Porosty to niepozorne organizmy, które łączą w sobie wrażliwość i siłę, zasługując na miano „pionierów” w przyrodzie. Te same cechy można przypisać polskiej badaczce, która wniosła wybitny wkład w rozwój nauki o lichenologii i mykologii rejonów Antarktyki i Arktyki. Jako pierwsza kobieta stanęła na czele polskiej wyprawy antarktycznej w latach 1991-1992, torując drogę innym badaczkom w świecie zdominowanym przez mężczyzn. O pingwinach, dżinsach z Pewexu i innych wspomnieniach ze swoich ekspedycji, w rozmowie z Julią Klimek, opowiada profesor Maria Agata Olech.
***
Skąd zainteresowanie porostami?
Porostami zainteresowałam się już w czasie studiów, ponieważ w młodości uprawiałam wspinaczkę, a one występują wyso- ko – w górach. Te bardzo interesujące organizmy, zbudowane z dwóch komponentów, są niezwykle odporne na trudne warunki środowiskowe. Rosną bezpośrednio na skałach, a niektóre nawet wewnątrz skał – wiercą w nich otworki, to są tak zwane endolity. Ta ich odporność idzie w parze z wielką wrażliwością na skażenia powietrza, przez co są znakomitymi bioindykatorami. Analizując ich plechy, można ocenić teren i poziom zanieczyszczenia powietrza. Mają wiele ciekawych właściwości i są piękne! Rośliny kwiatowe zauważy każdy, bo ładnie kwitną. Natomiast porosty to jest takie piękno, które trzeba umieć dostrzec.
Czy w Pani rodzinie są osoby, które zajmowały się biologią?
Nie, mój tata ukończył akademię rolniczą i zajmował się trawami. Pod okiem taty znakomicie poznałam trawy, jeszcze będąc w szkole średniej. Potem, na studiach, brylowałam, bo trawy to bardzo trudna grupa roślin. Cieszyły mnie też mchy, lubiłam się nimi opiekować, to również takie drobne roślinki. Zawsze wzruszało mnie ich niepozorne piękno. W powiększeniu, pod lupą, to jest naprawdę magiczny świat.
Pewnie po dotarciu do Arktyki była Pani zachwycona widokami.
Tak, już podczas pierwszego pobytu na Spitsbergenie. Tamtejsze widoki są przepiękne – góry lodowe, zbocza lodowców. W Arktyce występuje bogata tundra, w której na tle szarych porostów i mchów kwitną kolorowe rośliny, przy czym to właśnie porosty dominują w krajobrazie.
Natomiast w Antarktyce w pierwszej chwili poczułam rozczarowanie. Było bardzo szaro, bo tam tundra jest uboga – same porosty, trochę mchów i tylko dwie niepozorne rośliny kwiatowe. Tamtejsze pingwiny wydały mi się takie małe. Zwykle pod hasłem „pingwiny” przedstawia się pingwiny cesarskie czy królewskie, takie okazałe, niczym mali ludzie we frakach. W miejscu, gdzie znajduje się polska stacja, mieszkają mniejsze pingwiny – Adeli czy Papua (białobrewe). Przyznam, że pokochałam te nasze pingwiny przy stacji. Kiedy podczas zimowania odchodzą na północ, ponieważ zatoka zamarza, robi się tu cicho, spokojnie i pusto – wtedy to miejsce traci nieco swojego piękna.

