Outdoor Magazyn
  • Start
  • Aktualności
    • Wspinaczka
    • Tatry
    • Alpinizm
    • Himalaizm
    • Biegi górskie i trail
    • Podróże
    • Poza trasą
    • Narty
    • Rajdy
    • Drytooling
    • Rowery
    • Szkolenia/Warsztaty
    • Konkursy
    • Jaskinie
    • Triathlon
    • Praca w outdoorze
  • Kierunki
    • Miejsca
    • Relacje
    • Wyprawy
  • Poradniki
    • Trekking & Góry
    • Skitouring
    • Turystyka
    • Trail running i Rajdy
    • Freeride
    • Biegówki
    • Fotografia & Film
    • Kuchnia
  • Testy
    • Obuwie
    • Odzież
    • Sprzęt & akcesoria
  • Sprzęt
    • Nowości
    • Poradnik sprzętowy
    • Przegląd rynku
    • Sklepy outdoorowe
    • Przewodniki
  • Ludzie
  • Kultura
    • Festiwale
    • Film
    • Książki
    • Prasa
    • Wystawy i Teatr
  • Patronat
  • Outdoor Mag
  • Gdzie kupić?
Brak wyników
View All Result
  • Start
  • Aktualności
    • Wspinaczka
    • Tatry
    • Alpinizm
    • Himalaizm
    • Biegi górskie i trail
    • Podróże
    • Poza trasą
    • Narty
    • Rajdy
    • Drytooling
    • Rowery
    • Szkolenia/Warsztaty
    • Konkursy
    • Jaskinie
    • Triathlon
    • Praca w outdoorze
  • Kierunki
    • Miejsca
    • Relacje
    • Wyprawy
  • Poradniki
    • Trekking & Góry
    • Skitouring
    • Turystyka
    • Trail running i Rajdy
    • Freeride
    • Biegówki
    • Fotografia & Film
    • Kuchnia
  • Testy
    • Obuwie
    • Odzież
    • Sprzęt & akcesoria
  • Sprzęt
    • Nowości
    • Poradnik sprzętowy
    • Przegląd rynku
    • Sklepy outdoorowe
    • Przewodniki
  • Ludzie
  • Kultura
    • Festiwale
    • Film
    • Książki
    • Prasa
    • Wystawy i Teatr
  • Patronat
  • Outdoor Mag
  • Gdzie kupić?
Brak wyników
View All Result
Outdoor Magazyn
Brak wyników
View All Result

„Tak naprawdę ta wyprawa nie była próbą sportową. Była próbą dla mnie samego” – rozmawiamy z Łukaszem Smagałą

Magdalena Bryś Magdalena Bryś
5 sierpnia 2026
Rowery
0
Łukasz Smagała podczas ponad 14-dniowej wyprawy rowerowej wokół Polski (fot. Ł. Smagała)

Łukasz Smagała podczas ponad 14-dniowej wyprawy rowerowej wokół Polski (fot. Ł. Smagała)

Podziel się na FacebookuPodziel się na Twitterze

Łukasz Smagała, znany w środowisku wspinaczkowym jako „Smagaś”, od lat szkoli zawodników i wytycza drogi wspinaczkowe jako doświadczony trener oraz routesetter. Tym razem zamienił ścianę na rower i wyruszył w podróż wokół Polski. W ciągu zaledwie 15 dni pokonał ponad 3500 kilometrów, przemierzając trasę prowadzącą wzdłuż granic. W rozmowie o prawdziwej przygodzie, w której każdy dzień oznaczał nowe miejsce, nowe krajobrazy i spotkania oraz poszukiwania najlepszych jagodzianek.

Łukasz Smagała podczas ponad 14-dniowej wyprawy rowerowej wokół Polski (fot. Ł. Smagała)

Magdalena Bryś (Outdoor Magazyn): Znany jesteś przede wszystkim w środowisku wspinaczkowym, ale od pewnego czasu można cię spotkać również na rowerowych wyprawach i bikepackingowych przygodach. Skąd wzięła się ta twoja pasja? 

Łukasz Smagała: Każda z tych wypraw rowerowych trochę wydarzyła się spontanicznie.  Zarówno jedna (rowerem z Zakopanego na Hel w ubiegłym roku), jak i druga wyprawa wynikały bardziej z potrzeby chwili. Ta ostatnia podróż miała przede wszystkim wymiar mentalny. Potrzebowałem czasu dla siebie, odcięcia się od ludzi i pobycia sam na sam ze swoimi myślami. To właśnie było dla mnie najważniejsze. Aspekt sportowy pojawił się niejako przy okazji. Wynikał bardziej z mojego charakteru i z tego, co działo się w trakcie drogi, niż z wcześniej przygotowanego planu. To nie jest tak, że siadam i wymyślam sobie kolejny sportowy challenge. Oczywiście zawsze mam jakiś cel, bo tak funkcjonuję. Przez całe życie uprawiałem sport, dlatego naturalnie wyznaczam sobie pewne granice, czy to czasowe, kilometrowe, czy związane z przewyższeniem.

