Outdoor Magazyn
  • Start
  • Aktualności
    • Wspinaczka
    • Tatry
    • Alpinizm
    • Himalaizm
    • Biegi górskie i trail
    • Podróże
    • Poza trasą
    • Narty
    • Rajdy
    • Drytooling
    • Rowery
    • Szkolenia/Warsztaty
    • Konkursy
    • Jaskinie
    • Triathlon
    • Praca w outdoorze
  • Kierunki
    • Miejsca
    • Relacje
    • Wyprawy
  • Poradniki
    • Trekking & Góry
    • Skitouring
    • Turystyka
    • Trail running i Rajdy
    • Freeride
    • Biegówki
    • Fotografia & Film
    • Kuchnia
  • Testy
    • Obuwie
    • Odzież
    • Sprzęt & akcesoria
  • Sprzęt
    • Nowości
    • Poradnik sprzętowy
    • Przegląd rynku
    • Sklepy outdoorowe
    • Przewodniki
  • Ludzie
  • Kultura
    • Festiwale
    • Film
    • Książki
    • Prasa
    • Wystawy i Teatr
  • Patronat
  • Outdoor Mag
  • Gdzie kupić?
Brak wyników
View All Result
  • Start
  • Aktualności
    • Wspinaczka
    • Tatry
    • Alpinizm
    • Himalaizm
    • Biegi górskie i trail
    • Podróże
    • Poza trasą
    • Narty
    • Rajdy
    • Drytooling
    • Rowery
    • Szkolenia/Warsztaty
    • Konkursy
    • Jaskinie
    • Triathlon
    • Praca w outdoorze
  • Kierunki
    • Miejsca
    • Relacje
    • Wyprawy
  • Poradniki
    • Trekking & Góry
    • Skitouring
    • Turystyka
    • Trail running i Rajdy
    • Freeride
    • Biegówki
    • Fotografia & Film
    • Kuchnia
  • Testy
    • Obuwie
    • Odzież
    • Sprzęt & akcesoria
  • Sprzęt
    • Nowości
    • Poradnik sprzętowy
    • Przegląd rynku
    • Sklepy outdoorowe
    • Przewodniki
  • Ludzie
  • Kultura
    • Festiwale
    • Film
    • Książki
    • Prasa
    • Wystawy i Teatr
  • Patronat
  • Outdoor Mag
  • Gdzie kupić?
Brak wyników
View All Result
Outdoor Magazyn
Brak wyników
View All Result

Ruwenzori. Magia Gór Księżycowych

Redakcja Redakcja
21 sierpnia 2026
Felieton, Turystyka górska, Wyprawy
0
ruwenzori jarzębowski

Magia gór księżycowych (fot. Hubert Jarzębowski)

Podziel się na FacebookuPodziel się na Twitterze

Jedziemy zniszczoną przez powódź drogą. Mijamy szkołę z powybijanymi szybami i napisem „kochaj swój kraj”. Rzeka Nyamwamba znów wylała kilka miesięcy temu, niszcząc dużą część wioski Kilembe i zabierając wiele żyć. Dookoła równe rzędy domów, w których kiedyś mieszkali pracownicy upadłej kopalni miedzi. Po drugiej stronie granicy, w Demokratycznej Republice Konga, rebelianci właśnie przejmują kontrolę nad kolejnymi wioskami. A my pierwszy raz widzimy w oddali Ruwenzori – Góry Księżycowe – i zastanawiamy się, czy to możliwe, że już za kilka dni staniemy na ich szczycie?

***

ruwenzori jarzębski
A my pierwszy raz widzimy w oddali Ruwenzori – Góry Księżycowe (fot. Hubert Jarzębowski)

Odprawa

Siedzimy na starych kanapach na werandzie Ruwenzori Backpackers, czekając na briefing. Jak to na równiku – ciemno zrobiło się w okamgnieniu. Jeszcze chwilę temu krzątało się tu mnóstwo przewodników, tragarzy, ich znajomych oraz znajomych ich znajomych. Nastała noc, w oddali widać światełka domów położonych wysoko na zboczach przedgórzy Ruwenzori, słychać już nocne odgłosy dżungli.