Zdarzały się jakieś zabawne sytuacje z pingwinami?
Sylwestra spędzałam na Wyspie Pingwiniej, to taki wygasły albo drzemiący wulkan. Tam są bardzo duże kolonie pingwinów, nie ma żadnej stacji, nikt nie przeszkadza zwierzętom. Mieszkałam w namiocie z dwiema koleżankami. W samego sylwestra koleżanki poszły na drugi kraniec wyspy, a ja zostałam w naszym obozie i siedziałam cichutko. Nagle, koło północy, z morza na ląd wyszły pingwiny. Szły gęsiego. Zatrzymywały się przy moim otwartym namiocie i każdy z nich uważał za stosowne zajrzeć do środka. Potem szły dalej. To był piękny widok i prawdziwa sylwestrowa przygoda.
Pomysł wyjazdów w tamte rejony od zawsze był Pani marzeniem, czy przyszedł dopiero w trakcie pracy naukowej?
To było od zawsze moje marzenie. Jako dziecko mieszkałam w Nowym Sączu. Pochłaniałam książki podróżnicze, na przykład Centkiewiczów. Potem oglądałam też jakiś film o młodym naukowcu, który spędzał czas sam wśród pingwinów. Znalazłam się w tym samym miejscu podczas jednej z wypraw i bardzo mnie te pingwiny zauroczyły. W tamtych czasach to było prawie nie- możliwe, żeby się dostać w tamte rejony. A jako kobieta miałam jeszcze mniejsze szanse.
W rejony polarne przywiodły mnie właśnie porosty, bo dominują w Antarktyce i są bardzo piękne. Na pierwszy rzut oka przy stacji nie było ładnych okazów. Natomiast w pobliżu siedlisk pingwinów skały są wręcz kolorowe — pomarańczowo-żółte od barwy porostów, które tam występują. To są porosty nitrofilne, azotolubne (lubią przenawożenie, które występuje w pobliżu kolonii pingwinów). Poza tym istnieją takie sraczkowate porosty usnea, czyli „brodaczki”– przepiękne i bardzo stare, niektóre mają 2,5 tysiąca lat. Długość plechy wynosi na przykład trzydzieści centymetrów. Są i starsze osobniki. W Arktyce też jest piękna tundra i porosty. Trzeba tam pojechać i to zobaczyć.

Jak wyglądało codzienne życie podczas Pani pierwszej wyprawy?
To była wyprawa Uniwersytetu Jagiellońskiego na północ. Naszą bazą był hus, czyli domek dawnych traperów – myśliwych, którzy polowali na niedźwiedzie i lisy polarne. Warunki były surowe: ani łazienki, ani ubikacji. W siermiężnej izbie gotowaliśmy na tak zwanej kozie, czyli żeliwnym piecyku. Po rozpaleniu dawał tak wysoką temperaturę, że trzeba było uciekać na zewnątrz, za to nad ranem było już całkiem zimno.
Pracowaliśmy od rana do wieczora. To był dzień polarny, czyli słońce w ogóle nie zachodziło. Chwilkę zdrzemnęłam się na jakimś kamieniu i potem dalej do pracy, bo lato arktyczne było krótkie, a ja nie miałam pewności, czy będę miała okazję jeszcze tam pojechać. Kartowaliśmy zbiorowiska tundry arktycznej z kolegą z instytutu, Eugeniuszem Dubielem. Powstała pierwsza mapa tundry arktycznej, która jest teraz bardzo przydatna, bo możemy śledzić zmiany zachodzące tam pod wpływem działalności człowieka i zmian klimatycznych. Korzystaliśmy z metody Braun-Blanqueta i wszyscy powątpiewali, czy to jest w ogóle możliwe, bo przystępując do kartowania trzeba znać wszystkie gatunki. Ja zajmowałam się porostami i mchami, które wcześniej poznałam każde indywidualnie, a Gienio – roślinami kwiatowymi.
Potem w terenie można już było je spisywać i brać małe próbki do potwierdzenia. Warunki były trudne. Żadnych GPS-ów, mieliśmy tylko mapy w ozalidzie. Musieliśmy pewne fragmenty dorysowywać, bo nie było jeszcze dokładnych map tamtego rejonu. Wszystko robiło się ręcznie albo stukało na maszynach do pisania. Zgroza.
W Arktyce pracowałam też z jachtu, który służył mi za dom. Wysadzali mnie na brzeg i cały dzień spędzałam sama w terenie.