Łukasz Smagała – wspinaczka w Ospie (fot. Piotr Deska / DH Climbing)

Właśnie moje kolejne pytanie dotyczyło przygotowania.  Czyli byłeś gotowy do takich wyzwań sportowych? 

Sport towarzyszy mi właściwie od zawsze. Już jako dziecko trenowałem lekkoatletykę. Razem z młodszym bratem przez dziewięć lat jeździliśmy na treningi do WKS Wawel w Krakowie, choć mieszkaliśmy wtedy w Szycach pod Krakowem. Co ciekawe, również moja ostatnia wyprawa rozpoczęła się i zakończyła właśnie w Szycach, więc w pewnym sensie zatoczyła rodzinne koło.

Nasze dzieciństwo wspominam przede wszystkim przez pryzmat sportu. Pięć treningów w tygodniu było czymś zupełnie normalnym, a weekendy oznaczały albo zawody, albo odpoczynek po nich. Tak wyglądała nasza codzienność. Znacznie lepiej odnajdywałem się w sportach wytrzymałościowych. Pojawiły się też drobne kontuzje, głównie problemy z kolanami, i wtedy pomyślałem, że warto poszukać własnej drogi.

Tak trafiłem do wspinaczki. Miałem około siedemnastu lat, kiedy sam zapisałem się do klubu Korona Kraków. To było dla mnie zupełnie nowe środowisko. Przyszedłem jako nastolatek do grupy pełnej doświadczonych wspinaczy i już na starcie zderzyłem się z bardzo wysokim poziomem. Kiedy inni bez problemu pokonywali kolejne drogi, ja miałem trudność z wykonaniem nawet kilku przechwytów.

Wytrzymałem około trzech miesięcy. Chodziłem wtedy na treningi prowadzone przez Monikę Niedbalską, ale w końcu uznałem, że to nie jest sport dla mnie. Brakowało mi rytmu treningowego i atmosfery, do której przyzwyczaiła mnie lekkoatletyka. Z perspektywy czasu wiem jednak, że to doświadczenie było ważnym etapem w poszukiwaniu dyscypliny, w której naprawdę się odnajdę.

„Trenuj ze Smagasiem” – cykl treningowy Łukasza (fot. arch. Ł. Smagała)

A kiedy rower pojawił się? 

Rower był obecny w moim życiu od najmłodszych lat. Z bratem całe wakacje spędzaliśmy właściwie na dwóch kółkach. Każdy trening zaczynał się od dziesięciokilometrowego dojazdu do WKS Wawel, potem odbywał się właściwy trening, a później wracaliśmy do domu tą samą trasą. Nasze pierwsze rowery to były zwykłe BMX-y, ale już wtedy marzyłem, żeby pojechać gdzieś dalej. Nie tylko na trening, ale po prostu w drogę. To było jedno z tych dziecięcych marzeń, które długo pozostawało gdzieś z tyłu głowy.

Później całkowicie pochłonęła mnie wspinaczka. Trafiłem do Reni-Sport, poznałem świetnych trenerów i bardzo szybko odkryłem wspinanie na czas. Okazało się, że moje doświadczenie ze sprintów bardzo się tutaj przydaje. W krótkim czasie zdobyłem mistrzostwo Polski i przez kilka lat w pełni poświęciłem się rywalizacji.

Jednocześnie gdzieś głęboko cały czas była we mnie potrzeba podróżowania i przebywania w naturze. Rower nie zniknął z mojego życia. Nadal był moim podstawowym środkiem transportu po Krakowie i sposobem na odpoczynek od wspinania. Każdy kolejny rower sprawiał mi ogromną radość, choć przez długi czas traktowałem go bardziej jako środek lokomocji niż narzędzie do dalekich wypraw. Z czasem wspinanie na czas przestało mi wystarczać. Coraz bardziej wciągał mnie bouldering.

Zacząłem jeździć w skały, do Muchówki, Ciężkowic i innych rejonów, wspinać się z bardziej doświadczonymi zawodnikami i rozwijać w zupełnie innym kierunku. Przełom nastąpił w 2015 roku podczas wyjazdu do Fontainebleau we Francji. Byłem świetnie przygotowany i nastawiony na mocne wspinanie, ale już na początku wyjazdu poważnie skręciłem kostkę. Trafiłem do francuskiego szpitala. Co ciekawe, lekarzem okazał się Polak, który studiował medycynę w Krakowie. Początkowa diagnoza mówiła o uszkodzonych więzadłach i skręceniu stawu skokowego. Wydawało się, że wystarczy rehabilitacja.

Po powrocie do Polski bardzo szybko wróciłem do treningów. Rehabilitacja przebiegała intensywnie. Prowadziłem zajęcia wspinaczkowe, sam trenowałem i wydawało mi się, że wszystko zmierza w dobrym kierunku. Problem polegał na tym, że kostka cały czas bolała. Pojawiał się stan zapalny, ale ignorowałem sygnały organizmu.

