Do wypadku doszło zeszłej zimy. Partnerka doświadczonego alpinisty zamarzła pod szczytem Grossglocknera. Po niecałym roku od wydarzenia Biuro Prokuratora w Innsbrucku sformułowało oficjalny zarzut wobec mężczyzny: spowodowanie śmierci z powodu rażącego zaniedbania.
***
Do tragedii doszło 18 stycznia 2025 roku. Kobieta (30-40 lat) zamarzła na śmierć 50 metrów poniżej szczytu najwyższej góry Austrii (3798 m), podczas wspinaczki Granią Stüdlgratu. To droga alternatywna dla drogi normalnej, nieco bardziej wymagająca (III+ UIAA), zwłaszcza zimą, zawierająca elementy skalne, lodowe i śnieżne. Akcja zajmuje zazwyczaj dwa dni: podejście zaczyna się przy Lucknerhaus, nocleg w Stüdlhütte, wspinaczka Granią Stüdlgratu, zejście drogą normalną. Łącznie to około 1900 m przewyższenia.
Jak podaje prokuratura, w tej sytuacji mężczyzna, jako doświadczony alpinista, ponosi odpowiedzialność lidera za „kaskadę rażących błędów”, które bezpośrednio przyczyniły się do śmierci jego partnerki. Błędy te obejmują poprowadzenie niedoświadczonej osoby, która nigdy wcześniej nie mierzyła się z alpejską wspinaczką o takiej długości i trudności, w górę zimowej, trudnej i odsłoniętej grani. Kluczowy jest tu również fakt, że kobieta miała na sobie miękkie buty splitboardowe, całkowicie nieodpowiednie na tego typu teren.
Para wyruszyła o 6:45 rano, z dwu godzinnym opóźnieniem w stosunku do planu i kontynuowała wspinaczkę do późnych godzin nocnych. Temperatura w nocy spadła do około -10 st. Celsjusza, a porywy wiatru dochodziły do około 75 km/h.
Wyczerpana i wychłodzona kobieta osunęła się na ziemię w pobliżu szczytu około północy. Para miała płachtę biwakową i koc termiczny, ale ich nie użyła. Doświadczony (jak podkreśla prokurator) alpinista opuścił partnerkę około 2:000 i zszedł normalną drogą do schroniska Erzherzog-Johann-Hütte (3454 m – najwyżej położone schronisko Austrii), stojącego na skalnym wzniesieniu Adlersruhe. Ostatecznie wezwał pomoc o 3:40 nad ranem.

Zespół ratunkowy składający się z ratowników, policji alpejskiej i alpinistów przebywających w Erzherzog-Johann-Hütte wyruszył w górę w bardzo trudnych warunkach (rozpętała się burza). Dotarli do ciała kobiety o 10:10 rano, niestety za późno.
Mężczyzna zaplanował wspinaczkę sam. Nie wziął standardowego dla takich zimowych przejść awaryjnego sprzętu biwakowego. Około 20:50 kontynuowali wspinaczkę, mijając ostatni punkt, z którego można było bezpiecznie zawrócić (bez lin, których nie mieli), mimo że warunki się pogarszały.
Co więcej, według aktu oskarżenia mężczyzna wielokrotne ignorował połączenia przychodzące od policji alpejskiej, powiadomionej przez zaniepokojonych świadków. Wyłączył dźwięk w telefonie. Nie sygnalizował zagrożenia podczas przelotu helikoptera. Służby powiadomił dopiero kilka godzin po porzuceniu osłabionej kobiety, której nie zapewnił żadnej ochrony przed wiatrem.
Sprawa opiera się na raportach sądowo-lekarskich, danych z zegarków i telefonów pary (w tym znacznikach czasowych i zignorowanych powiadomieniach), dowodach fotograficznych i wideo, zeznaniach świadków oraz opiniach biegłych, którzy podkreślają obowiązek opieki i „odpowiedzialność lidera” mężczyzny, jako bardziej doświadczonego z dwójki partnerów.
Mężczyzna zaprzeczył jakimkolwiek niewłaściwym zachowaniom.
Rozprawę wyznaczono na 19 lutego. Mężczyźnie grozi do 3 lat pozbawienia wolności.
Źródła: altitude.news, ExplorersWeb, climbgrossglockner.com










