Przygoda kryje się za każdym zakrętem wąwozu, zakolem rzeki, za każdym drzewem. Pod szałasem, pod ziemią, pod wodą, a czasem i pod kamieniem. Paleta outdoorowych aktywności przyprawia o zawrót głowy, a sytuacja ekonomiczna pozwala nam sięgać po jej nowe kolory. Część z nich, jak mikroprzygody czy bushcraft, to odcienie “zielone”. Inne, jak wielkie wyprawy w dalekie i egzotyczne zakątki świata, niosą ze sobą większe koszty dla środowiska. W jaki sposób z dylematami dotyczącymi ekologicznych aspektów podróżowania radzi sobie dziennikarka i podróżniczka Kamila Kielar? Czy wyprawy zajmują ważne miejsce w jej życiu i pracy? O te oraz inne sprawy związane z niezwykłymi przygodami Kamili zapytał Michał Gurgul.
***
Michał Gurgul: Jako reporterka i profesjonalna podróżniczka swoimi doświadczeniami i spostrzeżeniami chcesz dzielić się z szerszą publicznością. Z drugiej strony chyba jakaś część Ciebie pragnie przygody, satysfakcji płynącej z sukcesu osobistego? Biorąc pod uwagę tę dwutorowość, czym dla Ciebie jest eksploracja świata?
Kamila Kielar: Oczywiście dostrzegam dwa tory, które się przeplatają i wzajemnie napędzają. Jeden wynika z drugiego. Od rodzaju podróży zależy, która część przeważa. Podczas ostatniej wyprawy do Kanady, gdzie obserwowałam niedźwiedzie białe, miałam świadomość, że nie robię tego tylko dla siebie. Przede wszystkim chciałam zwrócić uwagę na większy problem ekologiczny. Wszystkie trudności i problemy przezwyciężałam nie po to, by dotrzeć do mety, ale aby zgłębić temat i móc dzisiaj mówić o czymś wartościowym. To był jedyny sposób, aby dotrzeć do potrzebnych informacji i wiedzy w tym zakresie. Podróż w stylu adventure była więc środkiem do celu.
Twoja wyprawa „Biało na czarnym. W poszukiwaniu niedźwiedzi-duchów” nabrała rozgłosu. Otrzymałaś za nią w tym roku Kolosa w kategorii „Podróże”. Jednak wyróżnienia i nagrody wręczano Ci także za podróże zupełnie innego typu.
To prawda. Samotne przejście Pacific Crest Trail było wyzwaniem osobistym – tutaj ta szala przygody przechylała się w drugą stronę. Wtedy jeszcze moje wyprawy wyglądały kompletnie inaczej.
Nastąpiła przemiana?
To dojrzewało z czasem. Mam potrzebę mówienia o rzeczach większych, a nie tylko pokazywania „5 najpiękniejszych plaż w Australii”. Czuję, że zmierzam w dobrym kierunku. Dzisiaj nie chciałbym pojechać na większą wyprawę (na małe tak) bez konkretnego celu, jakiegoś tematu, problemu do zgłębienia i pokazania.
Twoje wymagania wobec siebie są sprecyzowane?
Tak, i cieszę się, że to ewoluowało w tę stronę. Dzisiaj moje wyprawy są lepiej przemyślane. Wiem, co, dlaczego i w jaki sposób chcę robić. Nie jestem fanem stuprocentowej spontaniczności. Uważam, że działając na zasadzie „jakoś to będzie”, możemy wiele rzeczy stracić – po prostu przegapić. Pewna doza spontaniczności i tak wynika z każdej podróży, nie da się wszystkiego zaplanować. Tego elementu mi nie brakuje. Jednocześnie, jeśli przed wyprawą przygotuję się w sposób metodyczny, procentuje to na różnych frontach.

Masz na myśli bezpieczeństwo, znajomość geografii, historii, uwarunkowań przyrodniczo-klimatycznych?
Nie tylko. To oczywiście podstawowe walory dobrego przygotowania, ale w przypadku moich wypraw działa to też pozytywnie na innym poziomie – inaczej traktują mnie napotkani ludzie. Podam Ci przykład. W Kanadzie nawiązałam współpracę z lokalnymi biologami, którzy podzielili się ze mną swoją wiedzą. Gdyby widzieli we mnie tylko taką dziewczynkę, która przyjechała pooglądać świat, prawdopodobnie nie byłoby to możliwe, nie potraktowaliby mnie poważnie. Dzięki ich pomocy historia o niedźwiedziach białych, którą dzisiaj opowiadam, jest pełniejsza.
