Są różne kamienie: szlachetne jak diament, pospolite jak piasek i wielkie jak góry. Na Półwyspie Arabskim chyba najrzadziej występują te ostatnie. Uginając się pod ciężarem plecaka, w umiarkowanym upale podzwrotnikowej zimy, ruszam, by odkryć ich tajemnicę. Oto notatki z podróży do emiratu Ras al-Chajma i wędrówki po górach Al-Hadżar.
***
Przed chwilą przyjechałem z Dubaju. Siedzę na plaży i patrzę w kierunku cieśniny Ormuz, która oddziela Zatokę Perską od Morza Arabskiego. W najwęższym miejscu ma 54 km. W arabskich ciemnościach widzę tylko pojedyncze światła tankowców. Codziennie przepływa tędy kilkanaście, przewożąc łącznie 17 milionów baryłek ropy. W skali roku to 40 procent światowego transportu. Pod dnem zatoki oraz w rejonach nadbrzeżnych znajdują się największe na świecie złoża ropy naftowej. Źródło bogactwa, a zarazem nieprawdopodobnych kontrastów.

Wiele osób przyjeżdża do Emiratów, by podziwiać widok ze szklanego tarasu na 52. piętrze hotelu Address, rozpieszczać kubki smakowe w restauracji Trésind Studio i robić zakupy w Dubai Mall – centrum handlowym o powierzchni 160 boisk piłkarskich, w którym znajduje się 1200 sklepów, 120 lokali gastronomicznych, 22 sale kinowe i ponad 200 jubilerów, a także największa na świecie szklana tafla, która waży ćwierć tony – część akwarium o pojemności 10 mln litrów wody, w którym pływa ponad 33 tysiące okazów zwierząt morskich, w tym 400 rekinów. Akurat to ostatnie chciałbym zobaczyć, podobno jest to rzecz niewiarygodna. Jednak przyjechałem tu po coś innego.
Ostentacyjne dowody bogactwa, które migały za szybą taksówki, gdy opuszczałem stolicę Zjednoczonych Emiratów, zostały w tyle. Jestem w Ras al-Chajmie, gdzie nadal część dróg jest piaszczysta, a na obrzeżach miasta pasą się kozy. Trudno uwierzyć, że te dwa miejsca dzieli zaledwie 150 kilometrów. Zjednoczone Emiraty Arabskie są jedynym skutkiem idei panarabizmu, który przetrwał próbę czasu. Władze, a więc prezydent szejk, premier szejk i siedmiu emirów (władza jest dziedziczona z ojca na syna), mają świadomość, że ropa kiedyś się skończy. Aktualnie w siłę rośnie sektor finansowy oraz turystyczny – powód, dla którego tu jestem.

Świta. Pierwsi turyści wyruszają na szlak, który początkowo wiedzie dnem wadi Arus, suchym wąwozem rzeki okresowej – innych tu nie ma. Al-Hadżar to najwyższe pasmo górskie na Półwyspie Arabskim, które ciągnie się przez około 700 km, równolegle do północnych wybrzeży Omanu. Fragment, który eksploruję, znajduje się w jego północno-zachodniej części.

Nadal można tu spotkać pasterzy szukających zgubionej kozy lub dzikiego ula. Wydawać by się mogło, że nic tu nie kwitnie, jednak to nieprawda. Dzikie pszczoły zbierają pyłek z kwiatów wiecznie zielonych drzew acacia tortilis oraz sidr („cierń Chrystusa”). Miód z tych drugich to szczególny cymes, może kosztować nawet 200 dolarów za kilogram. Wypatruję dziur w skale oznaczonych paskiem materiału. Dawniej pasterze oznajmiali w ten sposób innym, że znaleźli ul, lecz czekają jeszcze na odpowiedni moment do zbioru. Pasek materiału wydzierali z tradycyjnej przepaski, pełniącej funkcję bielizny noszonej pod kandorą.

Do niedawna poza pasterzami nikt tu nie zaglądał. Dopiero w 2018 roku, gdy zbudowano wielką (jak to w Emiratach) atrakcję turystyczną – najdłuższą tyrolkę na świecie, a wraz z nią drogę asfaltową, sięgającą niemal najwyższych szczytów, pojawiły się pierwsze szlaki. Poznałem ich budowniczego. Fadi promuje wędrówki górskie i od kilku lat organizuje arabską edycję Highlandera. Trekking nigdy nie był tu popularny, głównie ze względu na klimat i brak źródeł wody. Jednak nowe szlaki, choć nadal słabo oznakowane i niewrysowane na większości map, mają interesujący przebieg i są szokująco wygodne (miejscami do wzmocnienia schodów użyto betonu).