Czwórka przewodników w żółtych koszulach przychodzi zrobić nam odprawę. Wśród nich Hanington i Zebedee, z którymi dwa lata wcześniej wchodziłem na Margheritę, oraz młody Roben. Szefem ekipy jest Ochora. Wysoki, smukły, piękny mężczyzna. Przybysz z ludu Aczoli z dalekiej północy, spod granicy Sudanu, wyróżnia się na tle niewysokich, krępych lokalsów z ludu Bakonzo. Trudno mu będzie zastąpić naszego poprzedniego przewodnika Uziego, który kilka miesięcy wcześniej zginął w wypadku na motocyklu boda-boda, gdy jechał dopilnować swoje poletko orzeszków ziemnych. Uzi był chyba największym znawcą topografii Ruwenzori, do tego prawdziwym wyznawcą boga Kitasamby. Ochora to człowiek z zewnątrz… Zastanawiam się, czy sobie poradzi.

Zaczynamy odprawę. Przewodnicy pokazują nam trasę szlaku Kilembe. Nie będziemy spać w namiotach, noclegi zaplanowane są chatkach. W każdej znajdują się: mesa, polowa kuchnia, sypialnie i toalety. Opowiadają kolejno o każdym obozie, wymieniają piękne nazwy: Sine, Mutinda, Bugata, Hunwick’s Camp, Margherita, znowu Hunwick’s, znowu Bugata, Kiharo i na koniec Samalira.

Droga jest długa, a przewyższenie duże. Siedzimy przecież ledwie na wysokości 1500 m, a mamy dojść na 5109 m. Przewodnicy opowiadają o ataku szczytowym na Margheritę. Mówią, że lodowiec szybko się topi, a droga jest trudniejsza niż jeszcze rok temu.

ruwenzori jarzębski
Mówią, że lodo wiec szybko się topi, a droga jest trudniejsza niż jeszcze rok temu. (fot. Hubert Jarzębowski)

Kalosze!

Wszyscy, którzy czytali o Ruwenzori w internecie, wiedzą, że po tych górach chodzi się w kaloszach. Ba, nawet na cztery-i-pół-tysięczniki wchodzi się tutaj w kaloszach. Ruwenzori słyną z niepogody, deszczu, bagien i mokradeł. Niektórzy piszą nawet o woderach. Czy koniecznie trzeba nosić gumiaki? Jeszcze do zeszłego roku moja odpowiedź brzmiałaby: tak, to prawda, praktycznie cały trekking z wyjątkiem wejścia na Margheritę chodzi się w kaloszach. Zakładamy je poniżej 3000 metrów i nosimy aż do 4500 m. Trasa to nieustanna walka z błotem i bagnami.

Przewodnicy mówią, że jest bardzo sucho i możliwe, że wiele odcinków trasy przejdziemy suchą stopą. Ostatni raz tak sucho było dziesięć lat temu. Kalosze można wypożyczyć na miejscu, my jednak zabieramy je na wszelki wypadek.

Ostatecznie okazało się, że całą trasę szliśmy w zwykłych butach. Przewodnicy cierpliwie odpowiadają na kolejne pytania: jak się spakować, czy będzie woda, co będzie do jedzenia, czy będzie prysznic, jaka będzie pogoda, czy damy radę, o której wyjście, gdzie depozyt. Każda grupa muzungu, czyli białych turystów, pyta dokładnie o to samo.

W końcu przewodnicy dziękują i zostawiają nas samych z nocnymi odgłosami dżungli. Jutro ruszamy w Góry Księżycowe.

