7600 kilometrów. 19 proc. obwodu kuli ziemskiej. Równowartość 180 maratonów. 234 dni podróży, w tym 72 spędzone na terenie zamieszkiwanym przez niedźwiedzie polarne. Liczby zgrabnie ujmują techniczną stronę potężnego wyzwania, jakiemu sprostali Nicolas Roulx i Guillaume Moreau. Walkę psychiczną, jaką stoczyli w swoich głowach, i ogrom determinacji włożony w ukończenie projektu potrafią zmierzyć i zrozumieć tylko ci, którzy tego dokonali.
***
KOR Expedition to pierwsza i najdłuższa wyprawa z najbardziej wysuniętej na północ wyspy arktycznej wchodzącej w skład terytorium Kanady do południowej granicy kraju ze Stanami Zjednoczonymi. W ekspedycji wzięło udział łącznie ośmioro uczestników. Dwóch z nich, Nicolas Roulx i Guillaume Moreau, pokonało całą trasę. Załoga przemieszczała się przy pomocy środków napędzanych siłą ludzką, które podzieliły podróż na trzy etapy: narciarski, kajakowy i rowerowy.

19 marca 2021 roku trzech przyjaciół dotarło do stacji meteorologicznej Eureka w Ellesmere Island, aby stamtąd rozpocząć ośmiomiesięczną podróż przez rozległe tereny Kanady. Wyczarterowany samolot wyrzucił ich w samo serce Arktyki. Wylądowali na krze lodowej. Kolejne 1450 kilometrów skutego lodem terenu Nicolas Roulx, Guillaume Moreau i Jacob Racine przemierzali na nartach. Za sobą ciągnęli sanie ważące ponad 130 kilogramów. Przez 40 dni byli zdani tylko na zapasy, które mieli ze sobą. Pierwszy punkt zaopatrzeniowy czekał na nich dopiero 800 kilometrów dalej. To był najdłuższy odcinek pomiędzy depozytami z jedzeniem i sprzętem oraz zdecydowanie najtrudniejszy na całej trasie. W dalekiej Arktyce pokrycie najbardziej podstawowych potrzeb – odżywianie, odpoczynek i sen – stanowi ogromne wyzwanie.
Logistyka takiego przedsięwzięcia jest potężna. Przygotowania zajęły nam ponad dwa lata. – wspomina Nicolas Roulx. W tak trudnych warunkach, każda sytuacja musiała być przewidziana i bardzo dokładnie przeanalizowana. Nie było miejsca na błędy. I dotyczy to nawet najbardziej banalnych czynności. Na przykład zaplanowania, jaki sprzęt można obsłużyć w grubych rękawicach. Jak odpalić kuchenkę gazową, aby nie narazić skóry na kontakt ze skroplonym gazem, który wywoła potworne rany odmrożeniowe. Gdzie i jak rozbić namiot na lodzie. O jakie warstwy ocieplenia zadbać podczas snu. Co jeść, aby nie doprowadzić organizmu do skrajnego wyczerpania. Poruszanie się po lodzie na nartach, w temperaturze -40°C, z ogromnym bagażem na saniach, to wysiłek, który wymagał ok. 7000-8000 kalorii dziennie, aby pokryć zapotrzebowanie energetyczne organizmu. Musieliśmy dobrać posiłki zgodnie z naszymi preferencjami, a do tego jeszcze zadbać o ich właściwą kaloryczność. Jak się okazuje, to nie zawsze idzie w parze – śmieje się Nicolas. Często wiązało się to z piciem oleju kanadyjskiego prosto z butelki. Wbrew pozorom niewiele przyjemniejsze było pałaszowanie kilku litrów lodów dziennie. Nie mieliśmy innego wyjścia. Przygotowanie to podstawa. Niewielki błąd w tak skrajnym środowisku oznaczałby koniec wyprawy i poważne szkody na zdrowiu.

