Pedałowałem wzdłuż kultowej habsburskiej trasy i myślałem o dziesiątkach zwykle nieczynnych już pociągów, którymi marzyłem pojechać. Dakar – Bamako. Kair – Kapsztad, z przesiadkami. Ateny – Stambuł. Buenos Aires – La Paz. Bangkok – Singapur. Bombaj – Koczin, wzdłuż oceanu. Zapragnąłem tego, odkąd wsiadłem w Kolej Transsyberyjską. Być może w ostatniej chwili zdążyłem posmakować podróży z Yangonu w Mjanmie do Myitkyiny u podnóża Himalajów Birmańskich.
***
Jechałem trzy dni. Pociąg wlókł się jak zaprzężony wół wskroś dżungli, kolebiąc się na boki niczym w lunaparku. W wagonie restauracyjnym nie było szyb. Las wdzierał się do środka z ptakami i insektami. Gałęzie zrzucały kufle. Nocą spowijał nas słodki od tropikalnych woni mrok, od którego można było oszaleć. Na północ od Mandalaj we wsiach nie było już prądu. Czasem w oddali pełgały łuny świec. Nocą na środku torów zapłonęło wielkie ognisko i pociąg stanął. Bałem się, że to rebelianci. Tego już po dobie nie da się znieść na trzeźwo. Wszyscy upili się w sztok, łącznie ze mną. O świcie, w hałasie małp, spoceni mężczyźni z ustami czerwonymi od betelu podnosili głowy z poklejonych blatów.
Nie sposób o tym zapomnieć. Tej bliskości światów, gdy kultura tak śmiało miesza się z naturą. Dlatego, kiedy mogę, wsiadam w powolne pociągi, które gdzieniegdzie utrzymują dla turystów, albo szukam nieczynnych linii kolejowych, wzdłuż których tworzy się trasy rowerowe, jak Ciro Trail w Bośni i Hercegowinie.

To całkiem nowa inicjatywa. Bośniaccy cykliści zrzeszeni w federacji postanowili parę lat temu pozyskać fundusze z Unii Europejskiej, by przywrócić do życia w innej formie tę nieczynną od 1971 roku trasę, przy braku realnych szans na przywrócenie ruchu kolejowego. Dać podupadłej prowincji, Hercegowinie, drugie życie. Pociąg Ciro był chlubą wpierw Cesarstwa Habsburgów, a potem Jugosławii. Długo woził pasażerów na linii Wiedeń – Dubrownik przez Sarajewo. Spragnieni słońca turyści regularnie kursowali nad Adriatyk. Ciro pokonywał wyniosłe pasma górskie. Pełzł niczym gąsienica zygzakami w wydrążonych tunelach. Wyjeżdżał na porośnięte makią pustkowia, by znów zanurzyć się w korytarze pełne nietoperzy.
Ciro Trail, nieźle oznakowane, zaczyna się dziś w Mostarze. Postanowiłem zacząć wcześniej w Sarajewie i pokonać rowerem pasma górskie, które dzielą te dwa miasta. Sarajewo otaczają zbocza porośnięte niemal czarnymi świerkami. Długo obserwowałem je z okien balkonu pensjonatu na przedmieściach. Podróżuję od lat, a jednak nim wyruszę w trasę, lekki niepokój, podsycany ciekawością, jakby wzmaga się z biegiem czasu. Wystarczyło jednak odbić się od miasta, by zaznać ukojenia pomimo ostrego podjazdu. To są duże przewyższenia. Podjazd na grzbiet Bjelašnicy, z sakwami, zajął mi cały dzień.

Powyżej granicy iglastych lasów zaczynają się rozległe gołe planiny. Grzbiet załamuje się i otwiera widok na kotlinę, niewidoczną z dołu, bo obramowaną skałami. Jej środkiem prowadzi pylista dróżka, którą pędzi się bez pewności, gdzie spędzimy następną noc. Była bezludna. Mijałem tylko stada zwierząt i stare samotne drzewa. To świat złożony z błękitu i zieleni, która na tym pułapie zdaje się tylko kolejną warstwą nieba. Dotarłem na noc do Lukomiru. To tak, jakby posadzić sporą wieś na Hali Gąsienicowej. Nad urwiskiem, gdzie przytyka na widok spiętrzonej masy czystej materii. Antropomorficzne formacje, wapienne nyże w kanionie Rakitnicy, jakby wygrzebane równiutko łyżeczką (olbrzyma, rzecz jasna), wcale nie łagodzą wrażeń, jak zwykle wymuszając pytanie o siłę, która ją zrodziła.
Nie sądziłem, że dalszy etap tak umęczy. Po długim zjeździe przez obsadzone winoroślą i oberżyną wsie w barwie terakoty, z zębiastym masywem Prenj na widnokręgu, dotarłem do miasteczka Konjic, skąd zaczyna się morderczy podjazd, najpierw do jeziora Boračko, a potem widowiskowym trawersem, szutrową ścieżką wśród odmienionych już, wilgotnych, jakby subtropikalnych lasów. Resztką sił dociągnąłem do Mostaru (na przyszłość: dokładniej studiować wykresy wysokości).