Dopiero po niemal roku wykonano rezonans magnetyczny. Okazało się, że diagnoza od początku była niepełna. W kostce znajdowało się złamanie, którego nie było widać na zdjęciach RTG. Doszło również do martwicy kości i poważnego uszkodzenia chrząstki. Rozpoczęła się długa walka o powrót do sprawności. Przez trzy miesiące chodziłem o kulach, przechodziłem kolejne terapie, zabiegi i rehabilitację.

Jak to mam w zwyczaju, nawet wtedy nie potrafiłem całkowicie odpuścić. Wspinałem się praktycznie na jednej nodze, prowadziłem treningi i próbowałem funkcjonować tak, jak wcześniej. Zapłaciłem za to przeciążeniami kręgosłupa i kolejnymi problemami zdrowotnymi.

Ostatecznie okazało się, że operacja jest nieunikniona. Konsultowałem się ze specjalistami w całej Polsce, aż trafiłem do profesora w Warszawie, który skierował mnie do ortopedy specjalizującego się w leczeniu sportowców. To właśnie on podjął się operacji. Później stał się jednym z czołowych specjalistów od urazów stawu skokowego u zawodników i nawet opisywał mój przypadek jako przykład kontuzji, którą bardzo łatwo pomylić ze zwykłym skręceniem.

Po operacji usłyszałem trudną diagnozę. Lekarz powiedział wprost, że bieganie prawdopodobnie już nigdy nie będzie możliwe na takim poziomie jak wcześniej. Wspinanie również miało być mocno ograniczone. Jedyną dyscypliną, którą mogłem bezpiecznie uprawiać, był rower. Właśnie wtedy wszystko zatoczyło koło. Pożyczyłem od znajomych trenażer i starą szosę.

Jeszcze w trakcie rekonwalescencji, gdy miałem opatrunki po operacji, codziennie wsiadałem na rower i kręciłem kolejne kilometry. Początkowo była to wyłącznie rehabilitacja. Z czasem stała się pasją, a później sposobem na realizację marzeń, które nosiłem w sobie od dzieciństwa. To właśnie wtedy narodziła się moja prawdziwa rowerowa historia.

Po dwóch miesiącach spędzonych w domu i poruszania się o kulach mogłem wreszcie wrócić na rower. Kiedy lekarze dali mi zielone światło, pożyczyłem świetną szosę od znajomych z klubu i po prostu pojechałem. Bez większego planu. Chciałem tylko sprawdzić, jak zareaguje organizm. Skończyło się na trasie liczącej około 250 kilometrów.

Pamiętam, że po tej jeździe pomyślałem: „To jest niesamowite”. Jeśli wspinanie miało kiedyś się skończyć, rower mógł stać się czymś znacznie więcej niż tylko formą rehabilitacji.

Mimo wszystko wciąż wierzyłem, że wrócę do wspinaczki. Niedługo później mój znajomy, a wcześniej także podopieczny, Maciek, zaprosił mnie na dwumiesięczny wyjazd do Rodellar. Tam okazało się, że jestem w życiowej formie. Coraz mocniej wkręcałem się we wspinanie z liną i pokonywałem najtrudniejsze drogi w swoim życiu. Bouldering zaczął schodzić na dalszy plan, a coraz więcej energii poświęcałem wspinaniu sportowemu.

Równocześnie pracowałem jako routesetter i spędzałem jeszcze więcej czasu na ścianie. Paradoksalnie właśnie ten trudny okres sprawił, że wróciłem do sportu silniejszy niż wcześniej. Nie chodzi o to, że moja kostka była w lepszym stanie, ale o to, że nauczyłem się trenować mądrzej i odkryłem rower na nowo. To on przeprowadził mnie przez rehabilitację i pozwolił odzyskać pewność siebie.

Rower coraz bardziej stawał się częścią mojego życia. Wciąż jeździłem dla przyjemności, ale gdzieś z tyłu głowy pojawiło się nowe marzenie. Chciałem, aby przed czterdziestymi urodzinami ukończyć zawody Ironman. Triathlon nie był dla mnie czymś zupełnie obcym. Startowałem w nim już jako osiemnastolatek, ale później całkowicie pochłonęła mnie wspinaczka. Teraz, po latach, ta dawna pasja zaczynała do mnie wracać.

To właśnie takie przypadkowe spotkania są jedną z największych wartości podobnych wypraw (fot. Ł. Smagała)

Niedawno zakończyłeś ponad 14-dniową wyprawę rowerową wokół Polski. Ponad  14 dni jazdy! Jaka była ta przygoda? 

