Bez przesady z tą ekologią!

przez Michał Gurgul | Opublikowano 20 marca 2019 14:08

Pod tym przewrotnym tytułem kryje się jedna z wielu prób odnalezienia równowagi w dyskusji na tematy ekologiczne. Rozważania te nie mają na celu wskazania właściwej drogi, nie są też krytyką decyzji, które podejmujemy w różnych (nie tylko outdoorowych) dziedzinach życia, bo te każdy z nas musi podjąć sam – z własnej, nieprzymuszonej woli.

Skuteczny i łatwy sposób na naprawę kurtki puchowej (fot. Michał Gurgul / Outdoor Magazyn)

Nie lubię, kiedy ludzie używają w stosunku do mnie wyrażenia „nadgorliwość jest gorsza od faszyzmu”. Bo jak można mówić o nadgorliwości w przypadku ochrony przyrody czy ogólnej dbałość o stan naszego środowiska naturalnego? Dlatego nie przejmuję się tym, co mówią ludzie i dalej myję zęby patykiem.

Patyk jest oczywiście drewniany, więc podlega recyklingowi. Sprawa jednak nie jest tak oczywista, jak mogło by się wydawać. Abstrahując od sporadycznych drzazg w dziąsłach, samo pozyskanie odpowiedniego patyka nie jest proste. Nie możemy przecież, idąc za śladem Marokańczyków, urwać kawałka gałązki różanej i przystąpić do szorowania. Gałązki, jak wszystkie rośliny, zamieniają śmiercionośny dwutlenek węgla w życiodajny tlen, więc byłoby to – pośrednio – samobójstwo.

Nie można też po prostu wydrzeć z lasu uschniętej i opadłej na ziemię gałązki. Zachowanie takie jest niekorzystne dla całego ekosystemu, a w szczególności tej części łańcucha pokarmowego, która przebiega przez gęstą warstwę ściółki leśnej. W wielu miejscach również niezgodne z prawem. „Co by było, gdyby każdy tak robił?”

Wydaje się, że jedynym, stosunkowo ekologicznym rozwiązaniem problemu, jest pozyskanie patyczka z odzysku. Więc tak się składa, że myję ostatnio moje siekacze (nie muszę chyba wspominać, że bez użycia pasty do zębów), kawałkiem starej wersalki.

Czasem tylko zastanawiam się, po co je myję w ogóle, skoro nic prawie już nie jem z uwagi na wyczerpujące się zasoby Ziemi i nieekonomiczne nimi gospodarowanie. Nie jem zwierząt, produktów od nich pochodnych, ani roślin. W ogóle niewiele rzeczy do jedzenia mi pozostało. Staram się też ograniczać picie wody, w związku z czym myślą coraz częściej zaprzątającą mój deliryczny już umysł jest pytanie: „Czy moje ciało – gdy umrę – poddane zostanie recyklingowi?”

To czyste szaleństwo

Każdy z nas wyposażony jest w wolną wolę. W wielu aspektach życia, w tym w decyzjach ekologicznych, tylko od nas zależy, jaką ścieżkę obierzemy. Pomimo wprowadzanych coraz częściej nowych zasad i rozporządzeń, literą prawa bardzo trudno jest te proekologiczne zachowania wyegzekwować.

Wszystko więc, nieco wyolbrzymiając – zależy od nas. To my, na co dzień, na każdym kroku, podejmujemy kolejne bardziej lub mniej ekologiczne decyzje. My szukamy równowagi pomiędzy tym, co jest dla nas przyjemne, wygodne, a tym, co dobre dla naszej wspólnej matki – Natury.

Czytając przytoczony przykład proekologicznego podejścia do życia, wielu z Was chwyci się za głowę i powie: „Bez przesady z tą ekologią! Przecież to czyste szaleństwo…”. Oczywiście, tak ekstremalne zachowania zawsze (tu czy ówdzie) uniosą jakąś brew lub sprawią, że czyjś palec zbliży się do skroni w jednoznacznym geście.

Czy jest się czemu dziwić?

Czemu jednak mycie zębów fragmentem wersalki (z powodów ekologicznych) miałoby dziwić nas bardziej niż np. modna fryzura, tatuaż, ciuchy na czasie, kolejny plecak, namiot, latarka czy kurtka z najnowszą membraną?

