Legenda światowego boulderingu. Ostatnie jedenaście lat spędził na eksploracji Himalajów, gdzie otworzył nowy rejon wspinaczkowy. Rozmawiamy z Berndem Zangerlem.
***
Okolice niewielkiej wioski Rakchham pełne są głazów, na których Bernd i jego przyjaciele wytyczyli setki świetnych linii. Jednak sportowe wyzwanie szybko przerodziło się w coś znacznie większego. Czy projekt ma szansę stać się modelem dla zrównoważonej turystyki wspinaczkowej, prowadzonej bez szkody dla lokalnej społeczności i krajobrazu?
Wiola Imiolczyk: Jak trafiłeś do Rakchham?
Bernd Zangerl: To był szczęśliwy traf. Zawsze chciałem pojechać do Indii i szuka[1]łem informacji na temat różnych miejsc, które byłyby warte uwagi, a przy tym nie były topowymi punktami turystycznymi. Pewnego razu u znajomych wpadła mi w ręce stara książka o trekkingu w północnej części Indii. Znalazłem w niej czarno-białą fotografię, przedstawiającą Dhauladhar Range. Zdjęcia ogromnych gór zrobiły na mnie wrażenie. Pomyślałem, że u ich podnóża muszą być jakieś głazy, które mogłyby mieć potencjał wspinaczkowy. Postanowiłem odnaleźć miejsce z fotografii, co ostatecznie udało mi się w 2010 roku.

Gdy już tam dotarłeś, co zdecydowało, że postanowiłeś poświęcić temu miejscu i wspinaczkowej eksploracji kolejnych kilkanaście lat?
Jeśli zajmujesz się boulderingiem, zawsze patrzysz na głazy przez pryzmat wspinania. W Rakchham znalazłem nieskończoną ilość takich wspaniałych granitowych kamieni. Jednocześnie zdałem sobie sprawę, że nie mam szans sprawdzić ich wszystkich, jest ich po prostu zbyt wiele. Na wielu z nich można wytyczyć świetne i angażujące problemy. Zawsze szukam takich perełek, nad którymi trzeba trochę popracować, rozgryźć je. W Rakchham wciąż znajduję nowe. I to nakręca mnie do działania.

Czy możesz porównać charakter wspinania w Rakchham do któregoś z europejskich rejonów?
Być może w pewnym stopniu do Magic Wood w Szwajcarii, tutejsze wspinanie również jest siłowe, a chwyty to często małe krawądki. Jednak tak naprawdę trudno jest porównać wspinanie w Rakchham do tego z Europy. Tutaj po prostu wszystko jest wyjątkowe, a potencjał wciąż ogromny. Najlepsze bouldery, które robiłem w swoim życiu, znajdują się właśnie w Rakchham.
Przybyłeś do Rakchham bardziej jako sportowiec czy odkrywca?
Zawsze czułem się bardziej odkrywcą niż sportowcem, ale kiedy eksploruję, ostatecznie zawsze trafiam na linię, która może się stać projektem sportowym. Jednak już samo poszukiwanie tej linii to dla mnie coś wyjątkowego. Zwyczajnie kocham góry i przyrodę. W czasach, kiedy bouldering nie był jeszcze popularny, przemierzałem szwajcarskie lasy wokół mojej wioski. Aby znaleźć linię, która mnie pochłonie, musiałem najpierw ją wytyczyć. Tutaj było podobnie, a do tego to Himalaje, o których zawsze marzyłem. Kiedy budzisz się w Rakchham, wydaje ci się, że trafiłeś do raju. Wioska leży na płaskowyżu otoczonym z niemal wszystkich stron przez sześciotysięczniki. Tutaj wszystko jest jakby dwa razy większe niż w Europie. Człowiek czuje się bardzo mały, a kontakt z przyrodą jest integralną częścią egzystencji. Do tego ludzie są bardzo przyjaźni.
Zanim dotarłeś do Rakchham, lokalsi prawdopodobnie nigdy nie widzieli wspinacza. Nie zdziwili się, że tutejsze głazy tak bardzo cię interesują?
Rzeczywiście, na początku wzbudzałem pewne podejrzenia wśród tutejszych mieszkańców. Chodziłem wokół kamieni , szczotkowałem je, by wyczyścić chwyty i wytyczyć linie. Lokalsi nie rozumieli, co robię, sądzili, że być może wyciągam ze skał jakieś kruszce albo szukam skarbów (śmiech). Jednak kiedy wytłumaczyłem im, że przyjechałem do Rakchham, by się wspinać, bo na tym polega moja praca, usłyszałem: „Skoro to twoja praca, śmiało!”.

Początkowo trzymałeś to miejsce w tajemnicy. Co się zmieniło?
Dlaczego postanowiłeś zachęcić ludzi, by odkryli Rakchham? Najpierw miałem nadzieję, że uda mi się uchronić to miejsce przed wpływem turystyki. Jednak ona dociera w Himalaje tak czy siak i ostatecznie dotrze też do Rakchham. Turyści z Europy czy USA przyjeżdżają w Himalaje od lat. Jednak obecnie coraz więcej mieszkańców Indii również podróżuje w głąb swojego kraju dzięki poprawiającej się sytuacji materialnej klasy średniej. Lokalsi liczą na tych ludzi, bo mogą na nich zarobić. Napływ turystów nie zawsze jest dobry, bo ludzie są często niewrażliwi na piękno odwiedzanych miejsc. Nie szanują ich. Myślę, że ze wspinaczami będzie inaczej – mogą być szansą dla lokalnej społeczności. O tym, czy projekt zadziała, przekonamy się za kilka lat. Być może Rakchham stanie się nowym punktem na turystycznej mapie Himalajów, jednak mam nadzieję, że wydarzy się to w inny sposób niż dotychczas.
Model rozwoju turystyki, który opracowałeś i wdrożyłeś w Rakchham, ma szansę sprawić, by tak właśnie było.
Tak, to pierwszy na świecie projekt wspinaczkowy tego typu, który ma szansę stać się programem pilotażowym także dla innych, nieodkrytych jeszcze miejsc. Widzę zmiany, jakie zaszły we wszystkich tych pięknych miejscach we Włoszech, Francji albo w najbliższym mi Magic Wood. Są wynikiem zbyt dużej liczby ludzi w jednym miejscu. Właśnie dlatego tak ważny jest system pozwoleń działający w Rakchham, dzięki któremu lokalna społeczność może monitorować, jak wielu przyjezdnych wspina się w okolicy. Ten system może przynieść realną zmianę w nieuniknionym rozwoju turystycznym tego miejsca – aby zachodził w sposób zrównoważony i bez szkody dla środowiska.

Jednak śmieci wokół boulderów w Rakchham nie mogli rozrzucić turyści – bo tych jeszcze chwilę temu tam nie było?
Oczywiście, śmieci w lesie wyrzucali sami mieszkańcy Rakchham, to działo się jeszcze kilka lat temu. Dziś nikt już tego nie robi, a w wiosce działa system zarządzania odpadami. Dokładnie tak samo było 40 lat temu w Tyrolu, jednak zmiany zachodzą – także w świadomości ludzi.
Czy myślisz, że projekty takie jak twój albo towarzysząca mu akcja Healing Himalayas, uczą także lokalsów?
Z pewnością . Poprzez akcje Healing Himalayas udaje się nie tylko posprzątać okolicę, ale też na[1]uczyć ludzi, że śmiecenie jest złe dla nich samych. Zaangażowana jest szkoła, na lekcjach poruszane są kwestie „zielonej” turystyki. Ludzie stają się coraz bardziej świadomi, podchodzą ostrożniej zarówno do własnych działań, jak i do działań turystów. Dzisiaj w nasz projekt zaangażowanych jest wielu młodych mieszkańców z wioski, którzy jasno deklarują, że nie chcieliby, aby turystyka w Rakchham rozwinęła się w takim kierunku, jak w innych miejscach w Himalajach.

Jak jeszcze zapobiegać niezdrowej ekspansji turystycznej?
System pozwoleń jest kluczowy, ale oprócz niego działamy także na inne sposoby. Niebawem w pobliżu sektorów wspinaczkowych ma stanąć toaleta, aby ludzie nie brudzili w lesie. Oprócz tego w wiosce działa klub wspinaczkowy, połączony ze szkołą. Zbudowaliśmy nawet małą ściankę wspinaczkową na czas złej pogody. Obecnie wśród mieszkańców wioski tylko trzy osoby wspinają się aktywnie, jednak kto wie, być może za kilka lat najlepsi wspinacze Indii będą pochodzili właśnie z Rackhham? W końcu to prawdziwy wspinaczkowy raj.
Czy wielu zagranicznych wspinaczy odwiedza Rakchham?
Póki co niewielu, jednak ci, którzy przyjeżdżają , rozumieją istotę tego projektu. Nie potrzebują nawet przewodnika, doceniają samą przygodę i pomysł. To wspaniałe widzieć tak wielu wspinaczy o otwartych głowach, którzy przemierzają cały świat, by dotrzeć do tej małej wioski. Jednak większość wspinaczy, którzy przyjeżdżają do Rakchham, pochodzi z Indii, a i tych nie jest wielu, bo wspinanie wciąż nie jest tu popularne. W dużych miastach są ścianki wspinaczkowe, ale społeczność jest wciąż niewielka. Tylko bogaci ludzie mogą sobie pozwolić na takie hobby.
Czym jest dla ciebie ten projekt?
Dostarcza mi satysfakcji. Na początku to ja trzymałem stery, ale dziś to ludzie z wioski zaczynają opiekować się tym miejscem. Wspaniale jest widzieć, jak świetnie sobie radzą. Nie mogło być inaczej, chociaż to ja byłbym odpowiedzialny, gdyby – wskutek moich publikacji na temat Rakchham – wspinaczkowa turystyka skrzywdziła to miejsce. Oczywiście w tym wszystkim cieszą mnie sportowe projekty. Jednak to nie one są sednem. Chciałbym, aby ludzie przybywali tu nie tylko po trudną cyfrę, ale też po to, by doświadczyć magii tego miejsca.

Kusi cię, by odnaleźć kolejne takie miejsce jak Rakchham?
Jestem pewien, że zawsze będę wracał do Rakchham. Potencjał tych lasów jest nieskończony. Ale oczywiście chciałbym też poszukać czegoś nowego. Mam przed sobą starą książkę, a w niej fotografie innych obszarów Himalajów i zastanawiam się, który kierunek poszukiwań obrać. Podróżowanie i wspinanie świetnie się uzupełniają.
Czyli zostałeś eksploratorem?
Bez wątpienia podróżowanie i odkrywanie zawsze było dla mnie najważniejsze, to mnie motywuje i nakręca. Były momenty, gdy sportowy duch brał górę, jednak myślę, że nawet jako sportowiec robiłem to w sposób, który dziś dobrze oceniam.

Informacje praktyczne
Bouldering w Rakchham
Obecnie w okolicy Rakchham znajduje się 14 sektorów boulderowych z ponad 400 problemami o zakresie trudności 5A-8C. Trwają prace nad przewodnikiem, na ten moment zespół RMAC dysponuje „overview topos” i wskaże nam miejsca, w których z łatwością znajdziemy projekt na odpowiednim dla nas poziomie.
W okolicy wytyczono też drogi tradowe z zakresu 6b-8a/b. Jedną z nich jest Lugerhammer, czyli pozycja obowiązkowa dla miłośników rys. Oprócz tego znajdziemy tu obite drogi, przede wszystkim techniczne piony, ale i przewieszone kanty. Obecnie większość dróg to propozycje „siódemkowe”, ale jest także kilka 8a-8c+.
Kiedy jechać?
Najlepsze warunki do wspinania panują tu od sierpnia do listopada. Wtedy granit ma najlepsze tarcie. Aby dostać się do Rakchham, należy zaplanować lot do Dehli i dalej podróżować pociągiem lub busem. W wiosce działają hotel i restauracja, część mieszkańców oferuje też noclegi w swoich domach. Chociaż na miejscu można wypożyczyć crashpady, ich liczba jest ograniczona – zaleca się przywieźć swój własny sprzęt lub wypożyczyć crashpad w Dehli.
***
Materiał ukazał się pierwotnie w 25. numerze Outdoor Magazynu (wiosna 2024).