Cała wyprawa trwała ostatecznie 15 dni. Kiedy po czternastu dniach zamknąłem pętlę i wróciłem do Zakopanego, poczułem, że ten cel został zrealizowany dokładnie tak, jak sobie wyobrażałem. Już pierwszego dnia przejechałem około 300 kilometrów. Zatrzymałem się właściwie tylko raz na kawę i croissanta. Później kupiłem pierwszą jagodziankę i pomyślałem, że to może być całkiem fajny rytuał na czas tej wyprawy. Na co dzień praktycznie nie jem glutenu, więc moi znajomi śmieją się, że dla mnie jagodzianka to niemal święto. Uznałem jednak, że skoro każdego dnia spalam nawet około dziesięciu tysięcy kalorii, mogę sobie na taki luksus pozwolić. Z czasem jagodzianki stały się moją małą nagrodą po kolejnym etapie.

View this post on Instagram

Pierwszego wieczoru zacząłem szukać miejsca na nocleg. Nie korzystałem jeszcze wtedy z aplikacji pokazującej wiaty turystyczne. Po prostu wypatrywałem odpowiedniego miejsca. Znalazłem piękną polanę, oddaloną o około kilometr od asfaltowej drogi. Rozbiłem namiot i po kilku minutach byłem gotowy do snu. W środku nocy obudził mnie jakiś hałas. Do dziś nie wiem, czy był to dzik, lis czy inne zwierzę, ale wyraźnie kręciło się w pobliżu namiotu, prawdopodobnie zwabione zapachem jedzenia. Rower ustawiłem częściowo wewnątrz przedsionka, żeby mieć go cały czas na oku. Ostatecznie nic się nie wydarzyło, ale był to pierwszy moment, kiedy poczułem, że naprawdę jestem sam w terenie.

Następnego ranka spakowałem się i ruszyłem dalej. Wtedy zrozumiałem, że znacznie wygodniej będzie korzystać z wiat turystycznych. Od tego momentu nocowałem głównie właśnie w takich miejscach.

Bardzo szybko wypracowałem też swój codzienny rytm. Budziłem się bez budzika, zwijałem obóz, pakowałem rower i ruszałem w drogę. Z czasem wszystko miało swoje miejsce. Rozkładanie i pakowanie sprzętu zajmowało mi nie więcej niż pół godziny. To daje ogromne poczucie prostoty. Wstajesz, myjesz zęby, zjadasz baton na początek dnia i jedziesz, wiedząc, że wcześniej czy później trafisz na sklep albo stację.

Drugiego dnia zatrzymałem się w Kudowie-Zdroju na obiad. Miałem wtedy jedno kulinarne marzenie – zjeść rosół z ryżem. Nie wiem dlaczego, ale wydawało mi się, że właśnie tego najbardziej potrzebuje organizm po całym dniu jazdy. Oczywiście nigdzie nie mogłem go znaleźć. Ostatecznie trafiłem do niewielkiej wietnamskiej restauracji. Poprosiłem tylko, żeby zupa nie była zbyt ostra, i dostałem gorący bulion, który smakował znakomicie.

Wieczorem znalazłem świetną wiatę na wzgórzu, niedaleko miasta. To właśnie tam zaczęły się ulewne deszcze. Początkowo delikatnie padało, ale z każdą godziną opady stawały się coraz silniejsze. Później okazało się, że był to dokładnie ten okres, kiedy intensywne deszcze powodowały podtopienia między innymi w okolicach Jeleniej Góry. Leżąc w śpiworze zastanawiałem się tylko, jak będzie wyglądał następny dzień. Wiedziałem jednak jedno – skoro już wyruszyłem, to nie zamierzam się zatrzymywać. Pogoda mogła zmienić tempo jazdy albo wymusić wybór asfaltu zamiast szutru, ale nie mogła zmienić celu tej podróży.

Następnego ranka około ósmej deszcz nieco osłabł, więc ruszyłem dalej. Świadomie wybierałem asfaltowe drogi, bo były bezpieczniejsze niż rozmokłe leśne szlaki. Na początku wyprawy zakładałem nawet, że jeśli będzie bardzo gorąco, część kilometrów będę pokonywał nocą. Byłem przekonany, że latem czekają mnie trzydziestostopniowe upały i jazda w pełnym słońcu. Rzeczywistość szybko zweryfikowała te plany. Zamiast walczyć z upałem, przez dużą część wyprawy walczyłem z deszczem.

Jaka była twoja motywacja w trakcie? 

Możesz mi wierzyć, naprawdę tak było. Ani razu nie miałem chwili zwątpienia. Nie pojawiła się myśl, żeby zrezygnować. Nie miałem też momentów, w których fizycznie coś zaczęłoby mi poważnie dolegać. Jedyny kryzys, jaki pamiętam, wynikał z braku przygotowania pod kątem jedzenia. To była moja druga taka wyprawa. Na co dzień sporo jeżdżę na rowerze, ale tutaj zaskoczyło mnie, jak ważne jest odpowiednie planowanie posiłków. Już pierwszego dnia okazało się, że nie chodzi tylko o to, co zjeść, ale przede wszystkim gdzie będzie można coś kupić.