Wędruję coraz wyżej. Mamy luty, ale robi się ciut za gorąco. Trzeba to przyjąć z pokorą, na modłę Arabów, którzy siedząc całymi dniami w cieniu zadaszonych uliczek, kramów i barów, pogodzeni z wolą Allaha, witają przybyszów przenikliwym spojrzeniem i z obojętnością żegnają nieznacznym skinieniem ręki. Wszystko odbywa się w ciszy i półmroku, w którym problemy tego świata zdają się schodzić na dalszy plan. Podobnie w górach, choć tu o półmroku można tylko pomarzyć.

Zima to jedyna rozsądna pora dla górskich eskapad. Co prawda w Ras al-Chajmie średnia temperatura roczna jest o 10 stopni niższa niż w innych emiratach, ale lato i tak nie pozwala żyć normalnie. Podobno irytację widać szczególnie na drogach. W porównaniu z latem, teraz synowie i córki Mahometa są wyjątkowo spokojni. W lutym temperatury nie przekraczają 30 stopni.


Burdż Chalifa – najwyższy budynek świata ma 828 metrów. Na jego szczycie jest o sześć stopni zimniej niż na parterze. W górach różnice są jeszcze większe. Podczas gdy w wąwozach było upalnie, na wierzchołkach i graniach powyżej 1600 m nawet w słońcu upał nie doskwierał. Powiew niósł chłód, a wieczorem, w nocy i rano było wręcz zimno. Wiał silny wiatr, który sprawiał, że temperatura odczuwalna spadała w okolice pięciu stopni.
ZEA to jeden z dziesięciu najsuchszych krajów świata, jednak zimą i wiosną zdarzają się tu gwałtowne ulewy. Warto kontrolować prognozy, bo skaliste kaniony potrafią zmienić się wtedy w niebezpieczne pułapki.

Jakieś 1000 metrów nad poziomem morza, które jeszcze niedawno miałem tuż pod stopami. Wyszedłem z wąwozu, zbliżam się do przełęczy pod Jabal Musaibat. Szlak pnie się zygzakiem przez różnokolorowe warstwy skały. Wielkie zbocza opadają kaskadami kamieni. Po raz pierwszy otwiera się widok. Chyba nigdy nie widziałem tyle gruzu naraz. Niemal zero zieleni. Niczym lądowanie na Marsie. Miałem nadzieję zobaczyć morze i pustynię na południu, w końcu to niedaleko, jednak nic z tego. Dalekie widoki spowija specyficzna dla klimatu zwrotnikowego pustynna mgiełka. Z tego miejsca wydawać by się mogło, że to górzysty kraj, jednak tak naprawdę 97 proc. powierzchni ZEA zajmują niziny i pustynie. Więcej tu solnisk niż gór.

Po stromym podejściu, które z każdym metrem zdawało się stawać dęba, docieram do pierwszego obozowiska. Rozstawiam namiot, twarda ziemia odmawia przyjęcia szpilek. Chcę mieć to szybko z głowy, bo za chwilę idziemy dalej. Tym razem na lekko i w zabawnym składzie: Niemiec – światowej klasy mistrz ultramaratonów, Rumun – utytułowany kolarz szosowy, i ja. Przekraczamy granicę Omanu i zdobywamy najwyższy szczyt pasma – Dżabal al-Dżajs.

Źródła nie są zgodne co do wysokości Dżabal al-Dżajs. Niektóre podają 1925 m, inne 1911 lub 1935. Wysokość najwyższego punktu ZEA, który znajduje się nieco wcześniej na linii granicznej, to około 1910 m. Nasz odczyt z zegarka sportowego z GPSem i barometrem wskazał na szczycie 1890 m. Dziwne, ale jakoś nie zaskakuje – myślę z rozbawieniem. Od pewnego czasu mam przeczucie, że niektóre informacje bywają tu naciągane, chyba stoi za tym lokalny patriotyzm. Ale oczywiście może być to równie dobrze błąd urządzenia. Dodatkowe dziesięć kilometrów i jakieś trzy godziny akcji dla naszego małego zespołu były tego warte. Widoki na stronę omańską – ogromne bruzdy w surowym krajobrazie, niczym zmarszczki na bardzo starej twarzy – nie z tej ziemi.

Biwak na grani Dżabal al-Dżajs, na szutrowymi parkingu na końcu drogi, jest mało przyjemny i trudny. Wiatr targa nie najlepiej rozstawionym namiotem, najpier jest w za zimno, potem za ciepło, za głośno, za późno, za wcześnie, pora wstawać.

Drugi dzień to najdłuższy etap, ale już nie tak stromy. W świetlistej poświacie niskich i delikatnych chmur wędrujemy wielką granią. W końcu po prawej widać morze, ledwo co, bo po kilkuset metrach zlewa się z mglistym niebem. Po drodze tylko jedna przerwa na kawę i toaletę – w punkcie widokowym dostępnym dla zmotoryzowanych. To niezbyt dziki fragment wędrówki, ale po chwili zostawiamy dolinę z drogą za plecami.

