Karl Bushby wyruszył z Punta Arenas w Chile w 1998 roku, ciągnąc za sobą wózek ze swoim dobytkiem. Od tamtej pory przemierza świat na piechotę, chcąc dotrzeć do rodzinnego domu w Anglii bez korzystania ze środków transportu. Swoją podróż nazwał „Goliath Expedition”. Wraz z francuskim podróżnikiem Dimitrim Kiefferem przeszedł pieszo przez zamarzniętą Cieśninę Beringa. Przemierzył też dżunglę między Kolumbią a Panamą. Do ukończenia trasy pozostała mu ostatnia przeszkoda – kanał La Manche. Aby nie złamać zasad swojej wyprawy, zamierza pokonać go wpław [AKTUALIZACJA: Bushby przepłynął Kanał!].
***
Z Karlem udało nam się porozmawiać osobiście – niezwykły splot okoliczności sprawił, że nasza dziennikarka spotkała go w Belgii.
*
Julia Klimek: Czym jest dla ciebie dom po 28 latach?
Karl Bushby: Szczerze mówiąc, teraz już chyba nie wiem. Przez długi czas najbliższym pojęciu “domu” był dla mnie Meksyk. To było miejsce, do którego wracałem, gdy pojawiał się jakiś problem. Właściwie od czasu kryzysu finansowego w 2008 roku.
Podczas północnej części wyprawy podobną bazą było Fairbanks na Alasce, kiedy odbijaliśmy się od Rosji i nie mogliśmy tam wjechać. Spędziłem tam dużo czasu, więc przez jakiś czas czułem się tam jak w domu. Wcześniej może było to Medellín w Kolumbii, bo miałem tam dziewczynę. Czasami wracałem do niej, gdy pojawiały się jakieś problemy i musiałem na coś czekać.
Mimo to, hasłem przewodnim twojej wędrówki jest “najdłuższa podróż do domu”, czyli do Anglii.
Zależy, jak rozumieć samo pojęcie domu. Nie ma tam nic poza moją rodziną. To dom mojej mamy, ale też mój dom z dzieciństwa. Więc chyba można go tak nazwać, choć technicznie rzecz biorąc, już nim nie jest. Wyprowadziłem się z niego, kiedy miałem 16 lat i wstąpiłem do wojska.
Przez 28 lat świat zmieniał się wokół ciebie. Nie miałeś czasem poczucia, że życie toczy się gdzieś obok?
Zupełnie nie. Za każdym razem, kiedy świat drgnie, ja to odczuwam. Każdy problem mnie dotyka. Tak było podczas pandemii i podczas kryzysu finansowego. Geopolityka również ma na mnie wpływ. Na przykład musiałem przepłynąć wpław Morze Kaspijskie, ponieważ nie mogłem przejechać przez Iran i wrócić do Rosji z powodu sytuacji geopolitycznej. Bardzo uważnie obserwuję takie rzeczy, bo niesamowite jest to, jak bardzo mogą one wpłynąć na pojedynczego człowieka.
Wyobrażasz sobie powrót do konwencjonalnego życia?
Denerwuję się. Poświęciłem 28 lat, czyli właściwie połowę swojego życia, jednej misji. A to wszystko niedługo się skończy. Będę musiał „dorosnąć” i znaleźć pracę. To będzie do bani. Znam wiele osób, które odbywały długie podróże i potem trudno im było ponownie odnaleźć się w społeczeństwie. Przeżyły coś niesamowitego i cały czas chcą do tego wrócić. Myślę, że rozwiązaniem jest znalezienie kolejnej pasji, wyznaczenie sobie kolejnej misji i szybkie zajęcie się czymś nowym.
Masz już jakieś pomysły?
Muszę zacząć zarabiać pieniądze, bo nie mam nic – ani majątku, ani emerytury. Wszystko, co posiadam, mieści się w małym wózku. Więc kiedy wrócę, zacznę od zera. Chcę wykorzystać tę podróż, żeby zarobić trochę pieniędzy i odbudować sobie życie. Mam inną pasję, którą chciałbym rozwinąć w coś, z czego mógłbym się utrzymywać – jest to popularyzacja nauki i angażowanie w nią ludzi. Mam nadzieję, że po zakończeniu podróży uda mi się to zrobić. Już teraz próbuję to zorganizować. Trzeba działać; samo siedzenie i myślenie o tym niczego nie zmienią.