Swoją ostatnią wyprawą zwróciłaś uwagę na nieodwracalne zmiany spowodowane działalnością człowieka, wpływające na całe ekosystemy i żyjące w nich, nieraz rzadkie, gatunki. Jak rozumiem, podróż jest dla Ciebie punktem wyjścia do mówienia o rzeczach ważniejszych. Czego nie może zabraknąć w tej opowieści, czego poszukujesz planując kolejne wyprawy?
Drzazgi w świecie, jakiejś mniejszej lub większej zadry, która w nim tkwi. Czasami mówimy o rzeczach bardzo lokalnych, np. jednej rodzinie, która ma jakiś problem, i przez jej pryzmat zwracamy uwagę na szerszy temat. Innym razem bardziej bezpośrednio pokazujemy psujące się mechanizmy działania np. państw i ich rządów. Tak jest w przypadku Kanady, która ma wiele za uszami w kwestiach ekologicznych. Problemy, jakie chcę pokazywać, dotyczą oczywiście świata przyrody, bo po pierwsze – to moja działka i na tym się znam, po drugie – wszelakich drzazg w tym obszarze niestety nie brakuje.
Uważasz, że warto mówić o tych najdrobniejszych? Yvon Chouinard [red.: założyciel Patagonii, marki silnie zaangażowanej w ratowanie planety] mówi dosadnie: “Forget about the polar bear, they’re toast anyway”, i zwraca uwagę na konieczność podejmowania działań w kwestiach kluczowych, globalnych, najbardziej istotnych.
Rzeczywiście, mówi się, że nie czas żałować róż, gdy płoną lasy. Po części zgadzam się z tym, ale myślę też, że gdyby ludzie, jako jednostki, podejmowali świadomie codzienne, małe decyzje, mając na względzie dobro środowiska, to byłaby to łącznie spora siła. Nie zawsze mamy bezpośredni wpływ na rządy państw, ale musimy rozumieć, jak przez codzienne wybory oraz działania wpływamy na ich decyzje. Jasne, że boję się, że jest już za późno na wiele rzeczy. Jednak nie uważam, że to powinno nas powstrzymywać przed najdrobniejszymi działaniami. Energii wystarczyłoby i na ratowanie niedźwiedzi, i na globalne projekty.

Twoja działalność podróżnicza i reporterska ma otwierać oczy na te problemy. Myślisz, że to właśnie opowiadanie małych historii jest bardziej skuteczne?
Gdy mówisz o globalnych problemach, ludzie często nie potrafią się do nich ustosunkować, nie reagują. Oczywiście nie jest to powód, żeby przestać trąbić o efektach kryzysu klimatycznego w skali globalnej – uważam, że powinno się pisać o tym na pierwszych stronach gazet – ale warto sięgać po różne narzędzia. Często małe historie są bardziej zrozumiałe, ludzie odbierają je emocjonalnie. Za ich pośrednictwem łatwiej jest wprowadzić szerszy kontekst.
Nie chciałabym, żeby trzeba było dokonywać wyboru: niedźwiedź polarny czy walka z emisją dwutlenku węgla? Wydaje mi się, że powinno być miejsce na jedno i drugie. Może jest to myślenie życzeniowe, może jest już za późno na powolny proces uświadamiania, ale ja naprawdę widzę wartość w uwrażliwianiu. Jeśli całe społeczeństwa nie zrozumieją skali problemu, mechanizmów działania, powiązań, niuansów i nie będą postrzegały środowiska naturalnego jako olbrzymiej wartości oraz naszej przyszłości, trudno będzie coś zmienić.
Uważasz, że społeczeństwo powinno być podstawowym motorem napędowym zmian?
Nie. Zrzucenie odpowiedzialności na zwykłych ludzi byłoby błędem. Ważne jest, aby poruszać jednostki, budować postawy, wyrabiać nawyki, bo opinia publiczna ma duży wpływ na działania rządów i korporacji. Obserwujemy to nawet w naszym kraju. Niestety, nie ma już czasu na powolne dojrzewanie społeczeństw, czekanie aż każdy, sam z siebie, przestanie np. używać plastikowych rurek. Przepisy i regulacje powinny wyprzedzać naciski ze strony ludzi – zabraniać używania słomek, zanim opinia publiczna zwróci uwagę na ten problem. A przede wszystkim wpływać ustawowo na wielkie koncerny, przemysł. Drugą siłę, po rządach, stanowią wielkie korporacje, które mają największy wpływ na to, co i w jakiej ilości kupujemy.