Do pokonania lodowe grzbiety, walka z odmrożeniami i wszechobecną wilgocią, która nie pozwalała się zagrzać. To tylko czubek, nomen omen, góry lodowej. Podróżnicy przez 72 dni poruszali się po terenie zamieszkanym przez niedźwiedzie polarne.
– Te sprytne i bardzo inteligentne zwierzęta rzadko atakują od razu. Potrafią dniami i nocami śledzić swoją ofiarę, zanim wybiorą dogodny moment na ucztę. Poruszają się w taki sposób, że człowiek nawet nie wie, że podąża za nim drapieżnik. Nie widzimy ich, ale one nas obserwują i czują. Dlatego tak ważny jest moment spotkania i konfrontacja – tłumaczy Nicolas. Podstawą sukcesu jest wystraszenie zwierzęcia. Przekonanie go, że jesteśmy groźniejsi od niego. Jakkolwiek absurdalnie to brzmi. Jest na to kilka sposobów. Można to zrobić na przykład za pomocą dźwięków i rac, które nie zrobią im krzywdy. Z takimi narzędziami należy odważnie ruszyć w stronę niedźwiedzia, licząc na to, że taktyka zadziała. Jeżeli nie uda nam się wystraszyć drapieżnika, a on rozpozna w nas potencjalną przekąskę, już po nas.

Przez znaczną część podróży Guillem, Nicolas i Jacob poruszali się po terytorium, do którego ratunek nie dociera. Przemierzając Arktykę musieli liczyć się z tym, że w razie wypadku są skazani wyłącznie na siebie. Zwykłe złamanie nogi na morzu dryfujących lodów mogło kosztować życie.
Stacja Eureka, z której wyruszyli członkowie AKOR Expedition, znajduje się jedyne 1300 km od mitycznego geograficznego bieguna północnego, co w rzeczywistości odpowiada odległości około 1600 kilometrów od koła podbiegunowego. To teren nieprzyjazny dla człowieka, a jednak niezupełnie dziewiczy. Od tysięcy lat jest zamieszkiwany przez Inuitów – grupę rdzennych ludów regionów arktycznych i subarktycznych. Już pierwszego dnia Jacob, Guillem i Nicolas wkroczyli na obszar Inuit Nunangat. To ogromne terytorium (ponad 3 miliony km2), na które składają się cztery mniejsze obszary: Inuvialuit (graniczący z Morzem Beauforta i regionem Jukon), Nunavut (sąsiadujący z Terytoriami Północno-Zachodnimi Kanady), Nunavik (w północnej części prowincji Quebec) oraz Nunatsiavut (przynależący do Nowej Fundlandii i Labradoru). Nazwa Nunangat pochodzi z języka inuktitut, którym posługuje się rdzenna ludność. Podkreśla integralną naturę lądów, wód i lądolodów składających się na całą krainę. Została wprowadzona w miejsce pierwotnej nazwy Nunaat, uwzględniającej jedynie tereny lądowe. Na pierwszy rzut oka rozróżnienie wydaje się nieistotne, jednak z perspektywy kultury lokalnej ma ogromne znaczenie.

Inuici są bardzo mocno związani ze wszystkimi elementami tworzącymi ich świat. To cała kosmologia komponentów ożywionych i nieożywionych. Zgodnie z ich filozofią każdy element ma duszę. Bez względu na to, czy z biologicznego punktu widzenia uznawany jest za organizm żywy czy nie. Podróżując przez ich terytorium chcieliśmy zachować należny ich ziemi i kulturze szacunek.
Nunavut, kraina geograficzna, w której rozpoczęła się trasa AKOR Expedition, w języku inuktitut oznacza dosłownie “nasz kraj”. Przez rdzenną ludność ziemie, które zamieszkują, traktowane są z niebywałą troską. Inuici za nadrzędną wartość uznają egzystencję w pełnej harmonii z naturą. Oznacza to nie tylko zminimalizowanie negatywnego wpływu na środowisko naturalne, ale również okazywanie wdzięczności wobec elementów krajobrazu, które umożliwiają im egzystencję. Przykładem jest oddawanie naturze odrobiny tego, co konsumujemy. Spożywając posiłek, zdobyty w terenie czy przygotowany w osadzie, należy kilka okruchów upuścić na ziemię. Pijąc kawę, paru kroplom pozwolić upaść poza filiżankę. Po zdobyciu drewna na opał składa się podziękowania matce naturze za to, że obdarowała nas swoimi dobrami. Gdy człowiek dysponuje czymś, czym może podzielić się z przyrodą (na przykład posiłkiem), odwdzięcza się jej w taki sam sposób.