Powstaje o tobie film.
Reżyseruje go Werner Herzog. To ogromna, niesamowita rzecz. Jest też książka. W przyszłym roku będę bardzo zajęty. Już teraz zaczynamy wypełniać kalendarz spotkaniami i wystąpieniami. To wszystko ma mi pomóc finansowo w urządzeniu się w normalnym życiu.
W jaki sposób finansujesz całą tę podróż?
Wyjechałem z 500 dolarami i bez żadnego wsparcia. Pierwsze lata były walką o przetrwanie. W Ameryce Łacińskiej jest to łatwiejsze – można tam przeżyć, mając kieszeń pełną ryżu. Ale kiedy zaczynasz kierować się na północ, robi się to bardziej skomplikowane. Im dalej, tym jest zimniej. Potrzebujesz więcej sprzętu i pieniędzy. Wiedziałem, że jeśli dotrę do granicy ze Stanami Zjednoczonymi, wszystko się zmieni. Miałem już swoją historię, ludzie mnie obserwowali. Zacząłem więc dostawać pierwsze propozycje i zawierać niewielkie umowy.
Później udało mi się zdobyć większe finansowanie od Time Warner, które pokryło bardzo kosztowny etap na Alasce i przeprawę przez Cieśninę Beringa. Przeprawiłem się do Rosji, a potem uderzył kryzys finansowy, który wszystko przekreślił. Zostałem uziemiony na miejscu, bo nie mogłem wrócić do Rosji, a był to najdroższy etap całej podróży. Minęły trzy lata, zanim znaleźliśmy kogoś, kto był w stanie sfinansować jej dalszą część.

Opowiedz więcej o cieśninie Beringa. Pokonałeś ją pieszo jako pierwszy w historii?
Cieśnina Beringa ma około 57 mil w linii prostej między półwyspem Seward na Alasce a przylądkiem Dieżniowa w Rosji. To wąskie gardło między Oceanem Arktycznym a Morzem Beringa, wyjątkowo trudny odcinek. Czasami mówi się o nim jako o pomoście lądowym Beringa, ale nie jest nim od 27 tysięcy lat. Ludzie próbują go pokonywać każdej zimy i ponoszą porażkę, bo to brutalne środowisko – niezwykle nieprzewidywalne i dynamiczne. Pokruszony lód i woda morska; wszystko jest cały czas w ruchu. Do tego ekstremalny wiatr. To jedno z najgorszych środowisk, w jakich może znaleźć się człowiek. Za to świetne dla niedźwiedzi polarnych – kolejny problem, z którym trzeba się tam mierzyć.
Tak naprawdę był to kluczowy etap całej wyprawy. Teoretycznie wszystko było możliwe, ale nie wiedzieliśmy, jak to zrobić. Pojawiła się jednak informacja, że podobno rosyjski zespół dokonał tego w 1998 roku – Dmitri Shparo, słynny rosyjski badacz Arktyki, i jego syn. Dla nas była to fantastyczna wiadomość. Oznaczało to, że jednak jest to możliwe. Spotkaliśmy nawet w Nome na Alasce ludzi, którzy współpracowali z organizacją Shparowa po stronie amerykańskiej. Powiedzieli nam, że został zabrany przez amerykańską straż przybrzeżną około 3 km od brzegu i przetransportowany do Nome. Jeśli rzeczywiście tak było, technicznie rzecz biorąc, nie dotarł do Stanów Zjednoczonych z lądu na ląd. Ale dla mnie to było nieważne. Sam fakt, że zaszedł tak daleko, był dobrą wiadomością. Do dziś jest trochę kontrowersji wokół tego, kto rzeczywiście zrobił to pierwszy – mnie to nie obchodzi.

Jak udawało ci się utrzymać motywację przy tylu przeciwnościach?
