„Mamo, śpiewaj!” – o wychowywaniu dziecka na łonie natury

przez Michał Gurgul | Opublikowano 20 grudnia 2018 11:05

Dla wielu osób okres przychodzący po narodzinach dziecka to trudny, wymagający wysiłku i poświęcenia czas. Outdoorowe pasje nieraz schodzą wtedy na dalszy plan. Powodem jest często brak czasu, zabiegany tryb życia oraz spotęgowane przez nową sytuację trudności koncepcyjne i logistyczne, które wydają się uniemożliwiać dalsze i bliższe wyprawy. Czy jednak musi tak być? Czy posiadanie dzieci faktycznie musi ograniczać spektrum naszych wyjazdowych możliwości? Zapytaliśmy o to Kasię Biernacką.

Zuzia wraz z grupą dzieci w podziemnych korytarzach we Francji, 2012 (fot. Kasia Biernacka)

Problem pogodzenia wielomiesięcznych wypraw eksploracyjnych z wychowywaniem dzieci, oczywiście, większości z nas nie dotyczy. Jednak na pewnym etapie życia każdy staje przed mniejszymi lub większymi dylematami związanymi z potrzebami dzieci i realizacją własnych planów i marzeń. Nawet, jeśli w grę wchodzi dwutygodniowy wakacyjny wyjazd nad morze lub w góry, stajemy przed swoistym wyzwaniem. Obawiamy się, czy urlop spędzony na łonie natury, w „prymitywnych” polowych warunkach nie zaszkodzi dziecku, czy odpoczynek nie zamieni się dla nas w ciężką harówkę i czy dziecko nie będzie się nudzić – czy warto zaryzykować?

Kasia Biernacka, mama 12-letniej Zuzi, profesjonalna fotografka i grotołazka, przekonuje nas, że strach ma tylko wielkie oczy, a korzyści płynące ze wspólnego podróżowania i przebywania na łonie natury z małym lub dorastającym dzieckiem są ogromne. Dla obu stron.

Zuzia w Meksyku, 2009 rok (fot. Kasia Biernacka)

***

Michał Gurgul: Zanim urodziła się Twoja córka Zuzia, byłaś już aktywnym grotołazem i profesjonalnym fotografem. Dużo podróżowałaś i przypuszczam, że dużo czasu spędzałaś pod ziemią. Jak to się zmieniło, gdy w Twoim życiu pojawiła się ta nowa, wyjątkowa, mała osoba?

Kasia Biernacka: W momencie, w którym pojawia się dziecko, rodzice spragnieni wytchnienia czasem urywają się na chwilę, by realizować swoje pasje – zostawiają malucha np. u dziadków. My z Marcinem (red. Marcin Gala – tata Zuzi, były partner Kasi, grotołaz i nurek jaskiniowy) nie mieliśmy takiej możliwości, więc po prostu zabieraliśmy córkę ze sobą. Od początku jeździliśmy razem w skały, w góry i do jaskiń. Gdy Zuzia miała 9 miesięcy, pojechaliśmy całą rodziną do jaskiń lawowych na Hawajach. Nie była to eksploracja, tylko zwiedzanie i robienie zdjęć. Tunele lawowe są w większości poziome i obszerne. Zuzię nosiliśmy w foteliku samochodowym. Marcin zrobił mi wtedy zdjęcie, jak karmię dziecko piersią w jaskini (śmiech). Łatwiej zabierać dziecko ze sobą, gdy dzieli się pasję z partnerem. Można wtedy na zmianę się nim zajmować. Jeden rodzic idzie na parę dni do jaskini, drugi zostaje na powierzchni z dzieckiem, potem zamiana.

To dość ekstremalny przykład pierwszych wakacji z dzieckiem. Wielu osobom coś takiego wydawać się może niewykonalne.

Tak, spotykam się z takim podejściem podczas prezentacji o jaskiniach, które prowadzę dla dorosłych. Gdy pokazuję filmy i zdjęcia z wypraw, na których byliśmy z 2- albo 3-letnią Zuzią, są zaskoczeni. To daje im do myślenia, otwiera oczy. Na ogół ludzie uważają, że z dzieckiem na wakacje można wybrać się tylko tam, gdzie jest bezpiecznie i spokojnie. No i tam, gdzie można łatwo dojechać. Często myślą też, że najlepiej poczekać, aż dorośnie. Jest dokładnie na odwrót, z maleńkim dzieckiem jeździ się najłatwiej! Ono w ogóle nie protestuje, a rodzice są dla niego najlepszym towarzystwem. Starsze dziecko bardziej potrzebuje towarzystwa rówieśników, a to dodatkowo komplikuje planowanie podróży.

