Rozmawiamy z Madeline Hryse, niszową podróżniczką, która pokonała na rowerze trasę z Chin do Szwecji. Wybierał mniejsze drogi, szutry, stroniła od głównych szlaków. Pokonała wysokie przełęcze Azji Centralnej, pustynie, temperatury poniżej zera, problemy ze sprzętem i długie odcinki bez jedzenia i wody. W rozmowie opowiada o tym, jak radziła sobie w trudnych warunkach i dlaczego w podróży czasem ważne jest towarzystwo, a czasem samotność.
*
Madeline Hryse – podróżniczka, rowerzystka i wspinaczka z Kalifornii. Przez cztery lata podróżowała bez stałego adresu. Trzy lata spędziła, podróżując po Azji, a kolejny rok jadąc rowerem z południowych Chin do Szwecji przez Azję Centralną i Europę. Obecnie jest w trakcie swojej kolejnej wyprawy – przejazdu Continental Divide z Kanady do Meksyku. Jej przygody możecie śledzić na Instagramie: @very__odd

*
Jak opracowywałaś trasę?
Trasę wyznaczałam etapami, głównie studiując mapy i łącząc kolejne punkty, tak by oczywiście unikać autostrad i głównych dróg. W krajach Azji Centralnej nie było to trudne, bo często drogi są po prostu nieutwardzane – a więc szutry.
Jak wyglądała kwestia wiz? Czy uzyskanie pozwoleń na wjazd do poszczególnych krajów było trudne?
W wielu krajach trzeba było uzyskać wizę, a procedury nie zawsze były proste. Wymagały wcześniejszego planowania i przygotowania dużej ilości dokumentów. Nie powiedziałabym, że trudno było je dostać, ale jeśli ktoś jest przyzwyczajony do procedur wizowych w Europie lub innych krajach zachodnich, może uznać to za wymagające.
Kontrole policyjne przechodziłam szczególnie często w Chinach. Miałam też problemy, kiedy przypadkowo wjechałam na teren objęty specjalnymi ograniczeniami. Skończyło się to czterogodzinnym przesłuchaniem, które potraktowano bardzo poważnie. Chętnie podałabym więcej szczegółów, ale planuję ponownie odwiedzić Chiny i nie chcę sobie tego utrudniać (śmiech).

Co było największym wyzwaniem podczas samej jazdy?
Podczas tej konkretnej podróży największe problemy były związane ze sprzętem i fizycznym wysiłkiem. Na początku trudno było mi przyzwyczaić się do jazdy szutrami. Mój rower i wyposażenie nie były do końca na to przygotowane. Mój partner rowerowy zachęcał mnie jednak, żebym jechała dalej. Przypominał mi, że nie trzeba mieć wyjątkowego sprzętu, żeby dotrzeć w niezwykłe miejsca.
Miałam sporo problemów mechanicznych. Wykręciła się i zgubiła śruba korby, przez co przez ponad 30 kilometrów musiałam jechać z luźną korbą. W górach Kirgistanu przestały działać mi hamulce. Musiałam zjechać bez tylnego hamulca do najbliższego przystanku autobusowego, żeby dostać się do miasta.
Stresujące?
Wymiana hamulców w Kirgistanie była stresująca, ponieważ w tym kraju nie ma wielu serwisów rowerowych. Ważne było więc, żeby znaleźć kogoś, kto naprawdę się na tym zna.
Okazało się, że wcześniej w Chinach przez pomyłkę zamontowano mi pancerz przeznaczony do przerzutek zamiast hamulców. Powodowało to zbyt duże tarcie linki i w efekcie hamulec przestał działać. Oczywiście w najmniej odpowiednim miejscu.
Zdecydowanie zabrałam też ze sobą więcej rzeczy, niż było mi potrzebne!

