Sycylia to jedno z tych miejsc, przez które historia przechadzała się z rozmachem, doświadczając podręcznikowo tą spaloną słońcem ziemię. To tygiel, w którym przemieszało się wiele kultur, religii, filozofii i praktyk, a ślady tej alchemii są widoczne do dzisiaj. Była cenionym celem na mapach grand tourów, inspiracją dla uczonych i artystów, miejscem, które wywierało wpływ i trwale kształtowało „obrazy duszy”. Obecnie jest kierunkiem, który upodobał sobie kolejny, współczesny przejaw kultury – turystyka masowa. I raz jeszcze Sycylia stara się zachować swoją tożsamość.
***
Kolumny świątyń, metopy, posągi, amfiteatry, mozaiki, wazy i turyści, całe to śródziemnomorskie dziedzictwo, trzyma się łagodnego wybrzeża, rzadko zapuszczając się w głąb surowego lądu, co obrazuje, że duch wszystkich czasów jakby od wieków skłaniał się ku temu, co wygodniejsze. My natomiast, chcieliśmy zobaczyć resztę Sycylii, która skuteczniej opiera się przybyszom i stanowi ukryte gdzieś między wierszami dopełnienie portretu tej wyspy. Ruszyliśmy w w głąb lądu z zamiarem przejechania z zachodu na wschód szlakiem rowerowym Sicily Divide. Nazwa może sprawiać wrażenie wymagającej przeprawy, ale w rzeczywistości była to przygoda w stylu włoskim.

Wyruszywszy z Trapani w towarzystwie wiejącego mistralu, który sprawiał, że częściej było nam chłodno niż gorąco. Walcząc z porywami wiatru, próbującymi wybić nas z równowagi, dotarliśmy do doliny Belice. W 1968 roku miejsce to nawiedziło trzęsienie ziemi, które w kulminacyjnym momencie doszczętnie zniszczyło kilka miasteczek, a wstrząsy wtórne trwały miesiącami. Zginęło niemal czterysta osób, a tysiące zostało bez dachu nad głową. Tragedia obnażyła deficyty w mechanizmach zarządzania powojennymi Włochami do tego stopnia, że ofiary musiały zabiegać o wsparcie na ulicach Rzymu. Podjęto decyzję o odbudowie czterech najbardziej zniszczonych miejscowości – od zera i w nowych miejscach. Do prac zaproszono architektów i artystów, którzy zrealizowali projekty w oparciu o współczesne im idee i style, zmieniając radykalnie układ i wygląd miasteczek.

Największym wizjonerstwem wykazały się władze Gibelliny, które postanowiły odbudować miasto we współpracy z licznymi artystami, którym powierzono rekonstrukcję przestrzeni miejskiej. Motywem centralnym jest galeria sztuki współczesnej na świeżym powietrzu oraz zaprojektowane w duchu sztuki budynki użyteczności publicznej, a także domy mieszkańców. Zabudowa w stylu brutalnego, eksperymentalnego modernizmu z szerokimi ulicami, dużymi, pustymi placami i betonowymi bryłami nijak nie koresponduje z sycylijską tradycją bliższą średniowiecznym układom z wąskimi uliczkami i malowniczymi placykami. Tak skonstruowana przestrzeń, po której mieszkańcy poruszają się samochodami, spowodowała oddalenie ludzi od siebie, ograniczenie spontanicznych kontaktów, ale za to zapewniła większą prywatność. Ambicje i narracje architektów wzięły górę. Zamiast łagodnej adaptacji mieszkańcom zafundowano niezrozumiałe, nowoczesne i artystyczne miasto-manifest. Trudno sobie wyobrazić nowych mieszkańców, którzy po pracy na roli przechadzają się niezacienionymi, nagrzanymi betonowymi prospektami i przeżywają mocnej rzeczywistość, a narzucona z góry, konceptualna, sztuczna tożsamość, wypełnia coraz szczelniej ich serca.