Dopiero tam, w tych wszystkich miastach, jak Sarajewo i Mostar, człowiek pojmuje, że bałkańskie wojny w latach dziewięćdziesiątych toczyły się w wielkich górach. Strach musiał być podwójny, bo nigdy nie było wiadomo, co i skąd nadchodzi. Taki Mostar. Przecież to mieścina. Z jednej strony rzeki Bośniacy (muzułmanie), z drugiej Chorwaci (katolicy). Tak jest do dziś.
Tam, gdy z minaretu rozległ się cudowny śpiew kobiety zamiast muezzina, wzięło mnie na szczerość i wyznałem Toniemu, współtwórcy Ciro Trail, że nie wiem, jak po tym wszystkim mogli obok siebie żyć. Toni odparł, że tak naprawdę to sam też nie wie. Muzea ludobójstwa w Sarajewie (czy w Mostarze) łamią serce. Jest strach, że to wróci, w szczególności w obecnej sytuacji politycznej. Bośniacki taksówkarz powiedział mi: „Niektórzy tylko czekają na odpowiedni moment”. Wystarczy poczytać analizy rozmaitych instytucji, żeby przekonać się, jak krucha jest polityczna rzeczywistość Bośni i Hercegowiny.
Za Mostarem zaczynają się żółte znaki Ciro. Trasa śladem szyn wiedzie po płaskim bądź łagodnie się wspina. Z dala od wsi i miast, w ciepło wapiennych skał, jak dawniej. Należało mi się po wyrypie w górach – najpierw lekki zjazd przez dziesiątki kilometrów. Po drodze wsie Hercegowiny, bardzo zwyczajne. Pranie w oknach i śpiew kobiet z balkonu. Miasteczka, pospolite i senne, jakby przeniesione ze Słowacji. Zadymione bary, sami faceci zmęczeni po weekendzie. Szaro jak w latach dziewięćdziesiątych. Tylko kawa bez zmian, smaczna, ze starych włoskich ekspresów. Czegóż chcieć więcej w podróży rowerem? Postój. Kawa i cola. Chwilowa przynależność do obcego świata. Nim świat zdąży nas odrzucić, już nas nie ma.

Opuściłem zamieszkane miejscowości. Ciro oddalał się od nich, wnikając w nagą pustkę. Przedzierał się przez wyniosłe grzbiety, które dzieliły pasażerów od gwarnego wybrzeża. Światło reflektorów lokomotywy drążyło mrok tuneli. Ja mijałem już ruiny dworców. Czasem w samotnych domu mieszkali jeszcze ludzie. Być może żyli tu, gdy jeździła kolej, duma i krew Hercegowiny. Jedyna nadzieja i środek transportu do miast i pracy. Są takie miejsca na świecie, dla których pociąg jest dosłownie warunkiem bytu.
Może kiedyś, jadąc przez chorwacką Dalmację, myśleliście, co znajduje się w tych suchych nabrzeżnych górach. To chyba powszechne, ale nieomawiane uczucie: widok tak silnie oswojony, że tłumi pragnienie, by sprawdzić, co skrywa. Polja – długie na dziesiątki kilometrów pola krasowe, które przypominają tanzańskie płaskowyże. Bezludzie – czasem drogę przepełzła żmija albo półmetrowa jaszczura, jaskrawsza od moich odblaskowych szelek. Kamienne wsie, jak Rawno. Nieco bliżej Dubrownika, więc z zalążkami infrastruktury. Ale i tak jest jak w starym filmie.

Samotny pensjonat. Na wzgórzu jedyny spożywczak i zgniłe owoce. Pijani na umór policjanci, którzy wytaczają się wieczorem z auta. Głosy z biesiady przy butelkach Žilavki i Blatiny wyznaczają subtelne granice tego, co ludzkie. Ciro prowadzi przez zniszczone wsie. To odważny szlak, bo odsłania Bałkany bez lukru. Hercegowinę, która nikomu nie chce się przypodobać. Szkielety budynków. Samotne dziecko na ulicy. Tak było w Hutowie. Na ścianie graffiti Hajduk Split, w jedynym barze trzech zniszczonych facetów. Golnęli po trzy kieliszki rakiji i rozeszli się, jeden pieszo, drugi rowerem, trzeci wozem z sianem, i zostałem sam z telewizorem.
Szlak, daleko od szosy, zaprasza do starych tunelów. Nie chciałbym w nich złapać kapcia. Spłoszone ptaki robią raban nad głową. Czuć ostrą woń namuliska i zwierzęcych odchodów. Droga, raz szutrowa, czasem asfaltowa, prowadzi w końcu długim nasypem na ostatnie wzniesienia. Z drugiej strony jest już światło Adriatyku. Jazda wzdłuż tych samych współrzędnych, którymi przed laty przemierzali inni ludzie, wzbudza nieokreśloną, ale silną solidarność z przeszłością, jakby zgodność ruchu w przestrzeni kurczyła czas. Gdy zza linii gór podnosił się ciemny błękit Adriatyku, widziałem dwie dłonie, dziecka i ojca, którzy wyczekują na ten widok. Jest 1964 rok. Jugosławia. Jest spokojnie i bezpiecznie. Wojna dawno się skończyła. Zaczynają się wakacje.

Być może przez to, gdy zjeżdżałem do Dubrownika, zapragnąłem popłynąć z rowerem na wyspę, która majaczyła na horyzoncie. Jej zieleń i błękit też nie są z tego świata. Miałem z nią porachunki. Pięć lat wcześniej siedziała tam pewna smutna para w lęku o przyszłość. Skoro czas nierozerwalnie wiąże się z przestrzenią, to być może, gdy pojawiamy się na miejscu z wehikułem czasu, czyli pamięcią, to zachodzą jeszcze niezbadane reakcje. W huku cykad pędziłem przez kolejne góry i dotarłem do celu. Siedzieli na pniu wpatrzeni w morze. Szepnąłem im coś do ucha dla otuchy. Jeszcze będzie dobrze.
***
Materiał ukazał się pierwotnie w 25. numerze Outdoor Magazynu (wiosna 2024).