Z jakimi warunkami pogodowymi musiałaś się zmierzyć? Czy wysokość miała duże znaczenie?
Podczas takiej podróży można trafić na właściwie każdy rodzaj pogody. Zimą w Chinach jechałam przez Wyżynę Tybetańską. Pewnej nocy temperatura spadła do -20°C, a w ciągu dnia, uwzględniając temperaturę odczuwalną przy silnym wietrze, było nawet -12°C.
Na chińskiej pustyni Gobi trafiłam też na burze piaskowe. Były dla mnie dużym zaskoczeniem. Przy wietrze wiejącym z prędkością około 30 km/h prosto w twarz przejechanie 5 kilometrów zajmowało mi godzinę.
Przez około dwa tygodnie na Wyżynie Tybetańskiej przebywałam na wysokości 4000-4200 m, a najwyższy punkt miał ponad 4800 m. Dlatego kiedy dotarłam do Tadżykistanu, tydzień spędzony powyżej 4000 m nie robił już na mnie większego wrażenia. Właściwie wolałam tę wysokość ze względu na letnie upały.

Jak radziłaś sobie z dostępem do wody?
Nigdy nie miałam problemów z wodą. W Azji Centralnej radziłam sobie bez filtra do wody. Zachorowałam tylko raz, kiedy po wielu miesiącach spędzonych w górach dotarłam do Duszanbe.
Jeśli miejscowi pili wodę, ja też ją piłam.
Gdzie czekały na ciebie najdłuższe odcinki bez dostępu do jedzenia i wody?
Najdłuższe odcinki pokonałam na chińskiej pustyni Gobi i w górach Kirgistanu. W Chinach przez cztery dni jechaliśmy bez dostępu do jedzenia i wody (około 400 km). To właśnie woda była wtedy najtrudniejszym elementem wyprawy.
W Kirgistanie przez pięć dni jechaliśmy bez jedzenia. Na szczęście wody mieliśmy pod dostatkiem.

Wolisz podróżować samotnie czy z kimś?
Lubię zachować równowagę między całkowitą samotnością a podróżowaniem z innymi. Ostatecznie uważam, że życie jest po to, żeby dzielić je z innymi ludźmi.
Lubię uczyć się od innych rowerzystów: ich przyzwyczajeń, sposobów naprawiania sprzętu, tego, co jedzą. Samo obserwowanie innych pozwala bardzo poszerzyć własne umiejętności.
Podróżowanie z kimś sprawia też, że łatwiej nawiązuję kontakty z miejscowymi. Jako kobieta podróżująca samotnie widzę, że obcy ludzie mogą czasem uznać, że nie powinni do mnie podchodzić. Mogą nie chcieć mnie przestraszyć albo obawiać się, że zostaną odebrani jako nachalni, kiedy chcą na przykład zaprosić mnie do swojego domu. Kiedy jestem z innymi, łatwiej jest mi wyjść poza własną strefę komfortu.
Po pewnym czasie znowu zaczynam jednak potrzebować samotności. Możliwości robienia tego, co chcę i kiedy chcę, bez czekania na nikogo.
Jest takie powiedzenie: „Jeśli chcesz jechać szybko, jedź sam. Jeśli chcesz dotrzeć daleko, jedźcie razem”, myślę, żę to prawda (śmiech).

Czy podczas samotnych podróży czułaś się kiedyś poważnie zagrożona?
Nigdy nie czułam się niebezpiecznie. Dorastając, dużo podróżowałam z rodziną. To był oczywiście inny sposób podróżowania, ale myślę, że dało mi to pewność siebie potrzebną do podróżowania po obcych krajach i nauczyło mnie, jak się zachowywać w takich sytuacjach.
Rzadko miałam problemy podczas samotnych podróży jako kobieta, a za każdym razem potrafiłam poradzić sobie z sytuacją w bezpieczny sposób i bez żadnych konsekwencji.

Czy z perspektywy czasu uważasz, że podczas podróży z Chin do Szwecji podróży lepiej było mieć towarzysza, czy można lepiej byłoby podróżować w pojedynkę?
W wielu miejscach cieszyłam się, że podróżuję z Felixem. Duże znaczenie miała kultura tych krajów i sposób, w jaki traktowano tam kobiety.
Na Zachodzie nie czułam, że muszę być z mężczyzną, żeby czuć się bezpiecznie. Kiedy jednak patrzę na całą podróż z perspektywy czasu, bardzo się cieszę, że miałam towarzysza. Szczególnie słysząc niepokojące historie innych, podróżujących samotnie kobiet.
Dzięki za rozmowę. Trzymamy kciuki za Continental Divide!











