Kiedy ludzie zaczynali eksplorować Tatry, były tylko pasterskie szałasy. I to nie takie, jakie znamy dziś, a twory sklecone z desek, gałęzi i kamieni. Pasterzom wystarczały. Turystom nie. Szczególnie, że w tamtych czasach góry wydawały się wyższe, bardziej przepaściste i niebezpieczne, szlaki dłuższe, ryzyko większe. Trzeba było odetchnąć, zebrać siły. Górale zaczęli, więc budować szałasy bardziej solidne i karmić wędrowców (sery, żętyca). Polskie Towarzystwo Tatrzańskie tworzyło – słowo „budowanie” niezbyt precyzyjnie określa istotę tych działań – koleby z kamieni i schrony, potem powstało na Hali Gąsienicowej pierwsze schronisko PTT, potem „Betlejemka”, a nad Czarnym Stawem schron Józefa Sieczki zwany Sieczkową budą.
***
Nie były to schroniska z prawdziwego zdarzenia, raczej jednoizbowe szałasy i altany o ścianach podszytych wiatrem. Wydaje się jednak, że te pierwsze twory najlepiej realizowały ideę schroniska jako miejsca… właśnie chroniącego, przytulającego, dającego poczucie bezpieczeństwa, wypatrywanego po męczącej wędrówce. Zapewniającego jak najbardziej podstawowe potrzeby. Można było ugotować na prowizorycznym palenisku coś z zapasów przyniesionych w plecaku czy worku, doczekać świtu i ruszyć dalej. Wanda Gentil-Tippenhauer i Józef Oppenheim pisali: „O boska swobodo minionych czasów i raju przygodnych schronisk”. (W. Gentil-Tippenhauer, J. Oppenheim, Pamięci zmarłych schronisk [w:] Z kart „Wierchów”, Kraków 1984.)

Z czasem zaczęły powstawać w Tatrach prawdziwe schroniska – choć czy są niezbędne w górach, w których z każdego miejsca w miarę szybko można dotrzeć w bezpieczny teren, do drogi, do cywilizacji?
Zastanawiano się głęboko, jaka powinna być ich architektura, badano światowe trendy. Karol Stryjeński pisał: „Budowniczy schroniska musi liczyć się z charakterem górskiego pasma i krajobrazem, nie można tworzyć rzeczy z nimi niezgodnej, wyrywającej się z otoczenia i krzykliwej”. I przyznać trzeba, że tatrzańskie schroniska dobrze siedzą w krajobrazie, pasują. Może oprócz „Murowańca”, który, mimo iż wzniesiony według koncepcji architektury organicznej (drewno, kamień), przypomina twierdzę.
Schroniska jednak były czymś więcej niż miejscem do spania czy przeczekiwania złej pogody. Były zjawiskiem kulturowym, miejscem, w którym tworzyła się wspólnota ludzi wtajemniczonych, znających te same kody, mówiących tym samym językiem, mających podobne obyczaje – byli to wędrowcy i eksploratorzy. Ludzie w podróży, również w głąb siebie, której góry tak bardzo sprzyjają. To – dług Łukasza Gorczycy – miejsca demokratyczne, społeczne strefy bezcłowe, gdzie wszyscy, choćby na kilkanaście minut, stają się sobie równi, równie zmęczeni i spragnieni w kolejce do bufetu. (Ł. Gorczyca, Pocztówka ze schroniska, https://www.dwutygodnik.com/artykul/11153-pocztowka-zeBeata-schroniska.html, dostęp: 15.02.2025.)

W pewnym momencie schroniska PTT przejęło Polskie Towarzystwo Turystyczno-Krajoznawcze. Przez jakiś czas schroniskowy etos jakoś się trzymał, nadal było minimalistycznie, wystarczająco, z umiarem (choć wymuszonym sytuacją gospodarczą). Od paru lat jednak schroniskowe ideologiczne status quo ulega erozji z przyczyny bardzo prostej i bardzo pozbawionej stylu – pieniędzy. Tatrzańskie schroniska to doskonały biznes, zarabia na inne schroniska i statutową działalność PTTK (stanice, zloty, spływy, prelekcje). Zamieniają się w hotele, restauracje, szynki i wyszynki. Gromadzą publiczność niewybredną, jeśli chodzi o obcowanie z naturą, za to często roszczeniową. Ludzi, którzy nie znoszą dysonansu poznawczego – w górach ma być tak, jak na bezpiecznych nizinach. Wygodnie. I jest. Wina i sery. Pizze i makarony. Automaty z napojami. Apartamenty. Niepotrzebny luksus. Złudny postęp.
Choć wystarczyłyby góry, wiatr i słońce, herbata w termosie i kanapki, przeczekiwanie deszczu pod gałęziami świerków i skalnymi okapami. Boska swoboda. Wystarczyłaby prostota. Ale już nie wystarcza.
***
Tekst autorstwa Beaty Słamy