Gibellina jest może najbardziej skrajnym przypadkiem, ale pozostałe trzy miejscowości odbudowano w podobnym duchu. Życie nigdy w nich nie wybuchło. Czy to wina zbyt odważnych koncepcji, czy może górę wzięły czynniki społeczne, jak emigracja i rozpad naturalnych wspólnot po tragedii (wprowadzanie mieszkańców było możliwe dopiero 10 lat po katastrofie) lub ekonomiczne? Pełnej odbudowy nigdy nie ukończono, a wiele obiektów zaczęło już niszczeć, co nie wpływa korzystnie na estetykę. Poszczególne pomysły artystyczne są w wielu przypadkach interesujące, ale brakuje intuicyjnej spójności, jakiegoś mianownika, który byłby w stanie wprowadzić łączność pomiędzy punktami. Podczas krótkiego pobytu nie poczuliśmy mocy syntezy, raczej chaotyczną, nieprzyjazną, surową, pustą i męczącą przestrzeń, która nie mówi jednym głosem, a wykrzykuje pojedyncze znaczenia i sensy, nie dbając o harmonię.

Gdzieniegdzie pozostawiono ruiny, częściowo celowo, aby mogły symbolizować pamięć o katastrofie, ale przede wszystkim z powodów budżetowych i formalnych. Najlepiej zachowało się Poggioreale, które w całości stanowi malownicze miasto-widmo wtopione we wzgórze i otoczone zielenią. Obecnie zwiedzanie ze względów bezpieczeństwa i groźby zawalenia poszczególnych budynków jest oficjalnie zabronione, ale kto chce, bez problemu znajdzie lukę w otaczającym miasteczko ogrodzeniu. Zachowały się całe ulice, place i sporo budynków, choć wiele z nich wygląda niestabilnie. Na głównym placu, od którego odchodzą schody do stojącego wyżej kościoła, umieszczono ekspresyjną rzeźbę upamiętniającą wydarzenia, która dopełnia dramaturgii i symbolicznie ożywia to miejsce. Z jej rewersu przemawia inskrypcja: „Widziałem nocą, jak zapala się światło w twoich oczach, chora ziemio, płonąca starożytnymi nadziejami, pomimo krzyku złamanej przyszłości i samotnej ciszy lat. Jesteś źródłem życia, Poggioreale, góro przebudzenia. Czas pokoju”.

Z kolei w miejscu ruin Gibelliny włoski artysta Alberto Burri zbudował monumentalny pomnik odwzorowujący układ miejscowości, zalewając betonem miejsca, w których stały budynki i pozostawiając oryginalny układ ulic. Wygląda to, jak wielki sarkofag nałożony na miasteczko. Symbolizuje ranę w krajobrazie i historii, która ma jednak potencjał zagojenia. Pomnik potęguje moc przestrzeni i ciszy. Budowa trwała od 1985 do 1989 roku, po czym zawieszono ją na dwadzieścia lat ze względu na problemy finansowe i administracyjne, by ostatecznie zakończyć prace dopiero w 2015 roku, co samo w sobie mówi wiele o Sycylii.


Minęliśmy setki winnic, sadów oliwnych i pól uprawnych, , a także stada owiec i krów oraz gospodarstwa rolne, i możemy śmiało zaryzykować tezę, że połowa przestrzeni jest zagospodarowana i zorganizowana tak, aby produkować żywność. Od starożytności Sycylia pełniła funkcję spichlerza, tym bardziej dziwią często podnoszone twierdzenia o biedzie i zacofaniu regionu. Z czego może wynikać taka sytuacja? Na pewno z braku przemysłu i nierozwiniętego sektora usług. Trudno znaleźć przykłady bogatych gospodarek opartych głównie na tradycyjnym rolnictwie. Brak dywersyfikacji mocno ogranicza inwestycje, handel i przedsiębiorczość. Przez wieki władza na Sycylii była głównie narzucana z zewnątrz, co zazwyczaj wiąże się z wyzyskiem i niekorzystnym bilansem inwestycji w rozwój na poziomie lokalnym, przede wszystkim edukację oraz infrastrukturę i technologię. Od starożytności do połowy XX wieku system rolny funkcjonował w oparciu o latyfundia, wielkie majątki ziemskie, funkcjonujące dzięki pracy bezrolnych chłopów, skumulowane w rękach nielicznych właścicieli. Na formalną strukturę zawsze nieskutecznej władzy Sycylijczycy wypracowali odpowiedź w postaci mafii, której aktywność stała się kolejnym elementem wyhamowującym rozwój regionu. Gdy dorzucimy jeszcze bezrobocie, wyludnianie miejscowości oraz ciągłą emigrację, w szczególności ludzi młodych i wykształconych, zarysowuje się struktura problemu. Obecnie rolnictwo wspomaga sektor turystyczny, więc sytuacja ekonomiczna wyspy nie jest już taka zła, ale na tle innych regionów Europy Zachodniej, Sycylia nadal pozostaje w końcówce stawki.