Nie bała się Pani?
Bałam się! Szczególnie niedźwiedzi, które są bardzo niebezpieczne. Pojawiały się zwłaszcza na wschodnim wybrzeżu Grenlandii. Nie miałam broni, co obecnie jest w ogóle niedopuszczalne. No ale przecież nie po to tam pojechałam, żeby spędzać czas na jachcie, chciałam pracować! Znalazłam na to znakomity sposób pod tytułem „wyłączanie wyobraźni”, czyli myślenie o czymś innym.
A jak było w Antarktyce?
Na stacji Arctowskiego mieszkałam w luksusowym miejscu. Luksusowym oczywiście w porównaniu z domem traperów. Wszystko było tu dobrze zorganizowane — miałam swój pokój, czasem nawet był kucharz. Ale po opracowaniu terenu wokół naszej stacji i innych (brazylijskiej, rosyjskiej itd.), trzeba było już mieszkać w namiocie. Gdy spadł śnieg, leżałyśmy w namiocie w śpiworach i starałyśmy się nie jeść i nie pić, żeby jak najrzadziej wychodzić. To też miało swój urok.
Jak w tamtych czasach wyglądało wyposażenie wypraw?
Pierwsze wyprawy, te uniwersyteckie, to były lata 1982 i 1985, czyli czasy, kiedy niczego nie można było dostać w sklepach. Na półkach były tylko herbata i ocet. A musieliśmy skompletować żywność na kilkumiesięczną wyprawę. Filmy do aparatu? Trzeba było mieć zezwolenie od prezydenta miasta, żeby zakupić więcej niż dziesięć sztuk! Nic nam nie dawali, to była wyprawa biednego uniwersytetu. Odzież kupowaliśmy sobie sami – tylko na pierwszą wyprawę dostaliśmy takie pikowane, szare kufajki, tak zwane waciaki. Norwedzy, którzy spotkali nas na Spitzbergenie, uciekali przed nami, bo myśleli, że idą więźniowie. Śpiwory mieliśmy swoje, podobnie jak wszystko inne. Do tego mieliśmy polecenie od kierownika wyprawy, żeby kupić dżinsy w Pewexie, które trzeba było sprzedać po drodze w Moskwie. Wszyscy sprzedali te dżinsy, a ja nie potrafiłam (śmiech), więc musiałam od grupy śląskiej pożyczyć ruble. To były bardzo ciężkie czasy.
Aparaturę w instytucie miałam bardzo słabą – mam na myśli mikroskopy, lupy. Dlatego bardzo chętnie wyjeżdżałam do Kopenhagi, gdzie korzystałam ze wspaniałego, nowoczesnego sprzętu. A w Indiach, gdzie byłam po wyprawie na Maitri, miałam do dyspozycji siedem mikroskopów elektronowych i przyjeżdżał specjalista od konserwacji.

Kierowała tam Pani indyjską ekspedycją naukową.
To była ekspedycja na kontynent Antarktydy, czyli lądolód. W kilku miejscach, szczególnie przy linii brzegowej, są tam tak zwane oazy, czyli miejsca pozbawione latem lodu. Przez miesiąc płyną tam nawet potoki. Stacja indyjska Maitri znajduje się właśnie w oazie. Nie wiedziałam, czego się spodziewać, ale bardzo się cieszyłam, bo chciałam pracować na „prawdziwej” Antarktydzie. Na miejscu okazało się, że jest tam osiemdziesięciu Hindusów i tylko ja jedna, pierwsza kobieta – mina mi zrzedła. Pierwszy raz zetknęłam się z tą kulturą. Na początku płynęliśmy lodołamaczem z Kapsztadu i czułam się tak, jak może się czuć kobieta w Indiach. Może nawet gorzej, bo nie byłam przyzwyczajona do tamtej rzeczywistości, chociaż Hindusi są bardzo kulturalni i sympatyczni.
Jak później przebiegała współpraca?
Kiedy zabrałam tych ludzi w teren, zawsze chodzili moim śladem, choć w przeciwieństwie do mnie byli już tam kilka razy. Byli raczej ostrożni i bali się wychodzić naprzód. Każdy z nich mówił po angielsku z innym akcentem. Na wyjściach w teren wszyscy byli jednakowo ubrani – mieli takie same czapki, okulary i kominiarki. To było dla mnie straszne, bo na początku ich w ogóle nie rozróżniałam. Najdzielniejszym asystentom nadawałam polskie nazwiska – na przykład „Sing” zmieniałam na „Singowski”. To było takie wyróżnienie, inni im zazdrościli i zachęcało ich to do pracy. Miałam dwóch najfajniejszych asystentów, którzy się o mnie troszczyli – na przykład budowali mostki nad potokiem, żebym nie zmoczyła nóg.
Ja też o nich dbałam, trochę jak o dzieci: uczyłam ich na przykład, co zrobić, gdy przemoczą buty. Dzięki temu zdobyłam ich szacunek. Zaprosili mnie nawet na naradę nad projektem nowej stacji, którą budowali w innym miejscu. Dowiedziałam się, że w Indiach kobieta może zdobyć szacunek mężczyzn, jeżeli jest matką albo nauczycielką – ja się wcieliłam w rolę nauczycielki i trochę im też matkowałam. Wszyscy byli bardzo eleganccy i czyści, ale jak to mężczyźni, nie zawsze dbali o porządek. Zabrałam się więc za porządki i ich tym zawstydziłam, za moim przykładem zaczęli się starać i wprowadzili specjalny dzień na sprzątanie.
Na stacji znajdowały się ołtarze trzech głównych światowych religii. Zostałam zaproszona do ich świątyni przez meteorologa, który się nią opiekował. Mieli tam specjalne naczynia, w których przyrządzali potrawy dla jednego ze świętych. Panował zwyczaj, że każdy zaproszony zostawia tam coś od siebie. Na szczęście miałam święte obrazki z Polski. Dostałam czerwoną kropkę na czoło, co oznaczało, że uznali mnie za swoją.