Budzisz się rano i nagle uświadamiasz sobie, że najbliższy sklep albo stacja paliw jest oddalona o 50 czy nawet 100 kilometrów. W kieszeni masz jednego batonika i jeden żel, a przed sobą sto kilometrów jazdy. Wtedy zaczynasz rozumieć, jak istotne jest planowanie zapasów. To był właściwie jedyny moment, który można nazwać kryzysem. Przydarzył mi się pod koniec wyprawy. Musiałem na chwilę zjechać z trasy, bo zupełnie straciłem poczucie czasu. Zapomniałem nawet, że jest niedziela i większość sklepów jest zamknięta.

A właśnie co jadłeś? 

Musiałem odpuścić swoją dietę i wrócić do glutenu. Skończyło się na tym, że przeżyłem prawdziwą „przygodę z jagodziankami”. Gdzie tylko się dało, kupowałem jagodzianki, bo były najłatwiej dostępne i dawały mi szybki zastrzyk energii. Śmieję się, że trochę z nimi przegrałem.

Przygotowując się do tej rozmowy, zrobiłem sobie kilka notatek i jedną z nich było właśnie to, że podczas tej wyprawy jadłem naprawdę zaskakująco dużo jagodzianek. Nawet zrobiłem sobie listę miejsc, w których jadłem jagodzianki. Zapisałem ich siedem. Ostatnia była w Skawinie.

Jeśli jednak miałbym wybrać tę najlepszą, bez wahania wskazałbym Koleczkowo. To właśnie tam trafiłem na jagodziankę, która najbardziej zapadła mi w pamięć. Była naprawdę rewelacyjna. Z perspektywy całej wyprawy jagodzianki stały się czymś więcej niż tylko jedzeniem. Były małą nagrodą i dodatkową motywacją. Wiedziałem, że gdzieś po drodze czeka kolejna piekarnia i kolejna dobra jagodzianka, a to potrafiło skutecznie poprawić humor i dodać energii do dalszej jazdy.

Czy w trakcie drogi pewnie miałeś kontakty z wieloma mieszkańcami miasteczek, wsi, przez które przejeżdżałeś? 

Po drodze spotkałem też wielu ciekawych ludzi. To właśnie takie przypadkowe spotkania są jedną z największych wartości podobnych wypraw. Najbardziej zapadł mi w pamięć pan Jurek. To on pomógł mi w chwili, kiedy naprawdę tego potrzebowałem. Ta historia najlepiej pokazuje, że w podróży można spotkać ludzi, którzy bezinteresownie wyciągają pomocną dłoń, choć wcześniej zupełnie się nie znaliście.

Największym zaskoczeniem tej wyprawy byli jednak ludzie. Szczerze mówiąc, nie spotkałem ani jednej osoby, która chciałaby mi zaszkodzić. Wręcz przeciwnie – niemal każdego dnia doświadczałem życzliwości zupełnie obcych ludzi. Pamiętam niewielki sklep, w którym poprosiłem tylko o wodę z kranu do bidonu. Właścicielka spojrzała na mnie i powiedziała: „Nie dam panu wody z kranu”. Po chwili wróciła z dużą butelką wody mineralnej. Próbowałem zapłacić, ale nie chciała o tym słyszeć. Powiedziała tylko: „To od firmy. Musi pan pić dobrą wodę”. Takich gestów było naprawdę wiele. Ktoś dorzucił banana, ktoś inny poczęstował jedzeniem, jeszcze ktoś zapytał, czy wszystko w porządku. To drobiazgi, ale właśnie one budowały atmosferę tej podróży.

Najbardziej zapamiętałem jednak historię z okolic Kętrzyna. Nagle przestała działać przerzutka. Linka spadła na najmniejszą zębatkę i pękła. Była godzina 17.30, a ja znajdowałem się kilkadziesiąt kilometrów od najbliższego miasta. Zacząłem dzwonić po serwisach rowerowych. W pierwszym usłyszałem, że naprawiają wyłącznie rowery kupione u nich. Drugi właściciel był bardzo życzliwy, ale powiedział, że warsztat jest już zamknięty i może pomóc dopiero następnego dnia rano. Uznałem, że jakoś dojadę do Kętrzyna na jednym przełożeniu i poczekam do rana. Po chwili zadzwoniłem jeszcze do trzeciego serwisu. Tam również usłyszałem, że rano ktoś będzie mógł się mną zająć.

Pogodziłem się już z tym, że ten dzień właściwie się skończył. I wtedy wydarzyło się coś zupełnie nieoczekiwanego. Po około trzydziestu minutach zadzwonił do mnie właściciel jednego z serwisów. „Wie pan co? Mam dla pana lepszy pomysł. Jest tutaj pan Jurek. To prawdziwy pasjonat rowerów. On panu pomoże”. Wysłał mi lokalizację i numer telefonu. Pan Jurek odebrał od razu. „Gdzie pan jest? Niech pan jedzie przez pola, będzie szybciej.”