Idziemy dalej, zdającymi się ciągnąć w nieskończoność olbrzymimi ramionami gór Al-Hadżar. Po około 20 km schodzimy na dno wielkiej i pięknej wadi, gdzie po raz drugi rozstawiamy namioty.

Tak właśnie sobie to wyobrażałem. Druga noc jest spełnieniem fantazji o baśniowej włóczędze pod zwrotnikowym niebem, na którym księżyc leży na plecach, niczym ćwiartka cytryny na stole. Wokół płoną ogniska, arabskie szepty odpływają w mrok. Dobranoc.

Ostatni etap jest najkrótszy i najprostszy. To osiem kilometrów, przeważnie w dół. Jednak zmęczenie narasta, stopy bolą, a na dodatek robi się konkretnie gorąco – w zasadzie dopiero teraz, na koniec, gdy schodzimy z powrotem w pobliże poziomu morza.

Na mecie kładziemy się w cieniu szerokiego namiotu, patrzymy w górę, na grań i dalej, na szczyty niknące w chmurach. Radość, niedowierzanie, że jeszcze niedawno tam byliśmy. I uf, że już nigdzie nie trzeba iść.

*
Na koniec siadam w kamiennej (hadżar) kołysce wadi. Tym razem jestem sam, nie licząc węża, który przed chwilą zmącił mój spokój. Podobno większość jest jadowita. Niewielka różnica, mój strach jest przede wszystkim nieracjonalny. Ale dobrze, że się zjawił. Przypomniał mi, że to nie tylko kraina baśni, w której pośród kamiennego (hadżar) pustkowia ni stąd, ni zowąd kwiatem obsypuje się sidr. To góry surowe i szorstkie. Szczerzące kły i skłonne ukąsić. Dla mieszkańca zielonego świata może zbyt skromne, zbyt obce, a jednak… czy przez to nie bardziej pociągające? Sam nie potrafię jeszcze odpowiedzieć na to pytanie, chowam do kieszeni kamień (hadżar) i obiecuję sobie, że wrócę.

***
Highlander
W lutym tego roku wziąłem udział w międzynarodowym marszu górskim Highlander, dzięki czemu miałem okazję poznać góry Al-Hadżar i główne atrakcje emiratu Ras al-Chaima. Wybrałem najdłuższą trzydniową trasę, która liczyła około 40 km. Dodatkowo wszedłem na najwyższy szczyt Półwyspu Arabskiego – Dżabal al-Dżajs.
Highlander to seria imprez organizowanych w kilkunastu pasmach górskich świata, mających na celu promocję trekkingu, jako zdrowej formy aktywnego wypoczynku, oraz idei Leave No Trace. To również fajna okazja, by poznać pasjonatów z różnych stron świata. Wędrówka odbywa się bez przewodnika, z kompletnym ekwipunkiem na plecach, jednak organizator ułatwia nam życie, zapewniając wodę i jedzenie na szlaku.
Edycja w Zjednoczonych Emiratach Arabskich jest podobno najbardziej wymagająca ze względu na różnice temperatur i surowość gór Al-Hadżar.

O wadach i zaletach takich zorganizowanych wędrówek napisałem przy tej okazji również felieton:
Nietypowe zakwaterowanie
Przed wędrówką spałem w Longbeach Campground, ekskluzywnym polu glampingowym położonym przy samej plaży nad Zatoką Perską i sześć kilometrów od centrum Ras al-Chajmy. Namiot w kształcie kopuły, z własną łazienką i widokiem na morze.
Zupełnie innych wrażeń, choć też niestandardowych, dostarcza The Bear Grylls Explorers Camp. To obozowisko zbudowane z kontenerów, położone u wejścia do wąwozu, którym wiedzie jeden ze szlaków w góry. Atmosfera jest pustynna i surwiwalowa, ale pokoje zaaranżowane w kontenerach to już pełen luksus. Po trzech dniach w piasku i pyle całkiem miła odmiana.
Jais Flight, najdłuższa tyrolka świata
W Emiratach wszystko jest naj. Słyszałem, że w jednym z muzeów znajduje się model silnika Ferrari, powiększony do takiej skali, że zwiedzający jeżdżą po jego wnętrzu kolejką. Nic więc dziwnego, że najwyższy punkt kraju wykorzystano, by zbudować najdłuższą tyrolkę świata. Jais Flight liczy 2830 metrów, a maksymalna prędkość zjazdu sięga 170 km/h. Nie jestem fanem gotowych atrakcji, które mają za zadanie w szybki i bezwysiłkowy sposób dostarczyć niczego nieświadomemu pacjentowi zastrzyku adrenaliny. Niemniej zjechałem i było to przyjemne. Dla osób nieobytych z ekspozycją, prędkością i „lataniem” będzie to doświadczenie z tych raczej ekstremalnych. Ciekawą atrakcją jest też seria sześciu tyrolek, z pomocą których „wędruje się” w dół zboczy masywu przez około półtorej godziny.


















