Brendon Grimshaw stworzył niebo na Ziemi. Były w nim palmy, egzotyczne ptaki i żółwie olbrzymie. Nie oddałby ich za żadne skarby.
***
W latach 50. minionego stulecia Grimshaw pracował w kenijskiej gazecie. Tanzania niedawno ogłosiła niepodległość, Kenia za chwilę miała pójść w jej ślady. Brytyjczyk wiedział, że wkrótce jego miejsce zajmie lokalny redaktor, nadchodziła pora na zmiany. Marzył o rajskiej wyspie i życiu blisko przyrody.
W tych czasach niektóre wyspy na Seszelach były na sprzedaż. W 1962 roku niespełna czterdziestoletni Grimshaw udał się tam, by skonfrontować marzenia z rzeczywistością. Początkowo wydawało się, że nic z tego nie będzie, jednak po kilku tygodniach, a zaledwie w przeddzień wyjazdu, na ulicy w Victorii do Brytyjczyka podszedł młody mężczyzna i spytał, czy nie chciałby kupić wyspy Moyenne. Po prostu.

Wyspa Moyenne
Długa na 400 metrów i szeroka na 300, zamieszkała tylko przez szczury i zarośnięta tak gęsto, że spadające kokosy nie dolatywały do ziemi – to było dokładnie to, czego szukał. Zakochał się od razu. Na dodatek oferta była wyjątkowo korzystna: 8000 funtów (dzisiaj byłoby to około 22 000 funtów). W nocy przed wyjazdem Grimshaw podpisał umowę. Okazało się to znacznie łatwiejsze niż wszystko to, co czekało go później.
Na stałe przeniósł się na Moyenne w 1972 roku, przez pierwsze kilka lat(!) żył bez bieżącej wody, prądu i linii telefonicznej. Z czasem wszystkie te komforty cywilizacji zawitały na wyspę, jednak – wbrew temu co sądzili początkowo mieszkańcy sąsiednich wysp, stopniowo przemienianych w luksusowe ośrodki wczasowe przez szejków i oligarchów – nigdy nie po to, by rozwinąć biznes. Grimshaw miał inne plany.
Co prawda smaganą wodami Oceanu Indyjskiego i otoczoną rafą koralową Moyenne porastał gęsty las deszczowy, ale na skutek działalności człowieka wyspa była pozbawiona swojego naturalnego piękna, zarośnięta chwastami, zaniedbana i opuszczona przez większość endemicznych gatunków zwierząt i roślin. Brytyjczyk postawił sobie za cel przywrócenie jej do naturalnego stanu.

W trwającej cztery dekady podróży towarzyszył mu René Antoine Lafortune, syn lokalnego rybaka, początkowo zatrudniony do pomocy, z którym z czasem Grimshaw nawiązał przyjaźń i wspólnie, niemal bez dodatkowej pomocy, przez lata przemienili Moyenne w kwitnący i tętniący pełnią życia raj.
Przywracanie endemicznych gatunków
Najpierw wycięli ścieżki, później zajęli się roślinnością. Usuwali chwasty, sadzili (obsesyjnie) drzewa, przywracali endemiczne gatunki (łącznie 45), w tym specyficzne dla Seszeli drzewa palmowe – lodoicję seszelską (kokos morski), bwa bannann i bwadnat. Początkowo zbierali wodę deszczową i transportowali beczki z Mahé, nosili je w głąb wyspy na plecach. Podobno przez lata zasadzili łącznie niewiarygodną liczbę 16 000 drzew. Dzisiaj wyspa jest jedynym obok Vallée de Mai miejscem na Ziemi, gdzie można spotkać wszystkie charakterystyczne dla Seszeli gatunki palm (jest ich sześć).
Później przyszła pora na ptaki. Na wyspie nie było niemal żadnych, więc Grimshaw i Lafortune złapali pierwszych dziesięć osobników na sąsiednich wyspach i przywieźli na Moyenne. Ptaszki szybko odfrunęły z powrotem. Kolejna próba przyniosła podobny efekt. Jednak po jakimś czasie kilka par wróciło. Gospodarze zaczęli je dokarmiać. Z czasem ptaków przybywało, a w końcu, gdy nowo zasadzone drzewa podrosły i zaczęły rodzić owoce, wyspę wypełnił śpiew. Dzisiaj na Moyenne żyje około 2000 ptaków (na skrawku o powierzchni 0,089 km²!).
Grimshaw sprowadził z powrotem na wyspę jeszcze jednych prawowitych i całkiem nieprawdopodobnych mieszkańców: żółwie olbrzymie (aldabrachelys gigantea), które za sprawą polowań niemal zniknęły z archipelagu. Te ogromne gady (samce ważą do 250 kg, samice do 150 kg) dożywają ponad 100 lat, a rekordziści osiągnęli 180. Są gatunkiem lądowym, ale potrafią świetnie pływać. Zazwyczaj są powolne i ostrożne, ale potrafią osiągać pokaźne prędkości, gdy są podniecone. Nie boją się ludzi, a niektóre osobniki zdają się nawet lubić, gdy poklepuje się je po głowie lub drapie po szyi. Potrafią stawać na tylnych nogach, by sięgać niskich gałęzi, jednak jest to niebezpieczne, ponieważ gdy przewrócą się na plecy, nie potrafią się same odwrócić. Żółw olbrzymi jest uznawany przez Międzynarodową Unię Ochrony Przyrody (IUCN) za gatunek narażony na wyginięcie.