Tragarze z Kilembe

Poranek nadchodzi błyskawicznie, jak to na równiku. Jemy śniadanie. Dookoła kłębi się mnóstwo ludzi. To nasza ekipa.

Na wycieczkę idą z nami przewodnicy, kucharze, pomocnicy kucharzy, tragarze, tragarze tragarzy, a od tego roku także uzbrojony ranger, zupełnie jak w Etiopii czy na Mount Meru. Zawsze zbiera się konkretna ekipa. Kiedy szliśmy tę trasę razem z żoną Kasią w 2016 roku, dla naszej dwójki pracowało ponad 20 osób. W tym roku grupie 12 osób towarzyszyło łącznie przeszło 50 lokalsów. Czy to przesada? Absolutnie nie. To naprawdę oddalone od cywilizacji tereny, logistyka jest dopięta na ostatni guzik, a ekipa tragarzy i przewodników zorganizowana perfekcyjnie.

ruwenzori jarzębski
Nie ma możliwości samodzielnego chodzenia po Ruwenzori. (fot. Hubert Jarzębowski)

Nie ma możliwości samodzielnego chodzenia po Ruwenzori. Próba pójścia samemu może skończyć się w ugandyjskim więzieniu z oskarżeniem o kłusownictwo. Nie trzeba bać się tłoku. Ekipa idzie w oddaleniu od turystów, a na szlaku nie spotkamy zbyt wielu wędrowców, bo park wydaje pozwolenia dla tylu ludzi, ilu zmieści się w największej z chatek, czyli około dwudziestu. Same góry są puste i dzikie.

Duża grupa to wielkie wydarzenie dla miejscowej społeczności i ich główne źródło dochodu. Wszyscy tragarze z okolicy przyszli z nadzieją, że może ktoś zachorował i w góry wyruszą właśnie oni – turystyka to tutaj praktycznie jedyna szansa na zarobienie kilku dolarów. Pozostało ważenie plecaków i można ruszać. Jednym z naszych tragarzy jest syn Uziego, który chce kiedyś zostać przewodnikiem – jak ojciec. Umawiamy się, że po zejściu z gór zabierze mnie na jego grób.

Po wyjściu z kwatery głównej „muzungu” przechodzimy przez wioskę Kilembe. Wszędzie widać zniszczenia spowodowane przez wylewającą rzekę Nyamwamba. Mimo to czujemy się trochę jak celebryci, bo co chwilę ktoś się z nami wita, pozdrawia, krzyczy: „muzungu, how are you?” czy „muzungu, give me my money!”. Wyżej dochodzimy do tablicy informującej, że odprawiono wszystkie niezbędne rytuały, by uspokoić duchy rzeki, i wreszcie docieramy do placówki rangerów UWA.

Nad parkiem narodowym Rwenzori, podobnie jak nad wszystkimi innymi parkami w kraju, sprawuje pieczę UWA – Uganda Wildlife Authority. Tutaj płacimy za pozwolenie, które kosztuje 35 dolarów na dzień. Strażnicy nie wpuszczą nas, jeśli nie mamy wykupionej wycieczki w RMS lub RTS.

W stronę śniegów na równiku

Wchodzimy do dżungli. Od tego momentu spotykamy już więcej ptaków, małp i kameleonów niż ludzi. Zwykle (jestem w Ruwenzori czwarty raz) kalosze zakładaliśmy już przed obozem Sine. Teraz doszliśmy do niego w podejściówkach.

ruwenzori jarzębski
Wchodzimy do dżungli. Od tego momentu spotykamy już więcej ptaków, małp i kameleonów niż ludzi. (fot. Hubert Jarzębowski)

W Ruwenzori są dwie główne pętle trekkingowe. Starsza, czyli Main Circuit, którą zajmuje się firma Rwenzori Mountaineering Services, oraz nowszy szlak południowy od strony wioski Kilembe, który znajduje się pod kuratelą Rwenzori Trekking Services.