Zuzia podczas jednaj z wypraw do Hiszpanii / Kasia Biernacka /
– Picos de Europa, 2015 (fot. Kasia Biernacka)

Rozumiem, że na początku po prostu nie mieliście innego wyjścia – Zuzia musiała jechać z Wami, a zrezygnowanie z wyprawy nie wchodziło w grę?

Tak, ale dzięki temu, że trochę samolubnie nie chcieliśmy zrezygnować z własnej pasji, daliśmy jej wiele wzruszających momentów. Okazało się, że to ma same plusy. Przede wszystkim dziecko jest cały czas z rodzicami. To jest bardzo ważne – podczas takich wyjazdów powstają najsilniejsze więzi. Rodziców z dzieckiem łączą dodatkowo przeżycia, których tutaj na co dzień po prostu nie ma. Zuzia mówi dzisiaj, że wszystko pamięta, ale oczywiście swoje przygody z najmłodszych lat pamięta głównie ze zdjęć. Teraz, gdy ma 12 lat, docenia to. Mówi, że miała fajne dzieciństwo – wcześniej może tego nie dostrzegała, bo była za mała, ale teraz to werbalizuje. I to jest miłe.

W ten sposób zachęcasz ją do pewnego stylu życia. Czy chciałabyś, żeby poszła w Twoje ślady?

W sposób naturalny zawsze pokazujesz dziecku swoją aktywność, swoją pasję. Kilka lat temu Zuzia odwiedziła z nami parę jaskiń we Francji, ale woli się wspinać albo po prostu podchodzić czy zjeżdżać po linach. Raczej nie zostanie grotołazem i my nie mamy w ogóle takich ambicji. Chciałabym, żeby ceniła sobie bycie w przyrodzie. Żeby lubiła się ruszać, wyjeżdżać z domu. I to się już udało.

Podczas jednej z wypraw nadarzyła się okazja sprawdzenia swoich sił na torze linowym. Zuzia pokonała go szybciej i w lepszym stylu niż niejeden grotołaz. Meksyk, 2017 (fot. Kasia Biernacka)

Powoli docieramy do głównego zagadnienia naszej rozmowy. Bo przecież w tych podróżach z małym dzieckiem nie chodzi o zaspokojenie egoistycznych potrzeb (choć w pewnym stopniu też może tak być), ale głównie o to, co możemy dziecku pokazać. Takie wyjazdy są przecież doskonałą okazją do tego, aby przedstawić potomkowi świat taki, jakim my go postrzegamy.

Oczywiście! Dziecko jest częścią twojego życia nie tylko w wybranych jego aspektach, ale życia w całości. W Meksyku dzieciaki uczestniczą w życiu swoich rodziców prawie na 100 proc. Razem pracują w polu, w sklepie czy w domu, wspólnie spędzają wolny czas, jedzą i śpią. U nas dzieciństwo bardzo oddziela się od dorosłości. Podróże z dzieckiem są sposobem na ponowne połączenie tych dwóch światów. Ja nie lubię siebie tutaj, w mieście, bo jestem wiecznie zagoniona i w konsekwencji często nieobecna myślami. Na wyprawach mam czas, jestem spokojniejsza, mogę poświęcić więcej uwagi dziecku – jestem innym człowiekiem. Mogłabym wyjeżdżać cały czas (śmiech).

Czyli przeżywanie przygód z dzieckiem, w podróży lub na wyprawie jest pełniejsze?

Pełniejsze, a także bardziej kreatywne. Jadąc na wyprawę, nie jesteś w stanie zabrać zabawek (oprócz trzech ulubionych pluszaków). Musisz je robić na miejscu. I to jest fajne – również dla rodziców. Bo to, że tutaj mamy wszystko gotowe, to wyłącza u dorosłych kreatywność. Robiąc zabawki samemu, czy wspólnie z dzieckiem, możecie się świetnie bawić. Myślę, że to jest dobre dla obu stron. Zresztą zabawką na takim wyjeździe może być wszystko.

Na zdjęciach widzę, że Zuzia nie zawsze ma okazję pobawić się z rówieśnikami na Twoich wyprawach – rozumiem, że w bazie grotołazów nie ma innych dzieci – co wtedy?

Jeśli dziecko uczestniczy w twoim życiu, zna twoich znajomych. Zuzia podczas naszych wypraw poznała ludzi z różnych krajów. Wielu z nich, pomimo że są to dorośli, traktuje jak swoich kolegów. To kolejny pozytywny aspekt takich podróży. Nie ma granicy pomiędzy światem dorosłych i dzieci. Ludzie żyli w grupach koczowniczych przez tysiące lat – ja zdecydowanie lepiej funkcjonuję w grupie i dlatego jest mi tak dobrze na wyprawach. Jest grupa – może nie za duża, mniej więcej 20 osób – jest podział zadań i dzieci fajnie się w tym odnajdują. Zuzia w domu nie pali się do zadań domowych, natomiast tam włącza się w działania obozowe bardzo chętnie. To też jest dobra szkoła życia – czuje się częścią grupy. Teraz jest w harcerstwie i wiem, że tam też ją chwalą.