Ciężką pracą zdobyłaś przestrzeń do mówienia o różnych problemach. Ludzie obdarzyli Cię kredytem zaufania i chętnie słuchają. Myślisz, że wywierasz nacisk?
Na pewno chcę wykorzystać tę przestrzeń jak najlepiej i chciałabym, aby historie, które opowiadam, rzeczywiście miały wpływ na sposób myślenia moich słuchaczy. Nie chcę, aby ludzie z moich pokazów zapamiętywali tylko to, ile nawiosłowałam się kajakiem. Jest miliard tematów związanych z przyrodą, o których warto mówić. O których chcę mówić, bo są najbliższe mojemu sercu.
Czy wywieram nacisk? Tego nie mogę być pewna, ale mam nadzieję, że tak. Chciałabym, żeby każdy, niezależnie od tego, czy jedzie na Roztocze, do Wietnamu czy na wymagającą wyprawę na Arktykę, zawsze miał z tyłu głowy szeroko pojęte problemy ekologiczne oraz to, że w outdoorze też dzieją się rzeczy bardziej lub mniej etyczne.
Co masz na myśli?
Teoretycznie wśród osób zainteresowanych outdoorem, mających częsty kontakt z naturą, świadomość problemów jest większa. Ale nie zawsze. Niestety, jeszcze daleko nam do ideału – mam tutaj na myśli w szczególności produkcję sprzętu, odzieży i obuwia outdoorowego. Dlatego uważam, że warto docierać do osób spoza naszego środowiska, ale również w jego obrębie trzeba, w kółko i do znudzenia, drążyć temat. Nie zakładam niczyjej złej woli, ale czasami brakuje nam świadomości – po prostu nie zdajemy sobie sprawy z tego, jak szkodliwe są niektóre działania towarzyszące outdoorowym aktywnościom (np. wyrzucane w olbrzymich ilościach pianki nurkowe/surfingowe, produkowane z najgorszych rodzajów plastiku). Plus gadżetomania, która nie omija outdooru.
Drugą kwestią, obok ekologicznej jakości produktów, są chyba ogromne wolumeny produkcji?
Outdoor, jako branża komercyjna, nie uwolnił się od rozbuchanego konsumpcjonizmu. Producenci za pomocą całej machiny sprzedażowo-marketingowej wmawiają nam, że nowy sprzęt jest lepszy, że koniecznie go potrzebujemy, a aby zacząć uprawiać jakiś sport lub podjąć aktywność, musimy wyposażyć się od stóp do głów.

A przecież to nieprawda…
Oczywiście, że nie. Marki kuszą nas nowymi kolorami i krojami, technologicznie nie zmienia się tak wiele. Oczywiście powstają produkty bardziej „zielone” – i dobrze. Ale to nie jest powód, aby wymieniać szafę starych, ale ciągle dobrze sprawdzających się ubrań. Nikt nie jest święty (ja też nie) i od nikogo tej świętości nie wymagam. Chciałbym jednak, żeby każdy człowiek, amator czy zaawansowany podróżnik, miał świadomość wpływu, jaki jego decyzje mają na środowisko.
Popełnianie błędów jest nieuniknione, ale ważne aby zdawać sobie z nich sprawę?
Coś w tym sensie. Wrażliwość na problemy nękające przyrodę pozwala te błędy naprawiać, w przyszłości nie dopuszczać do nich lub je ograniczać. Najprostszy przykład. Kupiliśmy kolejną kurtkę. Może była nam absolutnie potrzebna, a może nie. Niezależnie od tego, możemy używać jej 2 lata (jak chciałby producent) lub 6. Świadomy człowiek podejmie lepszą decyzję.