– To piękne zwyczaje, które należy szanować i praktykować podczas pobuty na terytorium Inuitów. Północ to coś więcej niż enigmatyczna, surowa kraina. To kultura, która jest niesamowicie żywa. Angażując się w jej życie (a tak rozumiem podróż przez arktyczne krainy) należy zaakceptować, że ziemie po których stąpamy, to drogocenny skarb dla ich mieszkańców, a każdy element krajobrazu ma specjalne znaczenie dla ich funkcjonowania. Myśląc o Inuitach, myślimy także o ich ziemiach. Mówiąc o ziemiach Inuit Nunangat, mówimy o Inuitach. Te dwie kwestie zwyczaje, które należy szanować i praktykować podczas pobytu na terytorium są nierozłączne. To niesie za sobą pewne konsekwencje w narracji i sposobie opowiadania o arktycznej Północy – zaznacza Nicolas.
Z psychologicznego punktu widzenia język, za pomocą którego opisujemy świat, bezpośrednio wpływa na rzeczywistość, jaką kreujemy. Sposób postrzegania natury rzeczy w dużej mierze zależy od określeń i etykiet, jakie im nadajemy. Opowiadając o doświadczeniach z dalekiej Północy narrator powinien zachować dużą ostrożność wobec języka, jakim się posługuje. Nicolas podkreśla, że to wynika z szacunku, jaki należy się rdzennym mieszkańcom Arktyki.

– Media zwykle opisują Inuit Nunangat na swój kolonialny sposób. Zauważam tendencję do folkloryzowania rdzennej ludności z tych terenów. Uproszczony przekaz medialny oraz powierzchowna edukacja na temat Północy sprawiają, że tworzymy sobie mocno zafałszowany obraz kultury Inuitów. Podróżując do Arktyki wyobrażamy sobie siebie w roli odkrywców, eksploratorów odległych, dzikich i niecywilizowanych terenów. Tak jak w czasach kolonizacji. Tymczasem na tych terenach od setek lat mieszkają ludzie i sprawnie funkcjonują. Nie łudźmy się, że znajdziemy tam nieodkryte ziemie, nienazwane jeziora, czy niezdobyte góry. Podróżując na daleką Północ jedyne, co możemy eksplorować, to granice własnych możliwości. I należy to robić w harmonii ze środowiskiem, zgodnie ze sposobem życia Inuitów, z poszanowaniem ich kultury, praw i obyczajów. To kwestia szacunku do człowieka. Dlatego tak dużą uwagę zwracamy na sposób, w jaki opowiadamy o naszych podróżach.
Przemierzając Wyspę Ellesmere, następnie Wyspę Devon i Kornwalię, trzyosobowa ekipa po 40 dniach dotarła do społeczności Eskimosów w Resolute Bay (Qausuittuq). Tam uzupełnili zapasy żywności oraz zatrzymali się, by wyleczyć rany i odmrożenia. Dwa tygodnie później ruszyli przez pustynię polarną, gdzie nawigować się mogli jedynie używając kompasu. Widoczność była bardzo ograniczona ze względu na olśniewającą jasność. Brak zmierzchu oraz wszędobylski lód, od którego odbijały się promienie słoneczne, znacznie utrudniały orientację. 24 dni wędrówki przez Wyspy Somerset, Wyspę Księcia Walii i Półwysep Boothia zakończyły się w drugim punkcie zaopatrzeniowym – Gjoa Haven (Uqsuqtuuq). Tam, zgodnie z planem, drużynę opuścił Jacob. W jego miejsce dołączyli Étienne Desbois i Philippe Voghel-Robert. Czteroosobowa sekcja kajakarska ruszyła w trwający dziewięć dni marsz po lodzie zamarzniętego Oceanu Arktycznego. Dopiero na rozległym jeziorze Franklin rozpoczął się drugi etap podróży.