Godzinę wcześniej przeszła ulewa, więc zamiast asfaltu czekało mnie kilkanaście kilometrów błota, leśnych dróg i kolein. Jechałem praktycznie na jednym biegu, zastanawiając się, czy na pewno dobrze jadę. Po kilkunastu minutach dotarłem do niewielkiej popegeerowskiej miejscowości z zaledwie kilkoma domami. Pan Jurek wyszedł po mnie przed dom. Zaprosił mnie najpierw na kawę, a później do swojej piwnicy.

Codziennie jeździł na rowerze i nadal wygrywał amatorskie wyścigi w swojej kategorii wiekowej (fot. Ł. Smagała)

Okazało się, że ma tam świetnie wyposażony warsztat i kolekcję rowerów, której nie powstydziłby się niejeden profesjonalny serwis. Miał właśnie skończone sześćdziesiąt lat. Codziennie jeździł na rowerze i nadal wygrywał amatorskie wyścigi w swojej kategorii wiekowej. Naprawa linki zajęła mu może pół godziny. Ale na tym się nie skończyło.

Sprawdził cały rower, wyregulował napęd, nasmarował wszystko, co wymagało smarowania, poprawił kilka drobiazgów i dopiero wtedy powiedział: „No, teraz może pan jechać dalej. Trzymam za pana kciuki.” Dzięki niemu jeszcze tego samego dnia przejechałem kolejne 150 kilometrów. Gdyby nie jego pomoc, prawdopodobnie zakończyłbym etap znacznie wcześniej. To było jedno z tych spotkań, które zostają z człowiekiem na długo.

Drugim miejscem, które mocno zapadło mi w pamięć, były okolice granicy z Białorusią. To chyba najbardziej surowa część całej trasy. Przez dziesiątki kilometrów praktycznie nie ma sklepów ani większych miejscowości. Zdarzało się, że przez blisko sto kilometrów nie miałem gdzie kupić jedzenia. Kilka razy prosiłem mieszkańców o wodę. Nigdy nie spotkałem się z odmową. Dostawałem wodę, kawałek chleba, czasem kiełbasę na drogę i życzenie szerokiej drogi. Rozmawiałem też z mieszkańcami o życiu przy granicy.

To właśnie w Mielniku, z uwagi na konieczność oczekiwania na prom o poranku ponad 2 godziny i braku możliwości zjedzenia gdzieś śniadania trafiłem nieoczekiwanie do dziennego domu seniora. Grupa „Starszaków” poza kawą zrobiła mi regionalne śniadanie z własnych ogrodowych plonów. Wysłuchałem wiele ciekawych historii z ich życia i spędziłem urocze chwile. Takie spotkania pokazują prawdziwą dobroć ludzi.

View this post on Instagram

Co poczułeś już na sam na koniec?

Pamiętam moment, kiedy usiadłem na kamieniu i dotarło do mnie, że to już koniec. Pomyślałem: „Naprawdę? Jutro już nie wstanę, nie spakuję roweru i nie ruszę dalej”. Wiedziałem, że za chwilę wrócę do codzienności, pracy i wszystkich obowiązków.

Z jednej strony cieszyłem się, że udało mi się zrealizować ten plan. Z drugiej miałem świadomość, że przecież wciąż mam trochę wolnego czasu i mógłbym zrobić jeszcze coś dla siebie. Problem w tym, że mój charakter działa inaczej. Bardzo szybko wracam do trybu działania. Już w głowie układałem kolejne zadania. Wiedziałem, że zaraz jadę do Gdańska, potem do Łodzi, że znowu zacznie się praca.

To właśnie jest coś, nad czym chciałbym pracować. Chciałbym nauczyć się nie wpadać od razu z powrotem w wir obowiązków i zostawić w swoim życiu więcej miejsca na takie podróże i zwykłe bycie ze sobą.

W głowie już kiełkują kolejne pomysły. Mam kilka małych marzeń związanych z rowerem, ale na razie wolę ich nie zdradzać. Jestem jednak pewien, że następna wyprawa prędzej czy później się wydarzy.

Coraz częściej myślę też o zmianie roweru. Obecnym, karbonowym gravelem przejechałem całą trasę i spisał się świetnie, ale nie jest to idealna maszyna do długich wypraw bikepackingowych. Udało mi się zamontować bagażnik i odpowiednio go obładować, jednak przy takich podróżach zdecydowanie lepiej sprawdza się solidna aluminiowa albo stalowa rama. Daje większy spokój, kiedy rower jest mocno obciążony i jedzie się przez tysiące kilometrów po bardzo różnych nawierzchniach.

Namiotu użyłem zaledwie dwa razy. Raz dlatego, że w nocy rozpętała się tak silna burza z ulewnym deszczem, że nawet pod dużą wiatą musiałem rozłożyć tropik. Przez pozostałe noce spałem właśnie pod wiatami (fot. Ł. Smagała)

Podczas wyprawy nie obyło się też bez problemów technicznych. Jeszcze przed Szczecinem zacząłem słyszeć niepokojące odgłosy dochodzące z korby. Przed wyjazdem zrobiłem pełny serwis roweru i wydawało mi się, że wszystko jest przygotowane perfekcyjnie, dlatego zacząłem się zastanawiać, co będzie, jeśli awaria wydarzy się gdzieś na wschodniej granicy Polski, z dala od większych miejscowości.