W obrębie outdooru jest jeszcze jeden istotny obszar, w którym szkodzimy planecie. Mam na myśli podróże w kierunkach dalekich i egzotycznych. Zazwyczaj w ich przypadku korzystamy z samolotu…
Sama mam z tym spory problem. Zastanawiam się, gdzie jest równowaga i czy w tej kwestii w ogóle można jej szukać. Emisja dwutlenku węgla przez samolot podczas lotu do Kanady jest potworna. Musiałam się tam dostać, aby zgłębić zagadnienie dotyczące ekologii, zrobić coś dobrego, niby coś zmieniać. Ale czy to nie jest jakieś fałszywe w perspektywie tego lotu? Czy to się da zbilansować? Nie wiem.

Może bilansuje to Twoja opowieść? Inspirujesz jednak ludzi do podobnych podróży. Z jednej strony Twoje przygody otwierają oczy na problemy ekologiczne, z drugiej mogą przyczyniać się do zwiększenia liczby osób podróżujących w dalekie zakątki świata. Mam świadomość tego, że ograniczanie się do wycieczek lokalnych – pieszych czy rowerowych – byłoby absurdem, a jednak… dostrzegasz tu pewien paradoks?
To jest bardzo duży paradoks i pytanie, z którym mierzę się od kilkunastu lat. W dużym stopniu przyczyniają się do tego podróżnicy-blogerzy. Esencją ich działalności jest pokazywanie pięknych i ciekawych miejsc, ale też łatwo dostępnych. „Byłem tam, jest super, pojedź i ty” – na tym to polega. Ja natomiast w ogóle nie chcę robić czegoś takiego. Nie chcę podawać na tacy przepisów na wyprawę. Bardzo się cieszę, że po moich pokazach ludzie nie mówią: „Dobra, ruszamy tam!”. Nie o to mi chodzi, nie mam zamiaru zachęcać do podróży w miejsca „delikatne” pod względem ekologicznym.
W przypadku moich podróży, które można określić mianem „mocnego adventure”, ten problem występuje też w dużo mniejszej skali. Wiem, że za mną nie ruszą tłumy, bo to po prostu nie jest łatwe. Oczywiście nie ma problemu, żeby jeden czy drugi pasjonat odbył podobną wyprawę, ale uważam, że lepiej, jeśli każdy przygotuje się sam, niż wyruszy na kajak po Pacyfiku po przeczytaniu bloga w internecie. Jest szansa, że dzięki temu w międzyczasie natrafi na informacje dotyczące ochrony przyrody. Zastanowi się, w jaki sposób podróżować w zgodzie z naturą, i jak to robić bezpiecznie. Do takiej wyprawy i tak nie da się przygotować na podstawie prelekcji czy artykułu w czasopiśmie. Jestem pewna, że osoby, które robią podobne rzeczy, są samodzielne i świadome. To nieco eliminuje ten paradoks.
Chyba tylko w ten sposób można naprawdę poznawać świat. Ostatnio dużą popularnością cieszą się mikrowyprawy – pomysł na lokalne, a zatem ekologiczne przygody. Co o tym sądzisz?
Mikrowyprawa to trochę taki oksymoron (śmiech), ale oczywiście to bardzo dobry nurt, nawet abstrahując od kwestii ekologicznych. Krótkie wycieczki za miasto to potrzebna ludziom odskocznia, a także fajna okazja do nauki. Niedawno przejechaliśmy na rowerach cały małopolski odcinek WTR (Wiślana Trasa Rowerowa) – 3 dni, powrót pociągiem, niemal zerowy ślad karbonowy.
Ten trend pokazuje też, że wszystko jest dla ludzi.
Tak, ale trzeba uważać. Wśród amerykańskich milenialsów panuje teraz moda na tego typu wycieczki, ale trochę bardziej „ekstremalne”. Wychodząc z założenia, że wszystkiego da się nauczyć w kilka godzin na podstawie tutoriali z YouTube, ludzie wybierają się na nieco trudniejsze szczyty czy spływy kajakowe. W porządku, ludzie bez doświadczenia faktycznie potrafią zaskoczyć, ale do czasu. Pakują się czasem w prawdziwe tarapaty, w których wiedza z krótkich filmików nie wystarcza – chodzenia w rakach możemy nauczyć się w 15 minut, ale umiejętność właściwej oceny sytuacji zdobywa się latami. Wszystko jest dla ludzi, ale trzeba zachować zdrowy rozsądek.
Elementem mikrowypraw jest też często bushcraft, czyli Twoja specjalność. Na czym to polega?
