma swoją atawistyczną naturę? Człowiek, pierwotnie, pasuje mi na gatunek terenów półotwartych. Zresztą według naukowców właśnie takie krajobrazy występowały w naszej szerokości geograficznej w ostatnim okresie o analogicznym klimacie, kiedy struktura środowiska nie była jeszcze kształtowana przez ludzi – w interglacjale eemskim, ponad 115 tysięcy lat temu. Lubimy odpoczywać z widokiem na okolicę. Za to niepewnie czujemy się, kiedy nie wiemy co kryje się dalej za zasłoną szumu wiatru, gęstego lasu lub ciemności. Analiza takich atawizmów pozwala nam lepiej zrozumieć otaczające nas formy życia. Siedziałem na kamieniu, a wokół hulał wiatr. Nagle w polu widzenia lunety, jednak dużo dalej niż rano, dostrzegłem czarny punkt w mozaice kosodrzewiny i borówczysk. Obraz drgał, a wiatr próbował wywrócić mi lunetę, raz nawet skutecznie. Doczekałem się wreszcie chwili spokoju. Kogut cietrzewia! Kolejny dziś! Zdążyłem dosłownie na ostatni moment, kiedy chował się w kosówce. Co ja bym zrobił bez lunety? Nauczyłem się ją nosić dawno temu. Dzięki niej mogę mogę zaobserwować w Tatrach nie tylko cietrzewie, ale także rysie, niedźwiedzie, orły przednie, pomurniki i wiele innych.

Czas się zbierać. Noc w górach trzeba zostawić przyrodzie. Powrót zaplanowałem tak, by akurat na wieczór dotrzeć do schroniska. Wiatr spychał mnie szybko w dolinę. Zostało mi jakieś 20 minut marszu, kiedy moją uwagę zwrócił duży, szarobrązowy kształt na przeciwległym zboczu. Lornetka! No właśnie, pierwsze wrażenie bywa słuszne, i przy obserwacji przyrody warto mu ufać. Niedźwiedź! Jeszcze jeden piękny tatrzański gatunek, który dane mi było spotkać w te wietrzne dni. Szukając pokarmu wśród połamanych pni i gałęzi rozrzedzonego wiatrołomu, powoli wspinał się w górę. Odczekałem trochę, by oddalił się od szlaku, i ruszyłem dalej do schroniska. Na polanie położyłem się na chwilę na ławce. Wiatr wyraźnie zelżał i zbierało się na burzę. Usłyszałem cichy dźwięk. Włochatka! Ta typowa dla borealnych lasów surowego klimatu sowa poczuła wiosnę w kwietniowy zmierzch. Wiatr osłabł, a kiedy zapadła ciemność, widoczne stały się rozbłyski odległej burzy. Za ciemny grzbiet Długiego Upłazu zaszedł gwiezdny tryptyk – pas Oriona, znak odchodzącej zimy. Nocą spadł deszcz.
Następnego dnia pogoda doskonale nadawała się na pisanie doktoratu. Już miałem w ogóle zrezygnować z wyjścia w góry, kiedy pod wieczór przejaśniło się. Szybka kalkulacja: zdążę wejść i zejść z Grzesia przed zmrokiem? Zdążę. No to w drogę! Po deszczu wiatr wrócił, choć już nie z taką siłą jak pierwszego dnia. Na górze kolejna rewelacja. Jak tylko rozstawiłem statyw trochę poniżej wierzchołka Grzesia, kilkanaście metrów ode mnie, spychany przez wiatrm przemknął… orzeł przedni! A za nim drugi. Wzlatywały w górę, jakby korzystając z silnych podmuchów, a potem pikowały w dół na złożonych skrzydłach. Czyżby para odbywała podniebne tańce godowe? Chyba nigdy wcześniej nie byłem tak blisko tych pięknych, majestatycznych ptaków. Po chwili zniknęły po słowackiej stronie upłazu, a ja, korzystając z krótkich chwil bez wiatru, przeczesywałem okoliczne zbocza z pomocą lunety. Poczułem mocniejsze uderzenie serca. Dostrzegłem czarny, owalny punkt, mocno poniżej grani, przy samej kosówce. Kropka była zdecydowanie zbyt czarna na głaz czy kosodrzewinę, ale też wciąż zbyt owalna na cietrzewia. Ale doczekałem się. Ptak ruszył się powoli, skubiąc borówki, i wszedł w biogrupę kosodrzewiny i niskich drzew powyżej górnej granicy lasu. Niesamowite! Drugi dzień z rzędu!

Choć bardzo staram się unikać sportowego podejścia do przyrody, czułem, że zbliża się hattrick – obserwacje cietrzewia trzy dni z rzędu. Do tej pory zdarzyło mi się to tylko raz, w 2018 roku w Dolinie Biebrzy. Prognoza na kolejny dzień zapowiadała się wyśmienicie, z ikonki pogody zniknęły płatki śniegu, miało też przestać wiać i być bezchmurnie. Pełen nadziei znów ustawiłem budzik na świt.
Rano pogoda była wyborna. To właśnie taka wiosna, jaką wyobrażałem sobie, planując wyjazd. Krokusy, śpiew sosnówek, kosów, drozdów obrożnych i śpiewaków. Tylko śniegu mniej przez ciepły halny. Dla tatrzańskich kuraków i świstaków to może nawet i lepiej, bo sezon narciarski w ich ostojach trwał w tym roku krócej.
Cietrzewie nie pojawiły się w tym samym miejscu, co pierwszego dnia. Nie było też toków. Jedynego koguta dostrzegł kumpel przez lunetę, daleko, na jeszcze innym górskim grzbiecie. Ptak żerował, a potem siedział niczym czarny posąg z długą szyją w kształcie butelki – łapiąc powracające promienie słońca, obserwował okolicę z góry. A potem zniknął, jak to cietrzew. Dlaczego w tak piękny i spokojny poranek nie było toków? Ile to jeszcze godzin, dni i lat obserwacji przyrody, zanim choć trochę zaczniemy ją rozumieć?
Wracałem do Warszawy z naładowanymi bateriami na dalszą część roku. Zwłaszcza po zetknięciu z biebrzańską suszą, obcowanie z taką dzikością było mi potrzebne. Kiedy zazna się w ten sposób trochę wiosny, ma się wrażenie, że życie nie przecieka przez palce. Przez kilka dni możemy zaobserwować tylko ułamek z życia tatrzańskiej przyrody. Ono trwa przecież cały czas, nawet teraz, kiedy czytacie te słowa. W kosówce ukrywają się cietrzewie, na borówkach żeruje niedźwiedź, orzeł przedni czyści pióra. Nigdy bym jednak nie przypuszczał, że jednym z moich najlepszych wyjazdów pod względem obserwacji przyrody w Tatrach będzie właśnie ten, pełen wiatru i deszczu.
*
Tekst i foto: Michał Adamowicz










