Przejście przez przesmyk Darién było jednym z najtrudniejszych etapów Goliath Expedition. Karl Bushby opowiada nam o doświadczeniu, które do dziś wspomina jako jedno z najbardziej ekstremalnych w całej swojej podróży. To tylko fragment naszej rozmowy z Karlem – pełny wywiad, w którym opowiada o 28 latach swojej niezwykłej wyprawy, przeczytacie [tutaj].
***
Przesmyk Darién – dżungla i wojna
Przesmyk Darién był jednym z najtrudniejszych doświadczeń, jakie przeżyłem. To wiele kilometrów gęstej dżungli, bagien i rzek oddzielających Panamę od Kolumbii. Jedyne miejsce, przez które nie prowadzi żadna droga. Można przejechać drogami z Prudhoe Bay na Alasce niemal do Punta Arenas w Chile, ale tutaj, w Darién, droga się urywa.
W 2000 roku Kolumbia znajdowała się w samym środku wojny z lewicową grupą partyzancką FARC, która walczyła z kolumbijską armią na 60 frontach w całym kraju. Wojna trwała od kilku dekad, a partyzanci kontrolowali dżunglę. Mieliśmy więc kilka warstw problemów. Pierwszą było samo środowisko – naprawdę trudne. To była wtórna dżungla, niesamowicie gęsta. A na to nakładała się wojna.
Partyzanci wysiedlili rdzenną ludność z dżungli, szczególnie po stronie kolumbijskiej. Nie było żadnych ścieżek ani dróg. Wszystko zarosło. Trzeba było więc przedostać się przez dżunglę, unikając partyzantów, którzy mieli na koncie sporo ofiar, w tym wielu gringos – obcokrajowców, którzy tam weszli i zostali zabici. Do tego dochodziły kartele i działania kontrpartyzanckie. Wszyscy tam byli: DEA, CIA, nawet MI6, ponieważ IRA uczyła FARC, jak produkować bomby. Wszystko było jednym wielkim chaotycznym, bezprawnym miksem. Przebicie się przez to było ogromnym wyzwaniem.

Przygotowania do przejścia przez Darién
Byłem w Medellín w Kolumbii, gdzie przez kilka miesięcy przygotowywaliśmy plan. Podzieliliśmy wszystko na etapy. Pierwszym etapem była droga. Czekaliśmy na porę suchą w dżungli. Rozmawiałem ze wszystkimi: policją, wojskiem, dziennikarzami, ludźmi, którzy tam pracowali, żeby stworzyć sobie obraz sytuacji. Plan zakładał, że mamy około 300 kilometrów drogi, ale toczyły się o nią walki. FARC zajmował wioski; wojsko je odbijało. To była właściwie linia frontu. Każdy, kto poruszał się po tej drodze, był obserwowany.
Pierwszy plan zakładał więc, że przebiorę się za bezdomnego. Przefarbowaliśmy mi włosy, zmieniliśmy kolor skóry, dostałem łachmany i brudne ubrania. Sprzęt ukryliśmy w workach, żebym nie wyglądał jak ktoś, kogo warto porwać. Było to częściowo skuteczne. Zatrzymywały mnie jednak różne paramilitarne grupy, które również walczyły z FARC, ale nie miały ze mną większego problemu. W miejscach, które kontrolowało FARC, musiałem omijać miasta przez dżunglę. Znajdowałem się wtedy w Andach, więc przechodziłem przez góry, schodziłem z nich i przechodziłem w “tryb dżungli”: zielony mundur, kamizelka taktyczna, plecak. Unikanie, wymykanie się, omijanie partyzantów, gdzie się tylko da.
Przez dżunglę i rzekę Atrato
Dotarłem do rzeki Atrato – ogromnej, szerokiej rzeki oddzielającej dżunglę od reszty Kolumbii. Przez cztery dni płynąłem z jej nurtem, udając stertę unoszących się na wodzie śmieci. Wydostałem się z rzeki i znowu byłem w dżungli. Przejście odcinka, który normalnie pokonałbym w jeden dzień drogą, zajęło mi dziesięć dni. Po prostu trzymałem kierunek wyznaczony przez kompas i przebijałem się przez środek dżungli, która prowadziła aż do gór. W końcu przekroczyłem granicę z Panamą. Tam znajdują się małe wioski zamieszkane przez rdzenną ludność Kuna. Sytuacja była więc trochę spokojniejsza. W końcu znowu trafiłem na rzeki, którymi mogłem płynąć, aż wydostałem się z tego obszaru.