To była jedyna rzecz, jaką miałem. Nie miałem do czego wracać. Istnieje różnica między tym, jak ludzie z zewnątrz patrzą na tę wyprawę, a tym, jak wygląda to z mojej perspektywy. Widzę w mediach społecznościowych komentarze takie jak: „Kto zajmuje się twoim domem, kiedy jesteś poza nim?” albo „Jak udało ci się dostać wolne w pracy, żeby to zrobić?”. Ludzie tego nie rozumieją – mają normalne życie; ja nie mam tej części. To jest moje życie, moja praca, misja. Kiedy jesteś w coś zaangażowany w stu procentach, inaczej patrzysz na problemy. Nigdy nie miałem podejścia: „Spróbuję i zobaczę, jak daleko zajdę”. Powodów, żeby się zatrzymać, byłoby wtedy zdecydowanie za dużo. Po spaleniu wszystkich mostów za sobą powiedziałem sobie: „Nie wracam do domu, dopóki nie dotrę tam pieszo”. Byłem w tym na 100 procent. I myślę, że przy takim nastawieniu zawsze można znaleźć rozwiązanie. Połowa tej podróży polegała na radzeniu sobie z problemami, które trzeba było pokonać. Albo na czekaniu, tak jak podczas pandemii.
Gdzie wtedy byłeś?
W Meksyku. Pod koniec 2019 roku dotarłem do granicy z Iranem w Turkmenistanie, ale musiałem stamtąd wyjechać, zanim skończyła się ważność wizy. Wróciłem więc do Stanów Zjednoczonych, żeby razem ze sponsorami zorganizować dalszą trasę. Musieliśmy znaleźć odpowiednie kontakty w Iranie, ale nie mogli oni sfinansować tego etapu z powodu amerykańskich sankcji.
Kiedy nad tym pracowaliśmy, zabito Soleimaniego i cała sytuacja geopolityczna się rozpadła. Straciliśmy kontakty i wszystko, co udało nam się zorganizować. Zaczęliśmy od początku, a wtedy nagle uderzyła pandemia. Wszyscy zostali zamknięci i nigdy więcej nie udało nam się wrócić do Turkmenistanu.
Musiałem wycofać się do Uzbekistanu, a później próbowaliśmy wrócić do Rosji. Dosłownie pakowałem już plecak, kiedy Rosja najechała Ukrainę. Znowu znaleźliśmy się w punkcie wyjścia. Ostatecznie, między innymi ze względu na moje wojskowe doświadczenie, Rosja uznała mnie za zagrożenie dla bezpieczeństwa. To zmusiło mnie do przepłynięcia wpław przez Morze Kaspijskie.

Miałeś też niebezpieczną historię w dżungli.
Przesmyk Darién był jednym z najtrudniejszych doświadczeń, jakie przeżyłem. To wiele kilometrów gęstej, wtórnej dżungli, bagien i rzek oddzielających Panamę od Kolumbii. W 2000 roku Kolumbia znajdowała się w samym środku wojny z lewicową grupą partyzancką FARC, która walczyła z kolumbijską armią. Wojna trwała od kilku dekad, a partyzanci kontrolowali dżunglę. Mieliśmy więc kilka warstw problemów. Pierwszą było samo środowisko – naprawdę trudne. A na to nakładała się wojna. Do tego dochodziły kartele i działania kontrpartyzanckie.
Jak przez to przebrnąłeś?
Pierwszym etapem była droga. Byłem w Medellín w Kolumbii, gdzie przez kilka miesięcy przygotowywaliśmy ten plan. Rozmawiałem ze wszystkimi: policją, wojskiem, dziennikarzami, ludźmi, którzy tam pracowali, żeby stworzyć sobie obraz sytuacji. Plan zakładał, że mam około 300 kilometrów drogi, ale toczyły się o nią walki. FARC zajmował wioski; wojsko je odbijało. To była właściwie linia frontu.
