Sportowiec i górołaz występujący w sieci pod pseudonimem Lucas Extreme szykuje się na swój debiut na ośmiotysięczniku. Od razu zaatakuje Everest, samotnie, bez tlenu i bez personalnego wsparcia Sherpów. Nie wiadomo czy nazwać ten pomysł ambitnym, czy niebezpiecznym? A może po prostu nierealnym? A, i gdyby tego było mało, Lucas chce wystartować z Indii z poziomu morza i dojechać do bazy pod Everestem na składaku Wigry 3. Niemniej jego przemyślenia, które przytaczamy poniżej, są warte uwagi.
***
Lucas Extreme ma za sobą wyprawę w Himalaje, podczas której zdobył cztery sześciotysięczniki i wiele innych przygód górskich, w tym Pik Lenina (7134 m) na skiturach. Na początku 2025 roku w jego głowie zrodził się pomysł kolejnej wyprawy. Minione miesiące spędził na przygotowaniach, treningu i – oprócz górskich – wyprawach rowerowych. O swoich planach pisze tak:
Chciałbym, żeby moja pierwsza wyprawa na ośmiotysiecznik była naprawdę ambitna. Moim marzeniem jest samotne wejście na Everest bez dodatkowego tlenu – w debiucie na ośmiu tysiącach, tego chyba jeszcze nikt nie zrobił. Stwierdziłem też, że fajnie byłoby to jeszcze jakoś skomplikować, więc wymyśliłem start z Indii z poziomu morza, na rowerze, na którym dojadę pod Everest, a potem normalnie rozpocznę wspinaczkę.

Pierwsza koncepcja zakładała dojazd na rowerze współczesnym, ale [zapis oryginalny]:
Projekty rowerowe, które robiłem w tym roku (Gdańsk – Rysy zimą i pętla wokół Tatr na Wigrach 3), miały być takim żartem; chciałem się sprawdzić i zebrać pierwsze doświadczenia, czy w ogóle nadaję się na rower. Wigry miały zostać potem zlicytowane, ale osoba, dla której chciałem to przeznaczyć, pomimo moich próśb, nie utworzyła licytacji. Być może tak miało być. Polubiłem ten rower na tyle, że zabiorę go pod Everest, a dopiero potem zostanie zlicytowany. Już definitywnie.
I o ośmiotysięcznikach [zapis oryginalny]:
W ostatnich latach wejście na szczyty 8000 m bardzo się zdeprecjonowało poprzez wyprawy komercyjne i w zasadzie można mówić już o „celebryckich” wejściach, gdzie klient lub jakaś znana osoba wchodzi na Everest czy inny szczyt z tlenem, w asyście przewodników, rozkładających mu namioty, gotujących i ogarniających wszystkie inne strategiczne dla wejścia tematy, a jego zadaniem jest tylko wejść i potem odlecieć z bazy helikopterem. Panuje opinia, że na ośmiotysięcznik może wejść każdy. W tym roku myślę, że doszło już do apogeum w tej kwestii. Jedna z nepalskich agencji wprowadziła, w asyście kilku Szerpów, klienta, który przyleciał bezpośrednio z Nowego Jorku, na szczyt Everestu w ciągu 4 dni od przylotu do Nepalu, bez aklimatyzacji. Znaczenie miał tylko ogromny przepływ tlenu i duża ilość ludzi asystujących przy wnoszeniu butli, żeby można je było często wymieniać.
Ludzi biorących agencję i przewodników w górach jak najbardziej rozumiem. Chcą wejść na jakiś szczyt, czuć się bezpiecznie, przeżyć przygodę; nie każdy ma jakieś sportowe ambicje itd.