Trudno było się później rozstać?
Kiedy miałam już odlatywać z lodowca z grupą rosyjską, która działała w sąsiedztwie, nagle zrobiło mi się żal. Wszyscy się popłakaliśmy, bo od trudnych chwil i strasznej obcości przeszliśmy do przyjaźni i bliskości. W tych warunkach można albo się zupełnie znielubić albo bardzo zaprzyjaźnić.
Na stacji Maitri było mi ciężko, ale jeśli chodzi o Antarktykę, to gorzej się czułam, gdy przebywałam tam jako kierownik wyprawy. To jest wielka odpowiedzialność. Kierowałam wyprawą w czasie, kiedy chciano zlikwidować polską stację Arctowskiego. Walka o przetrwanie stacji była bardzo trudna. Znów byłam sama, miałam tylko kolegów – uczestników wyprawy.
Gdyby nie Pani, stacja by nie przetrwała. Skąd ta determinacja?
Sama nie wiem, bo o swoje sprawy nie potrafię zawalczyć. Jestem straszną gapą. Myślę, że mam to po moich rodzicach, przede wszystkim po matce, która w czasie wojny miała pseudonim „Czarnula” – przenosiła pocztę, ale też przewoziła w wózku dziecięcym zrzut broni i amunicji dla partyzantów. Bardzo się narażała, ale ja też w tym w jakiś sposób uczestniczyłam, bo musiałam siedzieć na twardym podłożu. Nie można było jechać pustym wózkiem, bo uginał się pod tym ciężarem, więc hitlerowcy zaraz by się tym zainteresowali. Wiele ryzykowała i była przy tym bardzo dzielna.

Mówi Pani o sobie, że jest człowiekiem gór. Czy wspinaczkowe doświadczenie przydało się w pracy?
Bardzo. W pewnym momencie zrezygnowałam ze wspinania. Stwierdziłam, że moje prace terenowe i wspinaczka sportowa nie dają się pogodzić. Wybrałam naukę. Ale te doświadczenia bardzo mi to ułatwiły. W Tatrach poruszałam się bez żadnej osoby towarzyszącej. Robiłam tam pracę habilitacyjną – porosty rosną na skałach i wybierają takie miejsca, gdzie trzeba się porządnie powspinać. Chodziłam sama w teren i nie bałam się. Miałam bardzo ułatwioną pracę w terenie górskim. Najpierw pracowałam w Beskidzie Sądeckim i w Beskidzie Niskim, a potem w Tatrach i trochę w Alpach, zanim przeniosłam się w rejony polarne, gdzie już zostałam. Wybrałam chyba logiczną drogę – od gór do rejonów polarnych.