Pierwszy plan zakładał więc, że przebiorę się za bezdomnego. Przefarbowaliśmy mi włosy, zmieniliśmy kolor skóry, dostałem łachmany i brudne ubrania. Sprzęt ukryliśmy w workach, żebym nie wyglądał jak ktoś, kogo warto porwać. W miejscach, które kontrolowało FARC, musiałem omijać miasta przez dżunglę. Znajdowałem się wtedy w Andach, więc przechodziłem przez góry, schodziłem z nich i przechodziłem w “tryb dżungli” – zielony mundur, kamizelka taktyczna, plecak. Dotarłem do rzeki Atrato – ogromnej, szerokiej rzeki oddzielającej dżunglę od reszty Kolumbii. Przez cztery dni płynąłem z jej nurtem, udając stertę unoszących się na wodzie śmieci. Potem znowu przebijałem się przez środek dżungli. W końcu przekroczyłem granicę z Panamą. Tam natknąłem się na panamską policję i spędziłem 18 dni w więzieniu. Zaprzyjaźniłem się z kilkoma osobami z panamskich służb wywiadowczych, ponieważ zorientowali się, że byłem żołnierzem. W końcu, kiedy wszystko zostało wyjaśnione, pozwolono mi kontynuować podróż.
[To tylko krótki fragment historii Karla z przesmyku Darién. W pełnej wersji opowiada m.in. o tym, jak przygotowywał się do przejścia, dlaczego musiał przebrać się za bezdomnego, jak przez 18 dni był przetrzymywany w więzieniu w Panamie i jak jego wojskowe doświadczenie pomogło mu wydostać się z całej sytuacji.]

Podróżnicy, których spotykam, podzielają jeden pogląd: świat jest lepszym miejscem, niż się nam wydaje. Zgadzasz się z tym?
W stu procentach. Spotkałem 99,99 procent najlepszej strony ludzkości. Jedną z największych lekcji, jakie wyniosłem, jest ogromna ludzka hojność. Jesteśmy niesamowitym gatunkiem. Tylko z niewielkim ułamkiem procent ludzi, których spotkałem, miałem jakiekolwiek problemy. Jeśli regularnie oglądasz wiadomości nadawane przez całą dobę, świat wygląda tak, jakby zmierzał prosto do katastrofy. A ja, jako samotny podróżnik, spotykający ludzi w każdym kraju i każdej kulturze, doświadczałem czegoś innego. Kontakt z władzami to zupełnie inna sprawa. Ale ludzie na całym świecie, kiedy spotykałem ich indywidualnie jako podróżnik, byli po prostu niesamowici.
Pewnie często częstowali cię lokalnymi potrawami?
W każdym z krajów! Kiedy byłem na Arktyce, jadłem foczy tłuszcz, olej z wieloryba i niedźwiedzie polarne. Foczy tłuszcz to okropna rzecz. Smakuje okropnie, a dla Inuitów to jak cukierek. W Ameryce Południowej jadłem najróżniejsze dziwne rzeczy, od świnek morskich po iguanę – czasami nawet nie wiedziałem, co to, bo wszystko wkładali do zupy.
Wielu ludzi mówi, że to, co robisz, to prawdziwa wolność.
Tak, choć w pewnym sensie „wolność” jest trochę mylącym określeniem, bo jesteś zdany na łaskę władz. Mnie udało się przez to wszystko przejść, ponieważ potrafiłem negocjować z ludźmi, na przykład z Rosjanami. Chińczycy kilkakrotnie chcieli mnie zatrzymać, a w pewnym momencie nawet wsadzić do więzienia. Trzeba więc naprawdę wiele zrobić, żeby jakoś to obejść. Musisz umieć znaleźć rozwiązanie. Myślę, że miałem mnóstwo szczęścia, skoro dotarłem do miejsca, w którym jestem. Manewrowałem przez ten świat, omijając wszystkie te geopolityczne koszmary i autorytarne władze. Ale zdecydowanie nie było to łatwe.
Dzięki za spotkanie i rozmowę. Wraz z redakcją OM trzymamy kciuki za ostatni etap Twojej podróży.
*
Karl Bushby wyruszył z Punta Arenas w Chile w 1998 roku. Na swojej trasie do domu rodzinnego w Anglii nie korzystał ze środków transportu. Powyższa rozmowa odbyła się w Belgii w połowie września 2026 roku. Przed Karlem ostatnia przeszkoda – kanał La Manche. Oczywiście zamierza przepłynąć go wpław.