Dużą wagę przywiązujemy do rzeczy, które zdają się nas najściślej dotyczyć. Nasz wygląd, zdrowie, osiągi sportowe, później mieszkanie, samochód itp. A przecież środowisko naturalne, szczególnie dla nas – ludzi outdooru – jest „przedłużeniem” domu. Jest źródłem intensywnych emocji, przyjemności oraz relaksu. Dlaczego mielibyśmy przywiązywać mniejszą wagę do jego ochrony niż np. do wyboru kolejnej pary trekkingowych skarpetek?

Nie widzę powodu. Wiem jednak, czemu przychodzi to trudniej. Skarpetki będziemy nosić tylko my, a środowisko naturalne „ubierają” kolejno wszyscy.

Środowisko naturalne to nasze wspólne skarpetki – czy to powód, by były brudne?

Trudniej jest poczuć odpowiedzialność za coś tak ogromnego, coś co należy do wszystkich. Na dodatek świadomość pozornie nikłego wpływu naszych indywidualnych czynów sprawia, że zadajemy sobie pytanie, czy w ogóle warto się „męczyć”. Bo skoro rolnik starym traktorem wywozi do lasu zużyte opony i pralkę, to jaki efekt może mieć wybór tego czy innego modelu kurtki?

Niemniej, tak jak w przytoczonym przykładzie – co by było, gdyby wszyscy uznali, że nie warto się męczyć? Albo odwróćmy pytanie – co by było, gdyby wszyscy uznali, że warto? Czy wszyscy mielibyśmy próchnicę? Niekoniecznie. Oto kilka przykładów.

Dzień Ziemi przeszedłby do historii

Nie wątpię, że wszyscy czytelnicy Outdoor Magazynu zbierają po sobie śmieci. Czy to podczas wspinaczkowego weekendu w skałkach, czy na górskim szlaku, czy na plaży, w parku. Jednak niestety, nie wszyscy czytają OM. Dlatego śmieci porzuconych „na trawie” jest więcej niż nas.

Z drugiej strony, jest nas na tyle dużo, że gdyby każdy oprócz swoich śmieci spakował kilka papierków czy butelek leżących gdzieś obok, akcje takie jak „Czyste Tatry” nie byłyby już potrzebne.

Wiem, że to nie przychodzi łatwo – jest pewna bariera, którą trudno przełamać. Sam mam z tym problem. Ta bariera, jak wiele innych, tkwi w świadomości.

Każdy wyglądałby jak włóczęga

Lubimy sprzęt. Wszyscy outdoorowi entuzjaści, z redakcją OM na czele. Lubimy nowinki, lubimy o nich pisać, lubimy je dla Was testować. Coraz częściej podczas zakupów zwracamy uwagę na „ekologiczną stronę” produktu.

Kupowanie w różnym stopniu „ekologicznego” sprzętu nie rozwiąże jednak problemu. Co by było, gdybyśmy poszli o krok dalej? Z troski o środowisko przestalibyśmy (przynajmniej tak często) zaglądać do sklepów górskich. Wiem, nie odkrywam Ameryki – Patagonia trąbi o tym od kilku lat. Ale kto w Polsce faktycznie postępuje w ten sposób?

Połatane spodnie wspinaczkowe (fot. Michał Gurgul / Outdoor Magazyn)

Zresztą dotyczy to przecież również odzieży, obuwia, elektronicznych gadżetów i w ogóle wszystkiego, co kupujemy na co dzień. Wiem, że spotkam Was częściej w lesie lub na tatrzańskiej grani, ale każdy z nas czasem zagląda również do galerii handlowej…

To temat rzeka. Kupowanie rzeczy (szczególnie podczas szalonych promocji) to prosta przyjemność – zastrzyk endorfin potwierdzony przez naukowców. Powstrzymanie się od niego to kolejny krok poza niewidzialną barierę – trudny, choć warty rozwagi.