Ma też Pani na koncie wyprawę żeglarską z Januszem Kurbielem i jego żoną.
Wcześniej nawet nie myślałam o czymś takim, to Janusz Kurbiel mnie znalazł. Wymyślił sposób na prowadzenie tańszych wypraw, które mają szansę objąć duże obszary w krótkim czasie. Okazało się to wspaniałym pomysłem. Małym motorowo-żaglowym jachtem można wpłynąć do każdej zatoczki i nie jest to bardzo kosztowne. Dotychczasowe wyprawy były organizowane przy użyciu dużych statków lub w oparciu o stałe bazy na lądzie. Program, który zaproponował, bardzo mi się spodobał, bo obejmował wszystkie lądy i morza dookoła bieguna północnego.
Co było obiektem badań?
Mogłam zebrać materiały do badań dotyczących skażenia środowiska przez metale ciężkie i radionuklidy. Jako bioindykatory zastosowałam porosty, które są znakomitymi kronikarzami tego typu skażeń. Te skażenia są niekorzystne nie tylko dla zwierząt, ale i dla ludzi – są przekazywane w łańcuchu pokarmowym na coraz wyższy poziom. Porosty są zjadane na przykład przez renifery, potem człowiek zjada mięso reniferów. Od tych skażeń lokalna ludność zapada na różne choroby – nowotwory, poronienia, problemy z wątrobą. Trzeba o tym wiedzieć i jakoś temu zaradzić. Prace takich szaleńców jak ja przyczyniają się do tego. Nie było jednak łatwo, bo nigdy nie ukończyłam żadnego kursu żeglarskiego.

Czy z upływem lat zauważała Pani jakieś zmiany w rejonach polarnych?
Na wykładach przestrzegałam studentów i kładłam im do głowy, że będzie bardzo źle. Widziałam lodowce, które znikały na moich oczach. W czasie pierwszych wypraw zajmowałam się między innymi problemami ocieplenia klimatu. Na przedpolach cofających się lodowców jest dziewicza gleba. Badałam zasiedlanie tych obszarów przez porosty, mchy i rośliny kwiatowe. Jest pewna logiczna kolejność ich zasiedlania. Obserwując te gatunki, po kilku latach widziałam, jak to się szybko zmienia. Znikające lodowce, wycofujące się gwałtownie – całkowicie zmienia się krajobraz. Antarktyka w tej chwili zarasta trawą, śmiałkiem antarktycznym. Następuje wysuszenie podłoża, podniesienie poziomu morza. Stację Arctowskiego przesuwamy już w głąb lądu, bo morze zagraża tym starym budynkom. Ja przed tym przestrzegałam. Kiedyś starałam się z kolegą klimatologiem z Wrocławia o grant na tego typu badania. W grancie napisaliśmy o ociepleniu klimatu – od razu go odrzucili. Nie wolno było o tym mówić! Do tej pory niektórzy ludzie uważają, że nie ma ocieplenia. Na moich wykładach w Stanach Zjednoczonych ludzie pukali się w głowy – jakaś nawiedzona pani snuje katastroficzne wizje! Trzeba tych ludzi jakoś przekonać, co jest bardzo trudne. Większość ludzi zaczyna się powoli nad tym zastanawiać, ale niestety nie jest to łatwa sprawa.
Czy te zmiany da się jeszcze zatrzymać?
Zatrzymać się już nie da, ale można je spowolnić i jakoś się przestawić. W poprzednich epokach następowały różne zmiany – zlodowacenie, potem ocieplenie klimatu, lecz przebiegały one wolno. Przyroda mogła się do nich dostosować. Teraz te zmiany są nagłe. Widzimy, co się teraz dzieje, w niektórych rejonach ludzie się wręcz gotują. Ale zmiany klimatu to nie tylko podniesienie temperatury. Występują zmiany kierunków prądów morskich, prądów atmosferycznych, co powoduje powodzie, sztormy, huragany, trąby powietrzne. Nawalne deszcze, które są tak gwałtowne, że nie jesteśmy w stanie się na to przygotować. Miasta są zalewane, bo studzienki odwadniające nie są w stanie pomieścić takiej ilości wody. Mało tego, ta woda zamiast wsiąkać w glebę, co byłoby korzystniejsze, gwałtownie spływa i wszystko zalewa. Niestety, człowiek sam zgotował sobie ten los. Jest wielu tak zwanych vipów, którzy bardziej dbają o swój interes niż o Ziemię. A przecież to jest nasz wspólny dom.
Ludność przesuwa się z południowej części bardziej na północ, to jest migracja klimatyczna. Nas też to może spotkać, bo zmiany coraz bardziej przyspieszają. Na pewno będą inne uprawy, pożegnamy się z ulubionymi ziemniaczkami. Badania Instytutu Oceanografii Uniwersytetu Gdańskiego wykazują, że organizmy wodne przenoszą się coraz bardziej na północ. Zmiany są tak duże, w tak różnych dziedzinach i tak szybkie, że jest to przerażające.