Grimshaw przetransportował na Moyenne pierwsze osobniki i dbał o nie z niemal patologiczną starannością. „Maluchy trzymam w swojej sypialni. Jeśli puścisz je samopas, są stracone” – powiedział w jednym z wywiadów, swoim niezmiennie nieprzystającym do egzotycznego otoczenia dialektem z West Yorkshire. Nie tylko wyspa, ale również jego drewniana chatka przycupnięta na skarpie, ekscentryczna, pełen pamiątek z zachodniej Afryki i nagryziona zębem czasu, podobnie jak sam właściciel, stała się domem dla pierwszych żółwi. Na ich skorupach malował farbą numery i nadawał im imiona: Alice, Florita, Four Degrees South (szerokość geograficzna wyspy). Prowadził dziennik i wdrożył autorski program reintrodukcji. Choć źródła nie są zgodne, na wyspie żyje teraz prawdopodobnie około 100 osobników.
Życie na wyspie
W 1981 roku, po śmierci matki, Grimshaw zaprosił na wyspę swojego ojca Raymonda. Był zaskoczony, a równocześnie ucieszył się, gdy 88-letni ojciec przyjął zaproszenie: „spędziliśmy wspólnie piękne lata i zostaliśmy najlepszymi przyjaciółmi”. Pięć lat później ojciec zmarł i został pochowany na wyspie, w grobie tuż obok tego, który Brendon przygotował już wcześniej dla siebie, oraz dwóch grobów anonimowych piratów.
Jeszcze na etapie wywiadów z Grimshawem, nagrywanych do filmu dokumentalnego przed 2010 rokiem, 82-letni wyspiarz obawiał się o losy swojego skrawka lądu. Na większości wysp archipelagu powstawały ekskluzywne ośrodki wypoczynkowe. Grimshaw rozumiał te mechanizmy i nie dziwił się, że rajskie wyspy przyciągają zamożnych turystów, a co za tym idzie inwestorów. Tym bardziej jednak uważał, że należy chronić dziką przyrodę. Dlatego odrzucał kolejne oferty kupna, w tym tę od arabskiego księcia, opiewającą na okrągłą sumę 50 milionów dolarów.
Dzięki jego wysiłkom i we współpracy z Ministerstwem Środowiska Seszeli wyspa stała się najpierw rezerwatem przyrody, a później, w 2009 roku, otrzymała oficjalnie miano parku narodowego. Była częścią Sainte Anne Marine National Park, ale na własnych, odrębnych prawach – stając się tym samym jednym z najmniejszych parków narodowych na świecie.

René Antoine Lafortune zmarł w 2007 roku. Zdjęcie przyjaciół na plaży wykonano na jakiś czas przed wydaniem książki A grain of Sand w 1996 roku. Prawdziwy rozgłos Moyenne zyskała jednak kilka lat później, gdy w 2010 roku powstał film dokumentalny o tym samym tytule w reżyserii Josepha Johnsona. Film daje możliwość „spotkania” z Brendonem Grimshawem, który zmarł zaledwie dwa lata później, tuż przed swoimi 87. urodzinami. Napis na jego nagrobku głosi: „Moyenne otworzyła jego oczy na piękno i nauczyła dziękować Bogu”.
Grimshaw był ostatnim właścicielem wyspy. Zgodnie z jego wolą Moyenne zarządza teraz jego przyjaciel Suketu Patel, stojący na czele Moyenne Island Foundation, której celem jest kontynuacja wizji Grimshawa – zachowanie naturalnego piękna wyspy dla kolejnych pokoleń. Wyspa jest otwarta dla zwiedzających, ale nie oferuje miejsc noclegowych. Jest tam mała restauracja, domek strażnika, kapliczka oraz muzeum poświęcone historii wyspy i jej wieloletniego gospodarza.
*
Jeśli przymkniemy oko na uprzywilejowaną pozycję Grimshawa, jego zapędy o charakterze ciut postkolonialnym i pewne luki w tej opowieści, możemy uznać ją za historię niemal miłosną. Człowiek i wyspa. Oaza przyrody na oceanie komercji, pośród burzliwych wód, którymi zazwyczaj bezwzględnie rządzą pieniądze. Dobrze, że czasem zdarzy się ktoś, kto potrafi się im oprzeć.

*
Źródła: Daily Mail, Explorers Web, Grimshaw Origins and History, Seychells Nation