Nocą w lasach byłoby ciemno

Może i teraz nie jest specjalnie jasno, jednak bohater pierwszego przykładu poruszył istotną kwestię zbierania drewna w lesie. I słusznie – w wielu miejscach jest to zabronione, a w innych, nawet jeśli nie jest, powinniśmy mieć na względzie to, że zbierając uschnięte gałęzie ingerujemy w naturalne procesy zachodzące w tej najbliższej ziemi warstwie lasu.

Jestem przekonany, że większość naszych Czytelników świadomie i bezpiecznie obchodzi się z ogniem na łonie natury. Ale jak wielu z nas zastanawia się nad skutkami palenia ognisk?

Sam jestem zwolennikiem biwaków przy palenisku, które daje poczucie bezpieczeństwa, ciepło, światło i tyle atawistycznej, pierwotnej uciechy. I w tym przypadku nie jestem w stanie przekroczyć wspominanej już kilkukrotnie bariery – zrezygnować z ogniska na rzecz lampki ledowej (oczywiście robię to w sytuacjach, które tego wymagają). Czy to oznacza, że tu kończy się moja troska o środowisko?

Chyba tak… (fot. Michał Gurgul / Outdoor Magazyn)

Chyba muszę przyznać, że tak. Ale odkąd zacząłem zastanawiać się nad „ekologią w outdoorze”, staram się palić mniejsze ogniska – bardziej ekonomicznie gospodarować drewnem. Wiem też (m.in. od naszych Czytelników), że są już w Polsce osoby, które noszą drewno do lasu – czy to właśnie nie jest kolejny krok?

To tylko kilka przykładów obrazujących bariery istniejące w naszych umysłach. Granice świadomości, w obrębie których poruszamy się w obawie przed utratą pewnego poziomu komfortu, do którego zdążyliśmy już przywyknąć. Czy kupimy nową kurtkę, o nieco gorszych właściwościach wodoodpornych, tylko dlatego, że w przyszłości może stać się nawozem dla naszych marchewek?

Ekolog / super-ekolog / hiper-ekolog – stopniowanie świadomości

Zresztą może nie chodzi nawet o to, aby wszyscy naraz przeskakiwali przytoczone powyżej bariery. Bo, oczywiście, możemy łatwo scharakteryzować: ekologa – który używa butelki PET wielokrotnie, po czym zgniata ją i wyrzuca do odpowiedniego kubła, super-ekologa – który używa butelki wielokrotnego użytku, i hiper-ekologa – który pominął zakup butelki, nie narażając matki Natury na żadne wydatki zasobów, i pije wodę bezpośrednio ze strumyka.

Możemy nawet spotkać gdzieniegdzie ekologicznego wariata, który myje zęby patykiem. Wydaje mi się, że ważniejsza od tego „przeskakiwania poziomów” jest sama świadomość problemu, chwila zastanowienia.

Nie jedna. Ale na każdym kroku, na co dzień. Tak jak zastanawiamy się, co ubrać, co zjeść na obiad, tak samo powinniśmy myśleć o tym, jaki poziom ekologii wybieramy – jaki to ubranie, albo to jedzenie (np. czy jest zapakowane w 3 plastikowe opakowania / torebki) ma wpływ na otaczający nas świat.

To jedno ognisko, jedna butelka, czy nowa kurtka przeciwdeszczowa może nie spowodować globalnej zagłady – nawet jeśli każdy z nas równocześnie je zapali, wyrzuci, założy – może nie od razu. Ale są to setki pomniejszych decyzji, które podejmujemy na co dzień, często zupełnie bez świadomości ich wpływu na środowisko. Wyrobienie ekoświadomości to pierwszy i najważniejszy krok, który może uchronić nas przed zapowiadaną (może nieco na wyrost, a może nie) apokalipsą.

Niedawno jeszcze niemal wszyscy na wycieczkę w góry kupowali w sklepie wodę w plastikowej butelce. Bo wygodnie, „wypijesz, wyrzucisz, nie trzeba myć, nie trzeba nosić”. Dzisiaj większość z nas używa bidonów, butelek, lub przynajmniej – po kilka razy napełnia tę samą butelkę PET, a na koniec wyrzuca ją do właściwego pojemnika (fot. Michał Gurgul / Outdoor Magazyn)

Ekologiczne decyzje

Przykładów ekologicznych zachowań, barier, decyzji do podjęcia jest wiele. Tych outdoorowych i tych codziennych. Czym dojeżdżamy do pracy, co jemy, ile kupujemy rzeczy w ogóle – czy są nam potrzebne i co robimy, gdy już nie są – czy segregujemy śmieci, zgniatamy opakowania, jakiego płynu do naczyń używamy, proszku do prania i kosmetyków (znowu: nieekologiczne / ekologiczne / w ogóle). Jak wspominałem, mamy wolną wolę – możemy dowolnie dokonywać wyborów w każdej dziedzinie życia.

