Wiosną 2025 roku wędrowałem samotnie przez pustkowia Boliwii. Trwało to dziesięć dni. Ciągnąłem za sobą specjalnie skonstruowany przeze mnie wózek terenowy, na którym dźwigałem zapasy wody i żywności. Zacząłem przy Lagunie Quara, głęboko na płaskowyżu Altiplano, a skończyłem na środku salaru, to jest solniska Uyuni, w jego oślepiającej bieli.
*

Już wtedy, skazany na wielką samotność, mając za towarzyszy jedynie płochliwe wikunie w oddali, zastanawiałem się, co w mojej pamięci ocali czas z tak szalonej dawki obrazów, barw, które tam, na planecie Altiplano, układają się na sobie kolejnymi tłustymi, ale czystymi jak łza warstwami bieli, fioletu i błękitu. Już wtedy czułem, że niewiele, bo pamięć, wbrew wszelkim pozorom i sztuczkom, nie znosi chronologii. Jest z natury wybiórcza – i przez to twórcza. To fascynuje. Przywodzi na myśl grę, loterię czasu i przestrzeni, na którą nie mamy wpływu – co umysł raczy ocalić? Bo na pewno nie to, co byśmy sobie życzyli. Wydarzenia, w szczególności tego typu, nabierają przez to głębi, drążonej przez stały upływ chwil.

Trafiłem jedynkę. Wytypowałem wtedy trafnie tylko jeden moment, który osiądzie na dnie głowy. Kierowca, Valerio z Uyuni, żegna mnie na płaskowyżu i odjeżdża swoją wielką terenówką. Pogoda jest fatalna. Zaczyna sypać śniegiem i wiać. Pierwsze kilometry, na wysokości blisko pięciu tysięcy metrów, z takim ładunkiem idzie się ciężko, a wilgoć sprawia, że piasek pod stopami jest ciężki i spowalnia. Zasłona mgły chroni jednak zmysły przed otchłanią, jaka się wokół mnie roztacza, pulchnie w formy wulkanów. Chcę dojść do kolejnej laguny i przetrwać pierwszą noc, oswoić nowe reguły. Z pamięci wyłania się tamten poranek: stalowe chmury, namiot i wysokogórskie murawy sprószone śniegiem. Laguną stąpa różowy flaming. Świeży śnieg na wulkanach przypomina lekki lukier. I tylko tego flaminga słychać. Gdy kroczy po stwardniałej powierzchni laguny, dźwięk wydaje się tak doniosły, jakby ktoś podkręcił gałką głośnika. Jestem na Altiplano, blisko równika, a widzę Alaskę, daleką północ.
Już po powrocie opowiadałem o tym wybitnemu, nagradzanemu wspinaczowi. Technicznie rzecz biorąc, takie przedsięwzięcie to dla niego bułka z masłem. Zaskoczył mnie swoim wyznaniem i uczciwością. Powiedział: nie dałbym rady. Dlaczego? – dopytywałem zdziwiony. Nie wytrzymałbym psychicznie samotności w takiej pustce – odparł. Z podobnymi zdaniami spotkałem się już wcześniej. Odwykliśmy od pustyni i ascezy. Tymczasem przez większość dziejów ludzkości wędrówka przez pustkowia była jeśli nie codziennością, to normą. Od wsi do wsi, od schronu do schronu, od drzewa do drzewa. Od laguny do laguny, w których odbija się rój lodowatych gwiazd, a przestrzeń multiplikuje się, rozciąga do tego stopnia, że umysł nie jest w stanie udźwignąć jej i docenić, i po prostu kładzie się znużony spać.