Wydaje się, że przebywanie w takiej grupie, szczególnie międzynarodowej, może mieć duży wpływ na rozwój dziecka. Podobnie jak spędzanie czasu na łonie natury. Jakie są Twoje obserwacje?

To ma bardzo szeroki zasięg. Podczas tego typu wyjazdów dziecko rozwija sensorykę, sprawność fizyczną, zaciekawienie światem i buduje zaufanie do dorosłych – widzi, że oni też mogą być fajni. Gdy byliśmy na wyprawie w Hiszpanii, w górach Picos de Europa, nasz obóz znajdował się na wysokości 2000 m. Zuzia miała 1,5 roku i jeszcze nie chodziła zbyt dobrze, zwłaszcza w tak wymagającym terenie, pełnym kamieni, nierówności i lejów krasowych. W ciągu miesiąca zrobiła ogromne postępy w rozwoju motorycznym.

Ale nie można mieć też zbyt wielkich oczekiwań. Często na wyprawy jaskiniowe jeździmy z Amerykanami. Trochę liczyłam na to, że spędzając 1/10 roku wśród ludzi mówiących po angielsku, Zuzia będzie świetnie mówić w tym języku już w wieku 3–4 lat. Tak się nie stało. Może jest to kwestia osobowościowa, jednak dopiero niedawno zaczęła rozmawiać po angielsku. Więc trochę to trwało, ale teraz mówi z ładnym akcentem i jest świetnie osłuchana. Przypuszczam, że to się w niej kumulowało i teraz daje owoce – może będzie jej łatwiej. Ale wniosek z tego jest taki, żeby nie mieć zbyt dużych oczekiwań. Każde dziecko działa po swojemu.

Mała Zuzia w obozowisku podczas wyprawy eksploracyjnej w Picos de Europa, 2007 (fot. Kasia Biernacka)

Wielu rodziców obawia się brudu, zimna, deszczu, chorób, urazów – spraw, które towarzyszą takim wyjazdom. Z drugiej strony dzieci zapisywane są na różnego rodzaju zajęcia sportowe, plastyczne, czy nawet, modną ostatnio, sensoplastykę. Co o tym sądzisz?

Przyroda pełna jest naturalnych bodźców, których nie powinniśmy dzieciom odbierać. Zajęcia pozaszkolne mają w pewien sposób zastąpić to naturalne środowisko dzieciom mieszkającym w miastach. Zuzia jest na wyjazdach zawsze strasznie pogryziona przez komary, często mokra, podrapana. Uczy się, jak sobie z tym radzić. Ważny jest komunikat, że mokre spodnie to nie koniec świata. Oczywiście są też trudne emocjonalnie momenty. Dziecko wpadnie czasem w rozpacz z jakiegoś bliżej nieokreślonego powodu – wiadomo, że to też się zdarza. Z drugiej strony pamiętam, jak na wyprawie w Hiszpanii wszyscy dorośli byli dosyć sfrustrowani z powodu pogody, bo nie można było iść do jaskiń. Cały czas mocno padało. Dla Zuzi to w ogóle nie był problem, bawiła się najlepiej z nas wszystkich. Kiedy burza szalała przez całą noc i płachty namiotów łopotały tak, że nie mogliśmy spać, ona spała jak zabita i niczym się nie przejmowała.

Czyli te warunki nieraz są trudniejsze dla dorosłych niż dziecka?

Tak czasem bywa. Nie oznacza to jednak, że przed wyjazdem się nie martwię. Boję się, jak sobie ze wszystkim poradzę. Bo ostatnio było fajnie, ale teraz będzie trudniej, bo inne warunki… Ale dużo naszych lęków jest tylko w głowie. Zawsze okazuje się, że jest lepiej, niż zakładałam. Są trudne momenty, ale przecież my, dorośli, też je miewamy.

Twoje wyprawy są z pewnością bardzo wymagające fizycznie. A przecież musisz zachować jeszcze dodatkową energię dla dziecka. Jak to Ci się udaje?

Czasami rzeczywiście nie jest łatwo. Przychodzą mi do głowy dwie zabawne historie. Kiedyś w Hiszpanii, podczas podejścia do obozu, które wymagało pokonania 1000 m w pionie, miałam w nosidle na plecach Zuzię ważącą już wtedy dobrych kilkanaście kilogramów. W pewnym momencie, na bardzo stromym odcinku, pełna entuzjazmu Zuzia mówi do mnie, ledwo żywej ze zmęczenia: „Mamo, śpiewaj!” (śmiech). Innym razem, gdy byliśmy w Puerto Rico, nocowaliśmy w ośrodku sportowym, w którym był basen. Wraz z grupą eksplorowaliśmy jaskinie z dużą ilością wody. Często wracaliśmy do ośrodka o godzinie 23:00, a Zuzia witała nas słowami: „Mamo, tato, idziemy pływać!” A my cały dzień spędziliśmy w wodzie… Jednak nie było przebacz – wskakiwałam z nią i z Marcinem do basenu. Zresztą w tym basenie nauczyła się pływać, bo nie sięgała nogami dna. I zaczęła mówić „r”. Wiesz, Puerto Rico.