Inicjatywy różnych outdoorowych marek są oczywiście bardzo szlachetne i sugerują dobry kierunek. Wydaje mi się jednak, że jeszcze ważniejsze jest to, abyśmy nie podążali ślepo wytyczaną przed nami „ekologiczną ścieżką” – sami musimy codziennie oceniać, czy nie wyprowadzi ona nas na manowce.

Nieraz podejmiemy decyzje szkodliwe dla środowiska – to nieuniknione. Ale jeśli będziemy tego świadomi, postaramy się ograniczyć ich skutki, lub spróbujemy „odrobić” szkodę w innej sytuacji.

Ja sam nie zrezygnuję z dojazdów w skałki po pracy, nieprzemakalnego namiotu czy wygodnych butów trekkingowych. Gdy będzie mi zimno, albo gdy będę bał się niedźwiedzia, rozpalę ognisko. Jednak innym razem, nie kupię ogrzewacza do rąk, kolejnej „ekologicznej” butelki, czy zegarka, który podpowie mi, czy dobrze spałem.

Przypuszczam również, że niewiele osób po przeczytaniu tego artykułu zacznie myć zęby patykiem. Mam nadzieję, że nie. Uważam jednak, że warto zastanowić się nad tym zwariowanym nieco przykładem, tak samo, jak warto zastanawiać się nad setkami innych decyzji, które podejmujemy na każdym kroku.

Ekologia staje się filozofią, która wcale nie musi komplikować nam życia. Niejednokrotnie może je wręcz ułatwiać…

Mam nadzieję, że gdy już umrę z głodu lub odwodnienia, a moje ciało zostanie wykorzystane jako nawóz lub coś równie pożytecznego, ktoś zaopiekuje się moimi spodniami.

Noszę je od 20 lat, a ponieważ nie nadają się do recyklingu, nawet gdy rozpruły się w pół, musiałem jakoś z powrotem je zaszyć. Poza wartością sentymentalną nie przedstawiają już żadnych walorów technicznych – nie chronią przed deszczem, wiatrem, ani nie są zbyt ciepłe…

Zaoszczędziłem jednak dzięki nim wiele pieniędzy i czasu. Za każdym razem, gdy pojawiała się nowa dziura, nie odkładałem pieniędzy, nie czytałem testów w outdoorowych czasopismach i nie wertowałem godzinami ofert sklepów internetowych w poszukiwaniu najlepszego, ekologicznego modelu. Nie musiałem przymierzać, odsyłać, wymieniać. Nie musiałem nawet zastanawiać się nad kolorem – ten sam zmieniał się wraz z upływem lat.

W każdym przypadku zaszywałem dziurę nieekologiczną (chyba) nicią lub prosiłem o to lokalną krawcową.

Czasem, gdy ktoś dziwnie na mnie spogląda, myśląc może, że jestem lumpem, uśmiecham się z satysfakcją. Co najwyżej dirtbagiem, a to uważam za określenie jak najbardziej pochlebne.

Michał Gurgul

***

Tekst ukazał się pierwotnie w 5. numerze Outdoor Magazynu. Wśród artykułów numeru znajdowała się również historia słynnego amerykańskiego wspinacza i dirtbaga, Freda Beckey, do którego autor nawiązuje w ostatnich słowach powyższego tekstu. Wszystkie poprzednie numery czasopisma znajdziecie w księgarni Wspinanie.pl – zarówno w tradycyjnej, jak i bardziej ekologicznej, elektronicznej wersji. Decyzja, którą wersję wybierzecie należy do Was ;)

Tagi

Skomentuj

XHTML: Możesz korzystać z tych znaczników HTML: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

 


Outdoor Magazyn