Potem trafiłem do miejsca zwanego Boca de Cupe, pierwszej miejscowości zamieszkanej przez Latynosów. Tam natknąłem się na panamską policję. Doszło do dość napiętej konfrontacji, ponieważ oni również walczyli z partyzantami. Partyzanci mieszkali po panamskiej stronie granicy, żeby uciekać przed kolumbijską armią. Okradali wioski z jedzenia i innych rzeczy. Wpadłem więc na policję i spędziłem 18 dni w więzieniu. Przenosili mnie z jednego więzienia do drugiego, przesłuchiwali, sprawdzali.

Karl Bushby – 18 dni w panamskim więzieniu
Zaprzyjaźniłem się z kilkoma osobami z panamskich służb wywiadowczych, ponieważ zorientowali się, byłem żołnierzem. Na wcześniejszym etapie podróży zatrzymywałem się u kolumbijskiej armii, przebywałem z wędrownymi grupami paramilitarnymi w ich bazach radiowych. Zdobyłem od Kolumbijczyków sporo informacji, których nie powinienem był mieć. Kolumbijscy żołnierze dużo mówią – więcej niż powinni.
Moim ostatnim stanowiskiem w wojsku była praca w komórce wywiadu batalionu. Byłem więc człowiekiem od map. Siadałem z kolumbijskimi oficerami, wyciągali swoje mapy i rozmawialiśmy. Wszystkie informacje i symbole na ich mapach znałem z mojej pracy. Ale dla nich byłem po prostu takim chudym, długowłosym dzieciakiem. Prawdopodobnie nie mieli pojęcia, kim jestem.
Wiedziałem, jakiej broni i jakich radiostacji używają. Znałem nazwy ich jednostek. Wiedziałem więc, jaka to jednostka, jakie są terminy rotacji, kto ich zastąpi. Dla mnie było to po prostu interesujące.
Panamczycy nie pozwolili mi z nikim rozmawiać, dopóki nie spotka się ze mną starszy oficer wywiadu Panamy odpowiedzialny za ten region. Kiedy zorientowałem się, czego chce, powiedziałem: „Dajcie mi mapę i długopisy”. Naniosłem wszystkie informacje na mapę. Byli zachwyceni. Zaprzyjaźniłem się więc z Panamczykami. W końcu, po 18 dniach, kiedy wszystko zostało wyjaśnione, pozwolono mi kontynuować podróż. Potem minęło chyba tylko kilka tygodni, zanim dotarłem do Panama City. I w ten sposób przesmyk Darién został pokonany.
„Płakałem jak dziecko”
Darién był naprawdę „chłopięcą przygodą”. Byłem tam strasznie chory. Skończyło mi się jedzenie i musiałem przetrwać w tej dżungli. Pamiętam, jak dotarłem do punktu granicznego. Usiadłem i przez jakieś 15 minut po prostu płakałem jak dziecko. Byłem kompletnie wykończony. Złamany. Musiałem się po prostu poddać emocjom. Żaden inny etap tej podróży nie doprowadził mnie do takiego stanu, żebym siedział i szlochał jak dziecko. Darién jest absolutnie potworny. A jednocześnie to było niesamowite doświadczenie.
Dzisiaj wygląda to zupełnie inaczej. Wtedy jeden człowiek i jedna kula mogły o wszystkim zdecydować. Dwa razy ledwo uniknąłem odnalezienia przez FARC. Kilka razy znalazłem się na muszce. Ale miałem całkiem dobre rozeznanie w sytuacji. Dla byłych żołnierzy, takich jak ja i mój ojciec, to było coś, co znaliśmy — to właśnie z nim planowaliśmy i organizowaliśmy wszystko, regularnie się ze sobą konsultując. Myślę więc, że właśnie wtedy przydało się doświadczenie z wojska.