Chciałbym poruszyć jeszcze jedną kwestię. Prowadzisz spotkania dla dzieci o jaskiniach i o podróżach. Inicjatywa wyjazdu wakacyjnego czy wyprawy musi oczywiście wypływać od dorosłych, ale czy dzieciom się to podoba, czy tego chcą?

Robię dla dzieci warsztaty podróżnicze o różnych odwiedzonych przeze mnie krajach świata oraz prezentacje dla dorosłych. Najwięcej mam tych jaskiniowych i je najbardziej lubię. Dorośli mają określone wyobrażenie o jaskiniach – jest ciemno, zimno, brzydko, brudno i w ogóle nie wiadomo, po co tam wchodzić. Staram się zmienić ich pogląd. Dzieci jeszcze nie są obciążone takim balastem. W ich wyobraźni w jaskiniach znajdują się zazwyczaj jakieś stwory i skarby. Na początku staram się je zaczarować. Pokazuję fotografie ciekawych nacieków w różnych formach i kolorach, i bawimy się w skojarzenia. Dzieci widzą w nich fantastyczne rzeczy: łapę, ząb, fontannę, wulkan lub lody waniliowe. Młodsze dzieci na początku są nieśmiałe, ale z czasem się rozgrzewają. Na koniec nie chcą wychodzić z zajęć. To jest bardzo pozytywne i, odpowiadając na Twoje pytanie – tak, myślę, że tego typu przygody zazwyczaj im się podobają.

„W wyobraźni dzieci w jaskiniach często znajdują się jakieś stwory lub skarby” (fot. Kasia Biernacka)

Jeśli chodzi o samo wyruszanie w podróż, mam takie powiedzenie: dzieci mają dużą bezwładność. Trudno je ruszyć z miejsca, ale jak już się je wprawi w ruch, trudno je zatrzymać. Ciężko je przekonać do wyjazdu w nieznane miejsce, jednak gdy już się tam znajdą, potrafią się nim bezgranicznie zachwycić i uznać za swoje.

Co jeszcze robisz na warsztatach?

Dzieci oglądają i przymierzają sprzęt. Robimy sobie zdjęcia w kaskach, uprzężach i kombinezonach. Uczymy się paru prostych węzłów. Rozmawiamy o tym, po co grotołazi chodzą pod ziemię i o żyjących tam zwierzętach. Później mają za zadanie narysowanie lub zrobienie z plasteliny wnętrza jaskini. Na końcu pokazuję film z 6-letnią Zuzią i grupą dzieci w podziemnych korytarzach we Francji. Tam jest dużo łatwych jaskiń, w których można wynająć przewodnika, kaski, światła, kombinezony i zrobić sobie wycieczkę całą rodziną. Gdy pytam, czy by poszły do takiej jaskini, wszystkie krzyczą: „Tak, tak! Poszlibyśmy”.

***

Kasia i Zuzia, Hawaje 2006 (fot. Marcin Gala)

Kasia Biernacka – kilka razy w roku wyjeżdża na wyprawy eksploracyjne jako grotołaz i fotograf. W latach 2001–2018 Kasia uczestniczyła w eksploracji Sistema Cheve oraz Sistema Huautla w Meksyku. Była również członkiem 10 wypraw eksploracyjnych w rejonie Picos de Europa w latach 2005–2018. Ponadto jest współorganizatorem Festiwalu Górskiego w Lądku Zdroju. Jej fotografe ukazały się w wielu renomowanych magazynach górskich i turystycznych, m.in.: National Geographic Traveler, Speleo Projects, Góry, Adventure Journal, Descent, Outdoor Photography, Jaskinie, Focus, Podróże, Taternik, Speleo oraz Outdoor Magazyn.

Zuzia w Meksyku, 2010 (fot. Kasia Biernacka)

Zuzia – obecnie ma 12 lat. W samym Meksyku była już 6 razy. Poza tym uczestniczyła wraz z mamą i tatą w wyprawach jaskiniowych do Hiszpanii oraz Puerto Rico. Pod ziemią czuje się równie dobrze jak na wysokości. Zuzia w przyszłości chciałaby studiować survival.

Michał Gurgul

Skomentuj

XHTML: Możesz korzystać z tych znaczników HTML: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

 


Outdoor Magazyn