Udało się Pani zarazić polarnictwem któregoś ze studentów?
Ależ oczywiście! Moi asystenci pojechali tam po dwudziestu latach i powtórzyli badania. Nastąpiły niesamowite zmiany w budowie tundry. Okazało się, że wskutek ocieplenia klimatu i zmian antropogenicznych pojawiło się zbyt dużo reniferów. Zasiedliły ten teren i niektóre przepiękne zbiorowiska tundry są przez to w zaniku.
Moi dwaj uczniowie zajmowali się wpływem człowieka na te obszary. Wiechlina roczna, wszędobylska trawa, która u nas rośnie nawet w szparach chodnika, pojawiła się w Antarktyce. Śledziłam ją w czasie każdej wyprawy. Chodziło o to, by sprawdzić, jak dany gatunek może się przedostać przez te wszystkie bariery – jak jest przenoszony i z jakich obszarów – żeby ustrzec się przed następnymi gatunkami inwazyjnymi. Ta trawa jest niesłychanie agresywna w zbiorowiskach roślinnych. Rosła obawa, że może się rozprzestrzeniać kosztem dwóch występujących tam gatunków, bo podłoże staje się coraz bardziej suche.
Jednemu z uczniów, który prowadził badania w Antarktyce, dałam za zadanie sprawdzenie, co przywozimy do polskiej bazy – jakie gatunki grzybów, pleśni, muszek i różnych innych rzeczy, a przede wszystkim porostów. Po tych naszych badaniach odkurzaliśmy ubrania turystów, którzy tam przyjeżdżali, bo stwierdzono, że nie jest dobrze. Obecnie, gdy przypływają statki turystyczne, ludzie przebierają się w inne ubrania, żeby nie przenieść ze statku jakichś propagul. Przechodzą w butach gumowych przez rynienki z płynami. Już zwraca się na to uwagę. Czyli badania mają jednak jakieś znaczenie (według niektórych ludzi to wyrzucone pieniądze). Trzeba słuchać naukowców.
Czego jeszcze mogą nas nauczyć porosty?
Wspólnie z różnymi naukowcami ze świata badamy, na czym polega odporność porostów na niskie temperatury i wysuszenie. Porosty to tak dzielne organizmy, że wystawione do przestrzeni kosmicznej po powrocie na Ziemię podejmują swoje funkcje biologiczne. To prawdziwi kosmici. Te badania są niesłychanie ciekawe z tego względu, że mogą mieć znaczenie praktyczne w podróżach międzyplanetarnych, w poszukiwaniu życia na innych planetach, jeśli oczywiście do tego dojdzie. Czy będziemy podróżować w stanie wysuszonym czy zamrożonym? Tutaj, na Ziemi, te badania mogą przyczynić się do wydłużenia czasu przechowywania organów i tkanek do transplantacji.
Czuje Pani dumę ze swoich dokonań?
Może nie dumę, raczej takie małe zadowolenie. Wielu rzeczy, które sobie zaplanowałam, nie udało mi się zrobić. Mam jeszcze tyle pomysłów, tyle niezrealizowanych planów. Działałam jednak w niekorzystnych czasach. Naukowcy to byli zawsze samotnicy. Praca naukowa powinna być prowadzona w zespołach badawczych – ktoś ma pomysły, ktoś je realizuje od technicznej strony. Powinnam mieć pomocników, żebym nie musiała sama robić kopert do zbierania porostów, sporządzać spisów, czy drukować etykiet do zielnika. Działo się tak jednak z tego względu, że uniwersytet był zawsze biedny. To, że w ogóle mogłam pojechać w rejony polarne, mimo że jestem kobietą, już samo w sobie było wielkim sukcesem. Wszystko zaczyna się od marzeń. Ważne, by dążyć do ich spełnienia. Uświadomił mi to kapitan Kurbiel – wielki marzyciel i fantasta.

***
Rozmowę przeprowadziła Julia Klimek. Materiał ukazał się w 28. numerze Outdoor Magazynu w lutym 2025 roku:

Opis treści numeru:











