Skok na bungee kosztuje 300 zł. Lot na paralotni – 400. Skok ze spadochronem w tandemie – 1000. 21-letnia Brazylijka zginęła, bo operatorzy zrzucili ją z mostu nieprzypiętą do liny. Jednak statystycznie bungee jest jednym z bezpieczniejszych „ekstremalnych” sportów komercyjnych. Ta śmierć nie dowodzi, że bungee zabija. Przypomina za to, że adrenalina stała się tanim produktem sprawnej maszyny, która – grając na naszych emocjach – próbuje wciągnąć nas w swoje tryby.
***
Mocne wrażenia – ludzie jak to ludzie, zawsze się skuszą.
Kiedyś chodziliśmy do cyrku, dzisiaj różnych sztuczek doświadczamy na własnej skórze. Niektórzy robią to dla pozerki, ale są też tacy, którzy przeżywają to na swój sposób głęboko. Ale jakby nie było karuzela komercji ma to w nosie – pędzi, mami, bałamuci. Chciałoby się powiedzieć „nie bierze jeńców”, z tym że właśnie…
Wiem, że to kopie, sam próbowałem. No i mam z tym problem. Nazywam to aktywnościami „na pasażera”.
Nie gardzę osobami, które korzystają z takich atrakcji. Wiele z nich ma dwójkę dzieci, korpo od 8 do 16 i dwa tygodnie urlopu rocznie. Nie mają czasu ani sił na wieloletnie trenowanie wspinaczki, nurkowania czy latania. Chcą po prostu raz na jakiś czas spróbować czegoś „mocnego”.
Rozumiem. Ale nie dajmy się robić w bambuko.
Kiedy instruktor robi za nas wszystko – zakłada uprząż, sprawdza karabinki, mówi kiedy, gdzie i jak skakać – nie pokonujemy „samych siebie”. Głównie zaciskamy zęby. Głównie sięgamy po portfel. Przeżywamy ulgę i wyrzut endorfin, ale to nie jest to samo, co prawdziwe przezwyciężenie lęku. Emocjonalny fast-food smakuje intensywnie, ale nie odżywia. Daje wspomnienie „byłem odważny”, ale nie czyni odważnym.
Jesteśmy pokoleniem, które chce szczytu bez wspinaczki, orgazmu bez gry wstępnej i rozwoju bez samodyscypliny. Chcemy efektu bez procesu. Rynek nam to chętnie sprzedaje – w formie voucherów ważnych przez 12 miesięcy.
Co było pierwsze, jajko czy kura? Popyta czy podaż? Tego nie rozstrzygniemy, ale jedno jest pewne – konsumpcjonizm w sferze ekstremalnych doświadczeń ma się świetnie.
Oczywiście skok na bungee czy w tandemie ze spadochronem mogą być bramką do czegoś większego. Czasem są. Ale najczęściej pozostają jedynie jaskrawą fotką na Instagramie i historią opowiadaną przy piwie. „K…, ale byłem wysoko.” Super, ale w sumie co z tego?
Zazwyczaj do tragedii nie dochodzi na dnie wąwozu (na szczęście!). Zazwyczaj ona rozgrywa się w głowie.
Przyzwyczajamy się do szybkich strzałów – „gotowców”. Buduje się w nas niechęć do systematycznej pracy i cierpliwości. Czy kupując łatwo przeżycia, nie jest nam trudniej znosić zwykłe życie, pełne nudy i powtarzalności, wymagające brania odpowiedzialności? Czy z każdym kolejnym „zastrzykiem” rzeczywistość nie płowieje? Czy z każdym kolejnym, nie mamy jeszcze większej ochoty na więcej?
Nie kupuję takiej adrenaliny. Nie kupuję jej bo wiem, jak tanio i łatwo można ją sprzedać. Jak uzależnia. Jakiego przynosi kaca. I jak łatwo dajemy się okłamywać, ba!, jak chętnie sami się okłamujemy, że te cztery sekundy spadania coś o nas mówią. A mówią głównie tyle, że potrafiliśmy zapłacić 300 złotych za dawkę dopaminy dostarczoną przez obcego faceta.
Można skakać. Fajnie tego spróbować. Tylko nie dajmy sobie wmówić, że to czyni nas kimś więcej niż jesteśmy: pasażerami na napędzanej instagramowymi algorytmami karuzeli komercji.