Zespół w dwóch duetach pokonał rzeki Back, Meadowbank i Thelon aż do osady Baker Lake (Qamani’tuaq). “Pokonał” to trafne określenie, bowiem większość kursu biegła pod prąd, co stanowiło ogromne wyzwanie fizyczne. W Baker Lake załoga przegrupowała się po raz drugi. Phillippe zastąpiła przyjaciółka Guillema – Catherine Chagnon. W damsko-męskim składzie wioślarze pokonali odcinek liczący 1400 km. Ten etap okazał się dużo trudniejszy, niż przewidywali. Silne wiatry i ataki zwierząt uniemożliwiały postępy. W efekcie trasa zajęła im dwa tygodnie dłużej, niż planowali.
– Dzień, w którym podczas spokojnego spływu ruszyły na nas piżmowoły arktyczne, wciąż wspominam z bijącym sercem. Poza kontaktem z niedźwiedziami polarnymi to był jeden z najbardziej przerażających momentów całej podróży – wspomina Nicolas. Często jesteśmy pytani, po co w ogóle wystawiamy się na takie zagrożenia. Nie mam na to jednoznacznej odpowiedzi. Widocznie w naszej naturze leży studiowanie map, planowanie wypraw w miejsca nieuczęszczane, niebezpieczne. Żyje w nas pierwiastek, który domaga się obcowania z potęgą natury. Do pewnego stopnia w szalony, a jednocześnie w tak intymny sposób.

Odcinek kajakarski mierzył 2000 kilometrów i zajął drużynie łącznie 90 dni. W Saskatchewan rozpoczął się ostatni, rowerowy, etap AKOR Expedition. Do załogi dołączyły jeszcze dwie kobiety: Isabella Donati-Simmons i Béatrice Lafrenière. Przez pierwsze 600 kilometrów rowerzyści poruszali się po drogach gruntowych i szutrowych, co wystawiało sprzęt na dużą próbę. Przemierzali rozległe tereny największego biomu w Kanadzie – iglaste lasy borealne.
Ostatni etap ekspedycji przebiegał przez prowincję Manitoba i Ontario. Na tej szerokości geograficznej podróżnicy mogli wreszcie dać się ponieść równym, asfaltowym drogom, wijącym się pomiędzy większymi ośrodkami miejskimi.

Od rozpoczęcia wyprawy krajobraz zmienił się diametralnie. Niezmierzone przestrzenie Wysokiej Arktyki i sporadyczne inuickie osady ustąpiły miejsca kilkutysięcznym miasteczkom i terenom eksploatowanym przez człowieka. Ostatnie 2400 km ekipa rowerowa pokonała w 3 tygodnie.
8 dnia listopada 2021 roku AKOR Expedition w składzie: Nicolas Roulx, Guillaume Moreau, Étienne Desbois, Catherine Chagnon, Isabella Donati-Simmons i Béatrice Lafrenière dotarli do najbardziej wysuniętego na południe punktu Kanady w Narodowym Parku Point-Pelee w południowym Ontario. Ten moment oficjalnie zakończył najdłuższe przejście Kanady w osi północ-południe dokonane przez człowieka przy pomocy własnych sił.
Podróż to nie tylko przygoda, wyzwanie, bicie rekordów i przekraczanie własnych granic. To wchodzenie głębiej w świat natury, w kulturę innych grup społecznych. To także nauka i budowanie świadomości prywatnej i kolektywnej. Podróż to zdecydowanie więcej niż suma wszystkich jej etapów.
***
Materiał ukazał się pierwotnie w 17. numerze Outdoor Magazynu (wiosna 2022).