Tamte okolice były wyjątkowe. Długie odcinki prowadziły przez lasy i niewielkie wsie, a co jakiś czas pojawiały się tablice ostrzegające przed wilkami. To właśnie tam zacząłem spotykać zwierzęta, których wcześniej nie widywałem podczas rowerowych wyjazdów. Zobaczyłem borsuka, później samotnego wilka. Zdziwiło mnie, że był sam, więc zapytałem później mieszkańców, czy to możliwe. Potwierdzili, że starsze osobniki rzeczywiście potrafią poruszać się samotnie.

Takie spotkania były dla mnie jedną z największych wartości tej podróży. Jadąc powoli przez lasy, masz szansę zobaczyć świat, którego zwykle nie dostrzegasz zza szyby samochodu. Zresztą do dziś mam jedno małe marzenie. Chciałbym kiedyś podczas takiej wyprawy spotkać na swojej drodze niedźwiedzia. Oczywiście z bezpiecznej odległości.

View this post on Instagram

Trzymam kciuki za to marzenie, ale za spotkanie właśnie z bezpiecznej odległości. Gdzie wybierałeś miejsca do spania? Czy myślałeś wtedy, by były właśnie bezpieczne? 

Cały pomysł na tę podróż zakładał, że będę spał tam, gdzie akurat zakończę dzień. Nie chciałem korzystać z noclegów ani kwater. Jechałem do momentu, aż poczułem, że pora odpocząć. Bardzo pomagała mi aplikacja z mapą, na której zaznaczone są wiaty turystyczne. W takich miejscach można spokojnie przenocować i odpocząć.

Mimo że byłem wyposażony w namiot, śpiwór i karimatę, namiotu użyłem zaledwie dwa razy. Raz dlatego, że w nocy rozpętała się tak silna burza z ulewnym deszczem, że nawet pod dużą wiatą musiałem rozłożyć tropik. Przez pozostałe noce spałem właśnie pod wiatami.

Zdarzyły się też dwa zupełnie przypadkowe noclegi. Jeden z nich był w hamaku przygotowanym nad jeziorem. To są właśnie takie momenty, które spotykasz tylko w drodze. Jedziesz przed siebie i nagle trafiasz na miejsce, którego nie dałoby się wcześniej zaplanować.

Co sprawiło, że taka forma podróżowania tak mocno Cię wciągnęła?

Myślę, że wynikało to przede wszystkim z potrzeby zatrzymania się. Przez lata moje życie kręciło się wokół wspinaczki i pracy z ludźmi. Prowadziłem treningi, miałem grupę sportową, trenowałem zawodników z Reni-Sportu (także z moją żoną, która była jednocześnie moją najlepszą zawodniczką). Trenowałem i opiekowałem się również przez długi czas team’em Avatara. Cały czas byłem wśród ludzi i bardzo to lubiłem.

Jednak w pewnym momencie poczułem, że potrzebuję czasu wyłącznie dla siebie. Nie dlatego, że miałem dość ludzi. Wręcz przeciwnie. Uwielbiam rozmawiać i pracować z innymi. Chodziło raczej o potrzebę wyciszenia, uporządkowania myśli i sprawdzenia, jak poradzę sobie sam ze sobą. To właśnie daje mi taka podróż. Jedziesz i nie wiesz, co wydarzy się za godzinę ani gdzie zakończysz dzień. Ta niepewność, która dla wielu osób jest źródłem stresu, dla mnie jest czymś niezwykle ekscytującym. Uczy uważności i akceptacji tego, że nie nad wszystkim da się zapanować.

Nigdy nie przygotowuję takich wypraw w najmniejszych szczegółach. Nie tworzę rozbudowanych planów ani list atrakcji do odwiedzenia. Przed wyjazdem pomyślałem tylko o jednej rzeczy. Kupiłem papierową mapę Polski i zaznaczyłem na niej trasę. Uznałem, że jeśli zawiedzie telefon albo nawigacja, zawsze będę wiedział, w którym kierunku jechać. Sama trasa nie była moim autorskim pomysłem. To przebieg jednego z ultramaratonów rowerowych. Postanowiłem przejechać ją turystycznie, trzymając się jak najbliżej granic Polski, ale bez przekraczania ich.

Wyobrażałem sobie tę podróż bardzo romantycznie. Myślałem o spokojnych wieczorach nad jeziorami, śniadaniach w ciszy, obserwowaniu ptaków i długich godzinach spędzonych w naturze. Rzeczywistość oczywiście szybko zweryfikowała te wyobrażenia, ale właśnie to było w niej najpiękniejsze. Tak naprawdę ta wyprawa nie była próbą sportową. Była próbą dla mnie samego.