Ale z mojego punktu widzenia, chodzenie z tlenem z butli na szczyty 8000 m mija się z logiką. Bo jedyną atrakcją tych szczytów jest właśnie ich wysokość – 8000 m, strefa śmierci, to, że człowiek jest słaby na tej wysokości i się już nie regeneruje. Tam nie ma jakichś niesamowitych widoków czy innych atrakcji, których nie byłoby na niższych szczytach (6–7 tys. m n.p.m.). Dlatego zdobywanie czy jakiekolwiek wyczyny, rekordy na ośmiotysięcznikach z użyciem tlenu z butli, który fizjologicznie niweluje wysokość, uważam za niepoważne i ja tak nie chcę…
Jeżeli nie będę w stanie wejść na Everest bez tlenu, to znaczy, że jestem za słaby i nie powinno mnie tam w ogóle być. Powinienem chodzić po niższych szczytach.
Chciałbym tym projektem inspirować kolejne pokolenia. Pokazać, że w górach nie chodzi tylko o to, żeby wejść na jakiś szczyt po najmniejszej linii oporu i zrobić sobie na nim zdjęcie do social mediów. Warto czasem wykazać się inwencją, taką pozytywną sportową ambicją i samodzielnością – wtedy taki sukces smakuje zupełnie inaczej. A ten Everest na składaku to będzie tylko taką metaforą, którą można zamienić z jakimkolwiek innym życiowym wyzwaniem.
Ciekawy jest również fragment o kosztach [zapis oryginalny]:
Będzie to bardzo skromna wyprawa, prawdopodobnie najtańsza wyprawa na Everest w historii. Tak jak na moich poprzednich ekspedycjach, nie będę mieć nawet pakietu bazowego pod górą, w ogóle nie planuję pobytu w bazie, a zdobywanie szczytu z oddalonej o godzinę od bazy wioski Gorak Shep.
Koszty przelotu na miejsce startu do Indii i mojej dwumiesięcznej egzystencji wyceniam na 9000 zł.
Koszty sprzętu, pewnie głównie używanego z OLX, również na około 10 000 zł. Muszę kupić między innymi śpiwór, bo mój stary za 100 zł, w którym wchodziłem na szczyty 6–7 tys., może tym razem być niewystarczający
Bilet powrotny zamierzam sfinansować za sprzęt, który sprzedam w Nepalu po zakończeniu wyprawy, tak jak robiłem to w 2024 roku. Także wyprawa sama w sobie zamknie się w 5 tys. dolarów, czyli około 19 000 zł.
Natomiast największy koszt to pozwolenie, które podrożało w tym roku z 11 500 dolarów na 15 000, oraz koszty oficera łącznikowego i inne rządowe opłaty, żeby nikt się mnie tam nie czepiał, że chodzę sam. Do tego dochodzi prowizja dla pośrednika za transport mojego bagażu i załatwienie pozwolenia (ponieważ nie da się go ogarnąć jako pojedyncza osoba prywatna) – 3000 dolarów.
18 000 dolarów to około 66 000 zł.
Nepal to biedny kraj, także nie mam do nich pretensji, że zarabiają na górach – to ich dobro narodowe, tam nie ma przemysłu itd.
Połowę wszystkich kosztów jestem w stanie sfinansować samodzielnie, a na drugą połowę będę szukać sponsorów finansowych i sprzętowych, żywieniowych itd.
Nie planuję zakładać żadnych zrzutek, zbiórek. Moim zdaniem taka forma pomocy powinna być zarezerwowana dla osób chorych albo znajdujących się w bardzo trudnej sytuacji życiowej. Przejazd na składaku pod Everest na pewno taką sytuacją nie jest.
Jeżeli już projekt wystartuje, to prawdopodobnie będę nim promować jakąś zbiórkę, ale właśnie na osoby chore lub potrzebujące.
Jednakże przy poprzednich projektach życzliwe mi osoby pisały w komentarzach o chęci wsparcia mnie. Ja takiej bezpośredniej pomocy finansowej nigdy nie chciałem, ale tym razem nie poradzę sobie sam. Dlatego, jeżeli komuś podobają się moje pomysły i chciałby zobaczyć Wigry 3 pod Everestem, to może postawić mi wirtualną kawę (https://suppi.pl/lucasextreme).
Planowany start wyprawy: koniec marca, 2026.
Poczynania Lucasa możecie obserwować na jego profilu na Facebooku.

Źródło: Lucas Extreme FB