RTS to prywatna firma, a cały szlak Kilembe to prywatna inicjatywa emerytowanego australijskiego wojskowego – Johna Hunwicka. Z kolei RMS to organizacja powiązana z rządem Ugandy. To właśnie w RTS turysta dostanie lepiej wyszkolonych przewodników, fajniejsze domki oraz lepsze jedzenie. Jedna literka, a różnica spora.

Szlak od południa jest nieco trudniejszy, ale ciekawszy i bardziej zróżnicowany. Zapewnia też lepszą aklimatyzację, gdyż pomiędzy dwoma obozami, znajdującymi się na około 4000 m n.p.m., trzeba przejść przez wysoką przełęcz Bamwanjara Pass. Oba szlaki łączą się przed obozem, z którego odbywa się atak szczytowy na Margheritę, który jest taki sam w obu wersjach.

ruwenzori jarzębski
Ruwenzori są z innego świata. (fot. Hubert Jarzębowski)

Wyżej lasu rozciąga się piętro bambusów, a ponad nimi już cały czas wędruje się wśród potężnych senecji oraz lobelii z wielkimi „trąbami” oraz przez bagna. Z każdym rokiem przejście przez mokradła jest coraz łatwiejsze dzięki „board walkom”. Jeszcze kilka lat temu większość drogi brodziło się po kolana w bagnie, teraz najgorsze odcinki pokonujemy wygodnie po drewnianych kładkach. Na drugą noc docieramy do „błotnego” obozu Mutinda.

Nad nim znajduje się szczyt Mutinda Lookout, na który wchodzimy dla aklimatyzacji. Wspinaczka w kaloszach z obserwującymi nas góralkami skalnymi (gryzoniami, zwanymi rock hyrax) ma swój urok. Kalosze włożyliśmy dla zasady, ale nie były potrzebne. Klniemy na czym świat stoi.

Następny obóz, Bugata, leży na wysokości ponad 4000 m. Tutaj znajduje się jedyne w tych górach lądowisko dla helikopterów (akcję ratunkową dodatkowo utrudnia fakt, że najbliższy helikopter stacjonuje… w Nairobi w Kenii).

Czwarty dzień to wejście na niemal 4500 m, na przełęcz Bamwanjara. Z przełęczy pierwszy raz widzimy mityczne śniegi na równiku, gdzie rodzi się Nil. Tutaj również znajduje się tablica pamiątkowa polskiej wyprawy z 1939 roku wraz z reprodukcjami zdjęć z książki Tadeusza Bernadzikiewicza Polska safari w górach księżycowych, którą John dostał ode mnie kilka lat wcześniej.

Tatry w Górach Księżycowych

Przełęcz Bamwanjara to znakomita okazja, by przypomnieć sobie historię Gór Księżycowych oraz sylwetki Polaków, którzy eksplorowali je przed wojną.

Ruwenzori to najbardziej wysokogórskie pasmo Afryki i jedne z najbardziej tajemniczych gór świata. Od starożytności geografowie pisali, że Nil rodzi się w Górach Księżycowych, gdzieś w samym środku Afryki. Zostały one „odkryte” dopiero w XIX wieku – jako ostatnie wysokie góry na świecie. Do początku XX wieku w ich wyższych partiach i na lodowcach (na samym Równiku) nikogo nigdy nie było.

W 1906 roku działała tu ekspedycja księcia Ludwika Sabaudzkiego, która zdobyła i nazwała wszystkie najwyższe masywy Ruwenzori, w tym Górę Stanleya z najwyższym szczytem zwanym Margherita. Logistyką wyprawy kierował przewodnik z plemienia Bakonzo – Bamwanjara. To właśnie on dowodził załogą przewodników, tragarzy i kucharzy, którzy towarzyszyli w 1939 roku Tadeuszowi Bernadzikiewiczowi i Tadeuszowi Pawłowskiemu, Polakom, którzy poprowadzili tutaj wspaniałe drogi wspinaczkowe.

Włosi nazwali wierzchołki na cześć europejskich koronowanych głów oraz odkrywców Afryki. Po Polakach zostały dwie nazwy: Bamwanjara Pass, nazwana na cześć miejscowego przewodnika, oraz Tatra Peak, by na równiku znalazł się kawałek Tatr.

ruwenzori jarzębski
Po Polakach zostały dwie nazwy: Bamwanjara Pass, nazwana na cześć miejscowego przewodnika, oraz Tatra Peak, by na równiku znalazł się kawałek Tatr. (fot. Hubert Jarzębowski)

A jak sprawowali się nasi przewodnicy? Wszyscy byli absolutnie znakomici. Ochora, Hanington, Zebediah – niczym nie odstają od europejskich zawodowych przewodników górskich, zaryzykuję nawet stwierdzenie, że wszechstronnością i uczynnością większość z nich przewyższają.

Z przełęczy Bamwanjary szlak prowadzi raz w górę, raz w dół. Jeszcze jedno strome zejście, jeszcze jedno podejście, konkretne mokradło i jesteśmy w Hunwick’s camp.

Następnego dnia dotarliśmy na wysokość niemal 4500 metrów, do obozu Margherita. Tu jesteśmy już w skalnym świecie masywu Mount Stanley, a nad nami majaczą potężne ściany i urwiste turnie szczytów Kitasamba i Nyabibuya, nazwanych na cześć pary Bogów opiekuńczych ludu Bakonzo, którzy właśnie tu mają swoją siedzibę. Już nazajutrz mamy ich odwiedzić.

Popołudnie wykorzystujemy na odpoczynek oraz naukę chodzenia po linach poręczowych przy użyciu prusika i jumara.

Znikające lodowce

Wstajemy w środku nocy. Jest odrobinę powyżej zera. Z ust bucha para, idziemy wśród wielkich głazów przy świetle czołówek. Jest bardzo ślisko. W nocy była mżawka, chwilami temperatura spadała poniżej zera, a na skałach robiła się cieniutka warstwa lodu. Zostawiamy obóz i robimy dwieście metrów przewyższenia. Tu trafiamy na zmrożoną linę poręczową. Część turystów używa tutaj jumara (małpy), część prusika, część trzyma się liny. Robi się coraz stromiej.

Po ciemku dochodzimy do ścianki. W dole widać śnieg. Przewodnicy zakładają stanowisko do zjazdu i puszczają każdego do granicy śniegu. Jeszcze rok temu można było dojść na lodowiec dużo łatwiej od dołu. Zakładamy raki. Pierwszy śnieżny odcinek jest zupełnie płaski. Od drugiego lodowca dzieli nas szmat drogi. Kiedy byliśmy tu poprzednim razem, lodowiec był jeden. Teraz most łączący jego dwie części runął w przepaść.

ruwenzori jarzębski
Kiedy byliśmy tu poprzednim razem, lodowiec był jeden. Teraz most łączący jego dwie części runął w przepaść. (fot. Hubert Jarzębowski)

Trzeba zejść sto metrów po linach poręczowych i pokonać długi odcinek po wielkich kamieniach. Do drugiego lodowca musimy sforsować całkiem konkretną ścianę z liną poręczową. Jest niemal pionowo, wszystko dookoła zamrożone. Na drugim lodowcu witają nas otwarte szczeliny. Jeszcze długi, średnio stromy odcinek i obchodzimy kopułę szczytową. Mijamy ruiny mostku, który kilka miesięcy temu próbował założyć tutaj zarząd parku narodowego. W końcu pojawia się słynna tabliczka „Witamy na Margherita Peak – najwyższym punkcie Ugandy”.

ruwenzori jarzębski
„Witamy na Margherita Peak – najwyższym punkcie Ugandy” (fot. Hubert Jarzębowski)

Trzynaście godzin od startu jesteśmy z powrotem w obozie Margherita. No, łatwo nie było. W porównaniu do tego jak wyglądała góra w 2016, a nawet rok czy dwa lata temu, teraz jest dużo trudniej. Droga kluczy, omija pionowe ściany, które ukrywają się pod topniejącym lodowcem. Podchodząc – trzeba schodzić, schodząc – podchodzić. Dwa razy zjeżdżamy na linie. Jest naprawdę ciężko, wszyscy jesteśmy mocno zaskoczeni powagą i trudnością drogi. Mocno wieje, ręce zamarzają, jak to w Afryce.

Margherity nie można lekceważyć. To trudna, wielka alpejska góra, a z Kilimandżaro nie ma żadnego porównania. Czeka nas pełen pakiet górskich atrakcji: nocny start, poręczówki, skalny teren typu tatrzańskiego, zjazdy na linie, lodowce. Wrażenia są niesamowite.

Powrót przez Tatry

Oczywiście, jak to w górach, na zejściu czeka nas podejście. I to bardzo konkretne, bo na mierzący 4620 metrów szczyt Weissmanna. Tutaj lodowiec już stopniał, ścieżynka prowadzi przez chaszcze, a potem skały i przypomina trudniejsze tatrzańskie szlaki. Nic dziwnego, schodząc, mijamy ulubiony przez polskich turystów Tatra Peak.
Od obozu Bugata w dół można schodzić zupełnie inną drogą, wzdłuż rzeki, gdzie znajdują się kilkudziesięciometrowe wspaniałe wodospady, odkryte przez ludzi… trzy lata temu. Tak! Wielkie, piękne wodospady, których do 2022 roku nie widział nikt na świecie. Takie rzeczy tylko w Ruwenzori.

ruwenzori jarzębski
Takie rzeczy tylko w Ruwenzori. (fot. Hubert Jarzębowski)

Na koniec wyprawy łzom, uściskom, przytulaniu nie ma końca. Oczywiście ekipa byłaby mocno rozczarowana, gdybyśmy żegnali się z nimi tylko w ten sposób. W Afryce wdzięczność okazuje się – w dolarach.

W żadnych innych górach na świecie nie czuję się tak dziwnie.. Ruwenzori są z innego świata. Mam wrażenie, jakby te kilka dni było jakimś niesamowitym snem. One są tak różne od wszystkich innych gór świata, że aż nierealne. Tylko ból mięśni przypomina, że ta przygoda wydarzyła się naprawdę.

*

Jak się przygotować?

Na atak szczytowy na Margheritę potrzebujemy raków, czekana, uprzęży, kasku, pętli prusika lub przyrządu do podchodzenia „małpy” (obie firmy zapewniają sprzęt na miejscu). Wszystko, czego nie potrzebujemy w górach, można zostawić na dole w depozycie. Podczas dziewięciu dni wędrówki turyści noszą jednodniowy plecak, a tragarze plecak główny. Niezbędnymi elementami wyposażenia są ciepły śpiwór oraz oczywiście wszystko, co pomoże przetrwać ruwenzoryjskie deszcze: kurtki przeciwdeczowe, ponczo, stuptuty.

Do Ugandy najłatwiej dostać się Turkish Airlines z przesiadką w Stambule. Lądujemy na lotnisku Entebbe, gdzie za czasów Idi Amina rozegrała się słynna akcja odbicia izraelskich zakładników, w której zginął brat Binjamina Netanjahu. Wizę do Ugandy wyrabia się przez internet, żeby ją uzyskać, podobnie jak w przypadku Tanzanii, trzeba mieć żółtą książeczkę, poświadczającą szczepienie na żółtą febrę.

Samolot ląduje nad samym Jeziorem Wiktoria. Ruwenzori znajduje się na południowo-zachodnim krańcu Ugandy, na granicy z Demokratycznej Republiki Kongo i blisko Rwandy. Dojazd z Kampali zajmuje prawie cały dzień. Podobnie jak dobrym pomysłem przed rozpoczęciem wycieczki na Kilimandżaro jest wejście na Meru, tak i tu niegłupim rozwiązaniem jest aklimatyzacja na sąsiednich wulkanach Virunga. My najczęściej wchodziliśmy na położony na trójstyku granic prawie czterotysięczny wulkan Sabyinyo. Chętni poszli także na spotkanie oko w oko z gorylami górskimi. Zaaklimatyzowani i rozgrzani pojechaliśmy do Kilembe.

*

ruwenzori Jarzębski
Tylko ból mięśni przypomina, że ta przygoda wydarzyła się naprawdę. (fot. Hubert Jarzębowski)

Tekst i zdjęcia: Hubert Jarzębowski

Tags: AfrykaPolecamywyprawy
Redakcja

Redakcja

Powiązane wiadomości

muszyński uloya
Felieton

Uløya

5 września 2026
wywiad Adamowicz
Ekologia

Recepta na przyrodę

28 sierpnia 2026
smocza karawana
Relacje

Smocza karawana

22 sierpnia 2026
Następny artykuł
smocza karawana

Smocza karawana

fot. pexels

Jak przygotować plecak na jesienne wyprawy górskie?

mapy.cz

Aplikacja Mapy.com – profesjonalna kartografia i bezpieczna nawigacja dla miłośników outdooru

Dodaj komentarz Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.

Subskrybuj!

Zapisz się do naszego newslettera. Będziesz dostawał informacje o nowościach na stronie.

Najnowsze

Projektując Suunto Run 2, postawiono na absolutną lekkość. (fot. Suunto)

Wyznaczaj kolejne biegowe cele. Suunto przedstawia dwie premiery: zegarek Suunto Run 2 oraz pas pomiaru tętna Suunto Smart Heart Rate Belt 2

Artykuł sponsorowany
8 września 2026
0

Marka Suunto ogłosiła właśnie premiery dwóch nowych produktów w swoim portfolio: zegarka Suunto Run 2 oraz pasa Suunto Smart Heart...

Rzeka Triśuli w Nepalu (fot. Sundar1 - Wikipedia)

Nepal obchodzi dzień żałoby po błyskawicznych powodziach w Himalajach

Nela Turkot
7 września 2026
0

Dziś, 7 września, Nepal obchodzi narodowy dzień żałoby upamiętniający ofiary jednej z najtragiczniejszych katastrof naturalnych w historii regionu, która miała...

muszyński uloya

Uløya

Andrzej Muszyński
5 września 2026
0

Wydaje mi się, że piła dużo kawy. A na pewno sporo paliła. Woń tych substancji czuję do dziś. To uświadamia,...

Wybierając oryginalny model Salomon XT-6, zyskujesz także dostęp do szerszej palety różnorodnych wersji kolorystycznych (fot. arch. Salomon)

Salomon XT-6 czy XT-6 GORE-TEX – którą wersję wybrać na jesień i zimę?

Artykuł sponsorowany
2 września 2026
0

Model Salomon XT-6 oraz jego wodoodporny wariant XT-6 GORE-TEX wywodzą się z tego samego terenowego rodowodu, lecz powstały z myślą...

© 2010-2025 Outdoor Magazyn - Magazyn sportów outdoorowych.

Welcome Back!

Login to your account below

Forgotten Password?

Retrieve your password

Please enter your username or email address to reset your password.

Log In

Add New Playlist

Brak wyników
View All Result
  • Wydarzenia
  • Sprzęt
  • Kierunki outdoor
  • Kultura
  • Testy
  • Poradniki
  • Gdzie kupić Outdoor Magazyn
  • Kontakt
  • Polityka prywatności

© 2010-2024 Outdoor Magazyn