Rzeczywistość oczywiście szybko zweryfikowała te wyobrażenia, ale właśnie to było w niej najpiękniejsze (fot. Ł. Smagała)

Chciałem wyrwać się z codzienności, oderwać od Krakowa i zobaczyć, jak odnajdę się przez kilka tygodni, będąc całkowicie zdanym na siebie. Wiele osób pytało mnie, czy nie boję się jechać samotnie. Odpowiadałem, że nie bardzo wiem, czego miałbym się bać. Miałem rower, doświadczenie z poprzedniej wyprawy i wiedziałem, czego naprawdę potrzebuję. To dawało mi poczucie bezpieczeństwa.

Oczywiście nie obyło się bez błędów. Po pierwszych dniach okazało się, że znowu zabrałem za dużo rzeczy. Wiozłem nawet składany panel fotowoltaiczny. Gdy dotarłem do Szczecina i zatrzymałem się u znajomych, zostawiłem niemal połowę bagażu. Zostały tylko rzeczy, bez których naprawdę nie dało się ruszyć dalej: apteczka, zapasowe dętki, podstawowe narzędzia, folia NRC i najpotrzebniejszy sprzęt. Każda kolejna wyprawa uczy mnie jednego. Im mniej rzeczy mam ze sobą, tym większe poczucie wolności zyskuję.

Po tych rowerowych przygodach, kiedy wracasz do wspinania? 

Wczoraj już byłem na treningu na ściance!

Dziękuję za rozmowę! Powodzenia w kolejnych wyprawach rowerowych! 

***

Partnerem wypraw rowerowych Łukasza są marki: Magenta Cat i Axmed.

 

Tags: Łukasz SmagałaPolecamyRowerowa Wyprawa Dookoła PolskiRowerowej Wyprawy Dookoła Polski
Magdalena Bryś

Magdalena Bryś

Powiązane wiadomości

Zamoyski retro
Kultura

August Zamoyski, rzeźbiarz ciała i ducha

12 lipca 2026
Mont Ventoux(fot. BlueBreezeWiki - Praca własna, CC BY-SA 3.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=36765218)
Rowery

Głośny rekord na Mont Ventoux! Tadej Pogacar szybszy o minutę i 20 sekund!

24 lipca 2025
(fot. Mateusz Waligóra FB)
Ludzie outdooru

Przez pustynię Gobi na rowerze – Mateusz Waligóra ukończył swoją zimową wyprawę

19 marca 2025
Następny artykuł
TrekTours i Columbia zapraszają na rajd pieszy w Modlinie (fot. arch. TrekTour)

Tam, gdzie historia łączy się z naturą - TrekTours i Columbia zapraszają na rajd pieszy w Modlinie

Dodaj komentarz Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.

Subskrybuj!

Zapisz się do naszego newslettera. Będziesz dostawał informacje o nowościach na stronie.

Najnowsze

TrekTours i Columbia zapraszają na rajd pieszy w Modlinie (fot. arch. TrekTour)

Tam, gdzie historia łączy się z naturą – TrekTours i Columbia zapraszają na rajd pieszy w Modlinie

Artykuł sponsorowany
6 sierpnia 2026
0

Już 5 września 2026r. dziedziniec Twierdzy Modlin znajdzie się w centrum niezwykłej przygody. Rajd pieszy Twierdza Modlin presented by Columbia...

Łukasz Smagała podczas ponad 14-dniowej wyprawy rowerowej wokół Polski (fot. Ł. Smagała)

„Tak naprawdę ta wyprawa nie była próbą sportową. Była próbą dla mnie samego” – rozmawiamy z Łukaszem Smagałą

Magdalena Bryś
5 sierpnia 2026
0

Łukasz Smagała, znany w środowisku wspinaczkowym jako „Smagaś”, od lat szkoli zawodników i wytycza drogi wspinaczkowe jako doświadczony trener oraz...

Bartłomiej Kubkowski (fot. IG Bartłomiej Kubkowski)

Bartłomiej Kubkowski przepłynął Bałtyk wpław. Pierwszy taki wyczyn w historii

Wojciech Słowakiewicz
2 sierpnia 2026
0

Bartłomiej Kubkowski jako pierwszy człowiek pokonał wpław Bałtyk na trasie ze Szwecji do Polski. Po ponad 160 kilometrach i niespełna...

felieton tatry adamowicz

Tatry przez lunetę

Redakcja
31 lipca 2026
0

Za oknem cisza. Przynajmniej w przyrodzie, bo w tym naszym, cywilizacyjnym świecie prawie zawsze i prawie wszędzie jest głośno. Nie...

© 2010-2025 Outdoor Magazyn - Magazyn sportów outdoorowych.

Welcome Back!

Login to your account below

Forgotten Password?

Retrieve your password

Please enter your username or email address to reset your password.

Log In

Add New Playlist

Brak wyników
View All Result
  • Wydarzenia
  • Sprzęt
  • Kierunki outdoor
  • Kultura
  • Testy
  • Poradniki
  • Gdzie kupić Outdoor Magazyn
  • Kontakt
  • Polityka prywatności

© 2010-2024 Outdoor Magazyn