Niejednokrotnie mieliśmy okazję zetknąć się z żyzną, gliniastą glebą, kiedy nasze rowery stawały jak wryte. Wilgotna glina przykleja się najpierw do opony, a następnie szczelnie betonuje przestrzeń przy ramie i widelcu, i blokuje koła. Zimą gleba jest błotnista, latem zamienia się w kamień. Czasami trudno sensownie ominąć takie odcinki, a podróżowanie w deszczu musi być dużą próbą. Rolnicza obróbka takiej gleby też stanowi nie lada wyzwanie, nawet w kontekście samego dojazdu do pól, dlatego dominujący pojazd rolniczy to ciągnik gąsienicowy.

Klimat narzuca sposób uprawy: opady trwają od późnej jesieni do wczesnej wiosny, a sztuka polega na tym, aby w tym okresie zmagazynować jak najwięcej wody, aby podczas wegetacji w bezlitosnym słońcu uprawy miały szansę wydać plon. Jakoś tę wodę udaje się roślinom pozyskać, także z powietrza, o czym świadczą ślimaki, tysiącami oblepiające łodygi przydrożnych chwastów, na których estywują (sen letni), czekając na wilgoć. Na zachodzie uprawiano głównie wino, w centrum zboża, a na wschodzie na najżyźniejszych wulkanicznych glebach cytrusy i wino. Oliwki z kolei występowały wszędzie. Kondycję rolniczą ostatnich dekad pomógł wypracować stary Fiat Panda, który nawet obecnie jest bardzo popularny i nadal bez kompleksów porusza się po wyspie, stanowiąc dodatkowo (biorąc pod uwagę nazwę modelu) wymowny, symboliczny motyw zagrożonego gatunku i walki o przetrwanie.

Pokonując kolejne wzniesienia, falującym rytmem profilu wysokościowego dotarliśmy do wzgórza, na którym lokalny pasterz, Lorenzo Reina, dojrzewał jako artysta, budując przez 30 lat teatr pod gołym niebem, nazwany Teatro di Andromeda. Miejsce jest wyjątkowe krajobrazowo, góruje nad najbliższym otoczeniem, z widokiem na góry, niebo i morze, delikatnie przymglone o zachodzie słońca. Podobno nawet owce miały upodobanie do spędzania tutaj czasu. Reina zbudował pierwszą wersję obiektu z tutejszego kamienia, bez użycia zaprawy, co okazało się z czasem problematyczne, dlatego przebudowano teatr (w zaledwie pół roku), używając masywnych bloków wapienia i nadając mu monumentalną i trwałą postać, ale odbierając z pewnością sporo z pierwotnego ducha tego miejsca. W zamyśle artystycznym autor z jednej strony umniejsza wagę człowieka, przenosząc perspektywę na poziom przyrody i kosmosu, pozwalając odczuć jacy jesteśmy mali i jak mało możemy znaczyć. Z drugiej strony jest to dobry punkt wyjścia do uwrażliwienia ludzkiej duszy oraz podkreślenia siły idei kontemplacji. Przestrzeń, jaką udało się stworzyć artyście, posiada aurę jakiegoś archetypowego pejzażu, nasyconego czymś więcej, niczym mitologiczny balkon bogów, skrywający ważne dla nas tajemnice.

Krajobraz wyspy jest bardzo zróżnicowany, właściwie ciągle ewoluuje i nigdy się nie nudzi. Formacje górskie są dynamicznie zarysowane, sprawiając wrażenie, że kształtowały się gwałtownie i ten dramatyzm nadal nie zwietrzał. Jesienne odcienie żółci i brązów porządkują scenerię, gdzieniegdzie objawiając zakurzoną i wypłowiałą od słońca zieleń. Wyschnięte chwasty o fantazyjnych, pełnych kształtach złocą się na poboczach, a dorodne, czerwone opuncje licznie rozkrzewione na pędach kaktusów, budują nastrój zmierzchu lata.

Liczne ślady po pożarach podkreślają surowość środowiska, wzmagając poczucie czegoś pierwotnego. Poruszamy się starymi drogami, czasami bardziej destruktami niż asfaltami, zarastającymi roślinnością, popękanymi, zasypanymi ziemią i zwietrzałymi, wraz z całą swoją infrastrukturą: znakami, starymi płotami, drewnianymi słupami, oraz całym mnóstwem rozpadających się budynków gospodarczych z różnych epok, rozsianych po wzgórzach. Na pustynnym południu natura dużo szybciej potrafi zamienić wszelkie ślady cywilizacji w skruszoną ciszę drobinek pyłu. Gdyby nie ślady uporządkowanych upraw, można by myśleć, że podróżuje się po opuszczonej ziemi. Tak wyglądało to niezwykłe, nostalgiczne piękno otoczenia, w którym szczęśliwie zanurzeni pokonywaliśmy kilometry.

Odwiedziliśmy sporo miejscowości, oddychając przyjemną atmosferą małomiasteczkowych i sennych, południowych Włoch. Budowane na wzgórzach, bardzo stare, w większości oparte na średniowiecznym układzie, częściowo opuszczone – starzeją się bardzo malowniczo. Społeczność ożywa tylko rano oraz po południu, w pozostałych częściach dnia ulice świecą pustkami, a sklepy i kawiarnie skrywają się za opuszczonymi roletami. Mieszkańcy, przede wszystkim mężczyźni, pląsają po placach, poszukując towarzystwa do zajmujących i emocjonujących rozmów, a gdy już muszą coś zrobić w samotności, to często akompaniują sobie śpiewem.

Społeczeństwo jest starzejące się, ale aktywność i animusz seniorów budzi podziw, w szczególności za kierownicą samochodów. Punktem centralnym codziennego życia są bary, serwujące kawę, przekąski, cień i i właśnie partnera do rozmowy, stanowią silny i chyba niezbywalny fundament struktury społecznej. Dialekt, a właściwie dialekty są twardsze od klasycznego języka włoskiego, bardziej gulgoczące i surowe, budują większe napięcia tonalne i dobrze korespondują z oporem, jaki stawia tutaj natura. Sycylijczycy nie lubią narzuconej władzy, ale odpowiadają na nią pasywnie, świetnie dają temu wyraz zdemolowane znaki drogowe. Bez tego lekceważenia nie wyewoluowałby tutaj słynny styl jazdy. Innym fascynującym przykładem są masywne rzeźby Burbonów w okolicy ogrodu Pacciniego w Katanii, które stoją obecnie w dosyć przypadkowych i niereprezentacyjnych miejscach, pozbawione głów, zapewne jeszcze w czasach Garibaldiego. Ale stoją.

Dopiero w Ennie, po raz pierwszy zobaczyliśmy Etnę, która majestatycznie wyrasta z otoczenia, wyraźnie kontrastując rozmiarem, kolorem i klimatem. Widok jest niezwykły, gdyż Enna leży wysoko, co buduje perspektywę wertykalną, zawierającą w polu widzenia całą odległość między szczytem wulkanu a stopami obserwującego, kształtującą kolejne plany obrazu od śniegu na szczycie przez chmury poniżej po żółcie i brązy wzgórz oraz zieleń sadów. Etna jest cały czas aktywna, wybucha kilkukrotnie w ciągu roku, a z jej kraterów nieustannie wydobywa się pióropusz dymu. Wulkan jest niezwykle sugestywnym elementem krajobrazu. Symbolizuje życie i śmierć, cykl umierania starego porządku i rodzenia się nowego. Niczym krwawy bóg ma dużą zdolność niszczycielską, język lawy potrafi spalić wszystko, co napotka na swojej drodze, ale równocześnie niczym bogini płodności, wytwarza bardzo żyzne gleby, które dodatkowo zasila wodą z własnych zboczy. Może nie pozwala spać spokojnie, ale czyni życie bardziej intensywnym. A już na pewno tym, którzy mieszkają u jego podnóży. Kolejne wybuchy musiały budzić zachwyt oraz grozę, a równocześnie budować odporność psychiczną Sycylijczyków.

Udając się w okolice szczytowe doświadczamy przygód w nieprawdopodobnej scenerii. W miarę zdobywania wysokości, życie zanika, a teren zamienia się w szaro-brązowo-czarną pustynię popiołu. Ciemny pył pochłania sporo światła, tworząc efekt silnego kontrastu pomiędzy przedmiotami a tłem, odrealniając jeszcze mocniej to przedpole końca świata. W powietrzu zaczyna brakować tlenu, a im wyżej, tym, wszelkie zjawiska pogodowe stają się bardziej gwałtowne. Przy odrobinie szczęścia, można dotrzeć pod jeden z kraterów i stanąć z wulkanem oko w oko. Niestety, Etna to także, płynące niczym lawa, strumienie turystów, co, po czasie spędzonym w interiorze, przyprawiało o ból głowy.

Czy można zajrzeć w sycylijską duszę? Włoski pisarz, urodzony w Palermo, Giuseppe Tomasi di Lampedusa w swojej powieści „Lampart”, pisał, że Sycylijczycy potrzebują snu, że sen jest tym, co charakteryzuje wszystkie przejawy sycylijskiego życia, zmysłowość jest pragnieniem zapomnienia, gwałtowność – śmierci, lenistwo pragnieniem zmysłowego letargu, a zadumanie kontemplacją nicości. Ładnie ujęte i wydaje się prawdziwe, ale wymaga małego uzupełnienia. Zmiana na Sycylii pochodzi z zewnątrz, czy to w postaci kolejnych kolonizatorów, którzy historycznie zasiedlali wyspę, czy w postaci natury, która przynosi trzęsienia ziemi, wybuchy wulkanu, susze i pożary. Aby przetrwać zmianę, a później kolejną, i jeszcze jedną, i tak dalej, warto rozładować napięcie jakie przynosi owa zmiana. Być może senność stanowi unikatowy mechanizm obronny mieszkańców wyspy. Sycylijska mądrość, nawarstwiona przez kultury i przyrodę, nie pozwoli nabrać się na to, że pojedyncza idea czy zdarzenie może stać się czymś ostatecznym. Być może wystarczy trochę cierpliwości, aby rzeczy same się ułożyły, bo i tak się układają. Może to głębsza i bardziej pierwotna wiedza, niż obecne w społeczeństwach zachodnich tendencje efektywnościowo-produktywne, za którymi stoją konkretne koszty, które niezauważalnie ponosimy, rezygnując z powolnego życia. Sycylijczycy zamiast coś zrobić, wolą dzielić włos na czworo i, niezmordowani w dyskusjach, szukają niespójności w teorii, ale nie wynika to z lenistwa, lecz raczej z nabytego, historycznie ukształtowanego rozumu. Aby wszystko pozostało takie, jakie jest, wszystko musi się zmienić – pisze Lampedusa, nie zwalniając Sycylijczyków z udziału w zmianie, podkreśla jednak jasno, gdzie lokuje się ich tożsamość oraz źródło sensu do którego dążą.

Był siedemnasty dzień października, zachodzące nisko nad Katanią słońce wpadło idealnie równo przez Porta Garibaldi i, oświetlając oślepiającym blaskiem całą ulicę Garibaldiego, oparło się na fasadzie Bazyliki świętej Agaty, by po chwili zniknąć. Niebywałe zjawisko, jak gdyby tutejsi bogowie chcieli ukradkiem jeszcze coś dopowiedzieć.
Marcin Pazdziorko