Mówiąc bardzo prosto, bushcraft to sztuka życia w lesie. Często mylony jest z survivalem, ale to nie to samo. W tym drugim przypadku chodzi o umiejętność poradzenia sobie w sytuacji zagrożenia. To walka o życie, bez względu na koszty. Natomiast bushcraft polega na funkcjonowaniu w pełnej harmonii ze środowiskiem naturalnym, bez pozostawiania po sobie śladów. Uczysz się czerpać z przyrody, nie niszcząc jej. Elementami tej zabawy są: budowanie schronienia, poszukiwanie pożywienia, rozpalanie ognia, zbieranie wody. To bardzo elastyczna dziedzina, sam możesz wybrać co chcesz robić, a czego nie. Według mnie to fajny sposób na poznawanie przyrody i uczenie się jej.

Budowanie szałasu to pewnie frajda, szczególnie dla dzieci?
Dla dzieci i dla dorosłych. Ale fakt, dla najmłodszych bushcraft to świetna zabawa, podobnie jak geocaching. Tego typu aktywności stanowią dla dzieci alternatywę np. zwykłego trekkingu, który może je po prostu nudzić. Takie zabawy na łonie natury są świetnym sposobem na zachęcenie ich do wycieczek, a także na budowanie szacunku dla środowiska naturalnego [geocaching, jako propozycję rodzinnej aktywności outdoorowej, opisujemy szerzej na stronie 70].
Z naszej rozmowy wynika, że świat outdooru ma wiele do zaoferowania. Podróże, wyprawy – te poważne i te najmniejsze – pozwalają poznawać świat i tworzą więź z naturą. Równocześnie niektóre z tych przygód mają negatywny wpływ na środowisko. Myślisz, że dla jego dobra powinniśmy wyrzec się części przyjemności?
Wydaje mi się, że nie musimy się niczego wyrzekać. Tutaj nie musi być straty, wielkich poświęceń. Codziennie możemy podejmować drobne działania, niemal niezauważalne, które przyczynią się do poprawy stanu środowiska. Korzystanie z pojemników wielokrotnego użytku, ograniczanie zakupów, naprawianie ubrań i sprzętu, korzystanie z mało szkodliwych środków transportu itp. To myśli, które powinny nam towarzyszyć zawsze, niezależnie od tego, czy jedziemy na uczelnię, do pracy, w góry, czy na drugi koniec świata. W każdym z tych obszarów możemy bezboleśnie „poświęcić” odrobinę komfortu (lub po prostu nasze przyzwyczajenia). W wielu aspektach życia możemy zmienić coś bez poczucia, że stajemy się pustelnikami, bez „biczowania”. Paru zapaleńców, którzy popadną w ekstremę i będą wyrzekać się wszystkiego, niewiele zmieni. Łączny efekt wielu jednostkowych działań już tak. Jeśli coraz więcej osób będzie postępować w ten sposób, świadomie i ekologicznie, może nie będzie potrzeby rezygnowania z wymarzonych podróży na krańce świata.

PACIFIC CREST TRAIL
Pacific Crest Trail to górski szlak biegnący przez Kalifornię, Oregon oraz Waszyngton – trasa łączy Kanadę z Meksykiem, liczy 4700 m, a łączna suma przewyższeń jest równa 18 wysokościom Mount Everest. Kamila przeszła ten szlak samotnie (poza krótkim odcinkiem 250 km wymagającym przekraczania niebezpiecznych rzek, który pokonała w grupie) w 2017 r. Podczas wędrówki realizowała projekt reporterski na temat subkultury amerykańskich hikerów. Wyprawa została nagrodzona wyróżnieniem na Kolosach w kategorii „Wyczyn roku”.
BIAŁO NA CZARNYM
„Biało na czarnym” to samotna wyprawa Kamili, podczas której podróżowała kajakiem morskim po Pacyfiku. Na wyspach położonych u wybrzeży Kanady poszukiwała najrzadszego typu niedźwiedzi, tak zwanych niedźwiedzi duchów. Poszukiwania te oraz relacja z wyprawy stanowią dla podróżniczki punkt wyjścia do rozmowy o ważnych problemach dotyczących stanu środowiska i rzadkich gatunków zwierząt. Wyprawa została nagrodzona Kolosem w kategorii „Podróż Roku” oraz doceniona przez „National Geographic Traveler” jako podróż roku.
***
Materiał ukazał się pierwotnie w 8. numerze Outdoor Magazynu (jesień 2019).