Przez to do tego typu wydarzenia nie pasuje pożądana forma podsumowania, relacji, raportu, które przeczą jego istocie. Czas jest fizycznie związany z przestrzenią. Na pustyni czuć to najlepiej. Przestrzeń nie ma tu wyraźnego limitu, rozmywa się w solnym mirażu i myśl nie sięga daleko. W południe jest beznadziejnie. Chowasz się w skrawku cienia, gotujesz makaron i nie chce ci się ruszyć. To jest mój czas – nigdzie to zdanie nie wybrzmiewa tak dosłownie. Ten nadrealizm nie pozwala też natychmiast uznać wewnętrznie tego miejsca. Jest zbyt czyste. Do granic nasycone nieznanymi barwami. Zbyt abstrakcyjne. Zbyt idealne, bo z subtelną dawką dysproporcji, co cechuje wielkie dzieła. Nie ma mowy o kontemplacji, jaką sobie wyobrażamy. Cywilizacja uczyniła z niej karykaturę. Postawiła znak równości między nią, a wygodą. Tymczasem na pustyni, w samotności i znoju, skupiasz sie na najbliższym ruchu. Odarty z refleksji stajesz sie materialną częścią otoczenia. To właśnie budzi prawdziwą z nią solidarność. Nie tą, która przypisuje rzeczom ludzkie projekcje; znacznie prostszą i pierwotną. To przykucie do nieobeszłej ziemi i teraźniejszości nie pozwoliło mi przewidzieć, że sceny, które wyryją się w mojej pamięci najsilniej, będą związane nie z naturą, a z ludźmi, którzy na rozległym tle odzyskują wyrazistość.
Otóż po długiej wędrówce z Altiplano, które nie chciało mnie wypuścić, stawiając przed oczami grząskie, suche zbocza, zacząłem w końcu zniżać się zboczami wulkanu w kierunku Salaru Chiguana, mniejszego niż Uyuni, ale na uboczu. Pragnąłem tego, zmarznięty i strzaskany wiatrami. Po pokonaniu kilku rozpadlisk, przez które przenosiłem wózek, po bardzo trudnym dniu, podczas którego pokonałem ponad trzydzieści kilometrów, rozbiłem w silnym wietrze ostatni biwak na skraju Altiplano. Widziałem jak toną w salarze ostatnie promienie słońca, i nim wsiąkną, tworzą kałuże nasyconego minerałem światła. Doznałem wtedy czegoś, co przychodzi po wielu dniach przebywania w głuszy – poczucia całkowitego wyobcowania z kontekstów, które narzucają ludzie i historia. Mówiąc prościej, zapomniałem, że jestem w Boliwii. Ta myśl wydała mi się pozbawiona sensu. Byłem wśród brązowych kamieni.

O świcie ruszyłem w dół. Na salarze rozwrzeszczałem się z radości. Poczułem, że jestem w domu. Wiedziałem, że po drugiej stronie znajduje się stare pustynne pueblo Chiguana, prawdopodobnie opuszczone, ale spodziewałem się tam jednej, dwóch rodzin i żołnierzy zgrupowanych w jednostce wojskowej. Tam miałem uzupełnić wodę.
Po południu, ciągnąc ostatnie kilometry w narastającym skwarze, poczułem wdzięczność, że to miejsce jest niedaleko. Nagle odezwało się kłucie w Achillesie, czego nie brałem pod uwagę. Uchroniłem się w życiu przed kontuzjami. Te partie ciała nigdy nie zawodziły, więc zrozumiałem, że obciążenie w poprzednich dniach było naprawdę duże. Na horyzoncie rysowały się kopuły budynków, posadzonych przy starej linii kolejowej, którą do dziś przewozi się sól. To było jak scena, którą kojarzymy z niejednego filmu: obcy, intruz wyłania się z nicości i wkracza do ruiny. Domy, które kiedyś były zamieszkane, wypełniał gruz. Znikąd nie dobiegał głos. Były jednak ślady życia – boisko, pusta butelka, szmata. Pojąłem, że przypominające albańskie bunkry kopuły to niewielka jednostka wojskowa, o której mi mówiono. Mur wokół niej pokrywały złowieszcze graffiti, pełne gróźb i przemocy. Na wietrze kołysał się worek bokserski. Wszedłem ostrożnie przez uchylone wrota. Wartownia stała pusta. W środku jednego z okrągłych betonowych budynków usłyszałem ludzkie głosy. Zacząłem wołać, ale bez skutku. W końcu, po długiej chwili, dialog ucichł, więc musieli mnie usłyszeć. Wyszli na zewnątrz w plastikowych klapkach, niespecjalnie zdziwieni. Mój widok budził sensację wśród turystów, których kilka razy spotkałem, przemierzających te pustkowia z napędem 4×4, ale nie wśród miejscowych, jakby przyzwyczajonych do surrealizmu tej krainy – nie bez powodu jedną z pustyń nazwano tu Salvadore Dali. W mirażu zestaw wulkanów drży jak garnki na ruszcie. Auto w oddali jedzie metr nad ziemią. Z roztworu soli, siarki, wody i światła może w końcu wyłonić się każda forma życia, więc czym jest Polak z trzydziestoma litrami wody na aluminiowym wózku? Poza tym mają tu ważniejsze problemy. W całym kraju brakuje benzyny.
Z początku odmówili mi gościny. To przecież wojsko, które ma chronić kraj przed szpiegami. Nalegałem, ale nienachalnie. Domyśliłem się, że jeden z nich to dowódca. Nie wyglądał na więcej niż trzydzieści lat. Szeregowych nie było. Kazali mi usiąść na kamieniu w oddali. Widziałem stamtąd, jak z rękami w kieszeniach dyskutują. Obiecałem im, że dobrze zapłacę. Szeptali, ale w tym miejscu nic nie chroni sekretów. „¿Que hacemos?” (co robimy?) – padło po raz ostatni z ust dowódcy, jakby usprawiedliwiał sam siebie, bo chwilę potem zaprosili mnie do środka. Dali mi pokój z półkolistymi skosami sufitu. Wszystko, co widziałem w środku, przypominało kadry z jeszcze innych filmów, tych o wojsku, z czasów biedy i transformacji. Druty, beton, pajęczyny. Żółta wanna. Rozbebeszone gniazdka w ścianie. Grzyb. W środku pomieszczenia było też biurko. Dowódca odruchowo przesunął przywarte do niego krzesło i postawił je na środku, jakby na przesłuchanie.

Przez pół doby uczestniczyłem w życiu tak obcych mi ludzi. Ich gestom i słowom, które pozwoliły oswoić rzeczywistość, o wiele bardziej ponurą i trudną niż moja, choć to oni mieli stały dach nad głową. Wieczorem zapukali do drzwi i zaprosili mnie na kolację. Wtedy zobaczyłem po raz pierwszy szeregowych. Mieli mniej więcej po osiemnaście lat. Śniadzi i pryszczaci, z Amazonii, wywleczeni przez los na rewers własnego życia, skrajne przeciwieństwo tego, do czego przywykli. Zdążono im już wpoić, by nie patrzeć w twarz. Sięgać wzrokiem najdalej ramion, przynajmniej przy posiłku, ze wzrokiem wbitym posłusznie w talerz. Wypiekane przez siebie marne pieczywo kładli na wysłużonym drewnianym blacie i odrywali z niego kęsy. Spędzają tu dwa miesiące, po czym wracają do macierzystej jednostki w Potosi.

Przez pół doby, na środku pustyni pokrytej solą, przypatrywałem się ich zamkniętym na emocje twarzom. Ich dziecięcym kształtom. Ich otępiałym oczom. Horrorowi tresury. Jak słowo, komenda chroni ich od szaleństwa w otoczeniu, w którym można tylko zwariować. Jak ruch brody dowódcy unosi z ław całą grupę i kieruje do prania drelichu w odcieniu selwy. Jak gest, niczym zaklęcie, gromadzi ich na boisku piłkarskim z krzywymi bramkami, z którego do nocy pod okno będzie się nieść tuman kurzu i latynoskie przekleństwa. Jak o świcie, w tych samych pozycjach, znów zasiądą do śniadania, by spożyć je w bezwzględnej ciszy. Rozmawiali tylko dowódca, jego przyboczny i ja. W przypływie szczerości zapytałem, jak sobie tu radzą przez tak długi czas, gdy najbliższa osada znajduje się dziesiątki, jeśli nie setki kilometrów stąd. Jest co robić – odparł szef – każdego dnia. Ale tak naprawdę, to po co tu jesteście? – drążyłem pół żartem. Chronimy granicę z Chile – wyjaśnił. A za oknem już wstawał kolejny dzień, taki sam jak wczoraj, tak samo przepełniony blaskiem, od którego można oślepnąć. To pamiętam najbardziej. Nie przypuszczałem, że tak będzie, gdy po raz ostatni spoglądałem z daleka na zarys pueblo Chiguana.
*











