Worek marynarski czeka od wczoraj. Pomimo wcześniejszego niż zwykle pakowania nie mam pewności, czy jestem dobrze przygotowany do weekendowej wycieczki. Uczucie dość nietypowe u osoby, która na wędrówkach spędziła całe życie.
***
Jest jednak powód tego małego Reisefieber. Jutro nie będę backpackersem, nie spakuję się do plecaka, nie ułożę wszystkich niezbędnych rzeczy w świetnie znanym, wypracowanym od lat porządku. „Na dół śpiwór, obok tarp, dalej worek z ciepłymi ciuchami, na środku kuchenka i gaz obłożone kurtką, liofami i apteczką, do bocznej kieszeni słuchawki, do tajnej kieszonki dokumenty i klucze…”. Nie, jutro cały mój podróżno-biwakowy świat spakuję na rower.
Pracując w branży outdoorowej, mam wspaniałą możliwość obcowania ze znakomitymi pasjonatami wszelakich dziedzin. Jedną z najprzyjemniejszych znajomości zawiązałem przed trzema laty z Wojtkiem i Korą, znanymi jako Coffee Tea Trip. Zajmują się tym, co zawarli w nazwie – jeżdżą na wycieczki parzyć kawę i herbatę. Tylko tyle i aż tyle, trudno bowiem adekwatnie opisać urzekającą prostotę ich filozofii, ich bezpośredniość, szczerość, a przede wszystkim umiejętność „po prostu zrobienia” czegoś, co dla wielu z nas byłoby zaplanowanym z dużym wyprzedzeniem wyzwaniem.
Wojtek i Kora, oprócz parzenia kawy i herbaty, jeżdżą na rowerach. To też proste. Jedną torbę przypinasz pod kierownicę, drugą pod siodło. Siadasz, jedziesz. Kiedy znajdziesz piękne jezioro albo cichy zakątek lasu, rozwieszasz hamak i gotujesz wodę. 5 minut później bujasz się wygodnie z kubkiem gorącego napoju w ręce i słuchasz ciszy. Proste? Najprostsze! Chciałem skosztować tej rowerowo- -kawowo-hamakowej przygody, dlatego z przyjemnością przyjąłem zaproszenie do Zielonej Góry, by razem z CTT poczuć na własnej skórze, czym jest bikepacking. To dla mnie szczególnie interesujące wydarzenie, bo (trochę wstyd się przyznać) nigdy nie byłem na wycieczce rowerowej z noclegiem w terenie! Nie mam odpowiedniego wyposażenia, tzn. bikepackingowych toreb, podsiodłówek, bagażnika, ba!, nie mam nawet gravela, crossa czy MTB. Na tę wycieczkę wybieram się z moim zaufanym „pieszym” sprzętem biwakowym i starszą ode mnie szosówką, która do tej pory znała jedynie skwar betonowego miasta i nigdy nie posmakowała leśnego szutru.

Ekwipunek podzieliłem na trzy części: spanie, akcesoria + ciuchy, nerka. Worek ze spaniem umieściłem jak markową torbę podsiodłową. Po rozsądnym skompresowaniu bagażu wystarczyły dwa troki, żeby całość ładnie ułożyła się pod siodełkiem. Drugą cześć bagażu, czyli akcesoria + ciuchy, załadowałem na front kierownicy. Tu przyszło największe zaskoczenie, bo wojskowy worek kompresyjny pasował jak ulał, wciskając się na styk między rogi mojego „baranka”. Dwie taśmy wystarczyły, by bagaż trzymał się solidnie, nie przesuwał się i nie bujał w czasie jazdy po nierównym terenie.
Kilka pierwszych kilometrów dowiodło, że mój chałupniczy system mocowania bagażu działa i już wkrótce przestałem zawracać sobie głowę kwestiami technicznymi, a całą uwagę poświęciłem wycieczce.
Spis treści
Lista sprzętu
O ile podczas wędrówek pieszych nie odmawiam sobie drobnych „luksusów”, takich jak Kindle, słuchawki czy ulubiona wełniana koszula, o tyle tym razem moje zapędy zostały okrojone do absolutnego minimum.
NA SOBIE:
- buty podejściówki – znacznie lepiej pedałuje się niskim butem ze sztywną podeszwą niż miękkimi butami biegowymi,
- krótkie spodenki typu „cargo”,
- wesoła hawajska koszula,
- miękka czapka z daszkiem,
- kolorowe skarpety – ponoć w takich szybciej się pedałuje.
CIUCHY DODATKOWE:
- koszulka polo z merynosa,
- cienkie kalesony termoaktywne na wieczór i do spania (spodnie po spakowaniu zajmują dużo miejsca),
- cienka bluza z kapturem w roli wiatrówki / lekkiego docieplenia,
- zapasowa para cienkich wełnianych skarpet – już nie tak kolorowych jak te do jazdy,
- puchówka Pajak Phantom,
- chustka pod szyję.
SPANIE:
- śpiwór Pajak Radical 1Z,
- set hamakowy Lesovik: hamak + tarp + podpinka.
AKCESORIA:
- apteczka w worku strunowym (własnej roboty),
- dwa składane kubki Fold-A-Cup (600 ml i 300 ml) – ten mniejszy wymieniłem potem na stalowy,
- kubeczek emaliowany, który dostałem w prezencie od Wojtka,
- dwie zwijane butelki Vapur.
DO NERKI NA PASIE:
- telefon + powerbank,
- szczoteczka do zębów,
- chusteczki,
- portfel, klucze,
- scyzoryk Opinel 8,
- zapalniczka Mini BIC.
SPRZĘT DO JAZDY I PAKOWANIA:
- stara szosówka Arcade France,
- dwa stare worki kompresyjne po zimowych śpiworach,
- dwa rolowane worki wodoodporne,
- trochę linki, dwa troki, półtora metra linki gumowej.
PRZEKĄSKI:
planowaliśmy kupować, dlatego zabrałem tylko:
- banany i bigos LYO Food
Wojtek zabrał analogiczny zestaw, poszerzony o butlę z gazem, palnik, kawiarkę Cafflano i paczkę kawy. Jego rower przewoził też mały zestaw naprawczy i pompkę, a na jego szyi wisiała lustrzanka.

Jedziemy!
Niespieszne pokonywanie kilometrów na północ od Zielonej Góry było czymś odświeżającym! Płynnie przemierzaliśmy kolejne urokliwe miejsca: starorzecze leniwej Odry, rezerwaty ptactwa, opustoszałe szosy biegnące od wioski do wioski, cieniste zagajniki. Czasami pozwalaliśmy sobie na szybszy rajd, gdy asfalt wygładzał się i zapraszał do nieco mocniejszego pedałowania.
Na ogół jednak utrzymywaliśmy rekreacyjne tempo – czyli zatrzymywaliśmy się na drobne postoje, zanim jeszcze zdążyliśmy się zmęczyć. W czasie postoju nad jeziorem obowiązkowo kawa. Odmierzenie, mielenie, przygotowanie wody, preinfuzja, właściwe zalanie, degustacja. Kenijskie aromaty słodko-kwaskowatych owoców świetnie dopełniały naturalną gorycz, a użycie dripa (prostej metody przelewowej) dodało kawie gładkości w smaku. Liofilizowane banany też zagrały w tym przedstawieniu swoją rolę, choć zdecydowanie drugoplanową wobec świetnie przyrządzonego napoju. Siedzieliśmy, rozmawiając o fenomenie, jakim jest dla nas kawa w terenie, rytuały związane z jej przygotowaniem i prosta radość płynąca z oglądania żurawi grasujących w tataraku po drugiej stronie wody.
Niezobowiązujące jeżdżenie rowerem, gdy dzień jest piękny, droga dowolna, a kilometry jakby same się nawijają, potrafi być naprawdę przyjemne. Podczas wędrówek pieszych siłą rzeczy muszę mierzyć dzień nieco bardziej powściągliwą miarą. Na rowerze mogłem zapomnieć o ograniczeniach, które podczas podróży na nogach uniemożliwiają czasem zboczenie z obranego szlaku.
Na półtorej godziny przed zachodem słońca wstąpiliśmy do ostatniego na trasie sklepu. Uzbrojeni w zapas wody, domową kaszankę i świeży chleb skręciliśmy w leśną ścieżkę ciągnącą się wzdłuż jednego z dopływów Odry. Zacząłem żałować, że wybrałem się w drogę na oponach typowo szosowych. Na ubitym podłożu działały jako tako, ale rozpędzić się już nie mogłem. Gdy wjechaliśmy na luźniejszy grunt, moje koła działały jak żyletki. Niezłomnie jednak „cisnęliśmy” dalej, bo las był dla nas na ogół łaskawy. Na szczęście docelowe miejsce naszego biwaku pojawiło się szybciej, niż mógłbym się tego spodziewać.
Miejsce nad jeziorem było wspaniałe – przejrzysty, sosnowy las sięgający samej wody – więc z przyjemnością zabraliśmy się do organizacji biwaku. Hamaki w roli noclegu bikpackingowego sprawdziły się wyśmienicie. W odróżnieniu od typowego namiotu zestaw hamakowy dużo łatwiej jest podzielić na kilka osobnych elementów (hamak, tarp, podpinka), a przez to łatwiej rozlokować go w specyficznych pod względem kształtu torbach.

Przy okazji rozkładania biwaku zauważyłem dość znaczący minus moich improwizowanych sakw – dostęp do bagażu był możliwy dopiero po całkowitym ich odpięciu, co oznaczało nieco uciążliwy demontaż taśm, luzowanie troków, rozłożenie połowy ekwipunku na ziemi. Zazdrościłem Wojtkowi, który swoje sakwy marki Triglav obsługiwał z dużo większą łatwością, a część wyposażenia po prostu zostawiał przypięte do roweru.
Kwadrans później nasz sprzęt był uporządkowany, hamaki wisiały między drzewami, a my przystąpiliśmy do wieczornej części wycieczki – posiłek, przekąski, długie rozmowy na dziesiątki tematów, fotograficzne zabawy z rozgwieżdżonym niebem i wsłuchiwanie się w harce łasicy, która niewzruszona obecnością człowieka zajmowała się swoimi sprawami, wpędzając nas w pełne zdumienie. Pogoda była tak dobra, że postanowiliśmy nawet nie rozwieszać tarpów. Zasnęliśmy pod gwiazdami.
Poranek był – jak to w hamakach – wygodny, rozbujany i słoneczny. Jedną z największych zalet tego rodzaju noclegu jest możliwość oglądania okolicy tuż po przebudzeniu. Nie zamykam się przed lasem zamkiem namiotu, nie odgradzam się od jeziora tropikiem. Po prostu otwieram oczy, a słońce, łabędzie, kaczki, wiewiórka są na miejscu. Hamak wieszam w taki sposób, by słońce od najwcześniejszych chwil świeciło prosto na mnie. Dzięki temu poranek jest ciepły i wesoły. Nawet nie chce się wstawać…
Z pomocą przyszedł mi odgłos pyrkającej na palniku wody. Zgrzyt młynka nie pozostawiał wątpliwości: czas wstawać, ahoj przygodo! Po sprawnym śniadaniu przyszedł czas na pakowanie, przy czym znów nie mogliśmy się nadziwić, jak zgrabnie da się upchnąć cały mój biwakowy bagaż do poczciwej, starej torby po śpiworach. Przed nami kolejne 35 km do pokonania, z czego część po lasach i szutrach. Mój Arcade zabrał się za te nieubite trakty jakby bardziej ochoczo i nie miałem więcej problemu z grzęźnięciem w ziemi.

Droga minęła podobnie jak dzień wcześniej, tzn. w zdecydowanym, ale towarzyskim tempie. Rozmowy w trasie, przerwa na lody, chwila wygłupów na nieczynnym od lat wiadukcie kolejowym – po okolicach Zielonej Góry krążyłbym pewnie o wiele dłużej, gdyby nie odjeżdżający o 15:30 pociąg powrotny.
W drodze powrotnej miałem czas na przeanalizowanie naszej przygody. Plan zrealizowaliśmy bezbłędnie. Odbyliśmy bardzo relaksującą wycieczkę, spaliśmy w malowniczym miejscu, a ja przypomniałem sobie, jak to jest raz na jakiś czas spróbować czegoś zupełnie nowego, poczuć się jak żółtodziób… i złapać bakcyla!
Mam nadzieję, że moja relacja i wnioski [ramka obok] z tej krótkiej wycieczki będą dla Was inspiracją. Życzę Wam tego samego, co mi udało się odnaleźć pod Zieloną Górą: pięknej pogody, szerokiej szosy i dobrego towarzystwa. Wsłuchajcie się w szum: wiatru, opon, drzew, przygody!
Wnioski
Bikepacking nie jest tylko wydumanym trendem, jest po prostu bardzo przyjemnym zajęciem. Warto go spróbować – być może właśnie tu odkryjecie Waszą pasję:
- żeby zacząć, nie trzeba wcale specjalistycznego wyposażenia; mój przykład dowodzi, że mając zaledwie najprostsze worki kompresyjne i odrobinę pomysłu, można z łatwością zaimprowizować sakwy mieszczące wszystko, czego będziemy potrzebować na wypad rowerowy.
- towarzystwo doświadczonej osoby jest nie do przecenienia – Wojtek, dzięki za bycie przewodnikiem i gospodarzem wyjazdu!
- nie ma złej ani dobrej metody na uprawianie bikepackingu – po prostu baw się drogą!
- weź sobie do serca zasadę KISS – Keep It Simple, Stupid – prostota i minimalizm są bardzo odświeżające!
- drobne niedogodności są wyłącznie nauką, która na kolejnym wyjeździe zaowocuje jeszcze lepszą przygodą (podpowiem jednak, że już na początku warto zadbać o wygodne siodełko).
Rafał 'Lesovik’ Palowski
***
Materiał ukazał się pierwotnie w 8. numerze Outdoor Magazynu (jesień 2019).











