Piotr Pustelnik: nowa droga na Antarktydzie

przez Michał Gurgul | Opublikowano 31 maja 2018 18:37

Piotr Pustelnik jest jednym z trzech (obok Krzysztofa Wielickiego i Jerzego Kukuczki) polskich zdobywców Korony Himalajów i Karakorum. Aktualnie ma 66 lat, a góry wysokie nieustanie go przyciągają – w lipcu wyrusza na wyprawę na Huascarán (6768 m), najwyższy szczyt Peru. Szczyty górskie to jednak nie wszystko. Doświadczony himalaista zmierzy się w tym roku z jeszcze jednym, nieco odmiennym, wyzwaniem. W listopadzie, na 100-lecie odzyskania przez Polskę niepodległości, Piotr planuje wyznaczyć nową drogę na Biegun Południowy.

Piotr Pustelnik (fot. Wintercamp)

19 maja Piotr Pustelnik wygłosił niesłychanie pogodną i ciekawą prelekcję na festiwalu GETAWAY w Poznaniu. Ze swoistym dystansem i humorem przedstawił skrótowo historię podboju najwyższych gór świata, umiejętnie wplatając w nią swoje losy i osobiste przeżycia, oraz anegdoty dotyczące innych, słynnych alpinistów. Dla obserwatorów ostatnich, burzliwych wydarzeń związanych z zimową wyprawą na K2, wystąpienie to było niczym miód na serce. Uczestnicy prelekcji w skupieniu podążali za swobodnie nakreślaną historią, raz po raz wybuchając salwami śmiechu. Jednak tego wieczoru Piotr zdecydował się zachować jednego asa w rękawie. Na szczęście, o swoich planach na koniec roku 2018, zgodził się opowiedzieć nam kolejnego dnia.

* * *

Michał Gurgul: Wczoraj skupiłeś się na wspomnieniach. W zasadzie napomknąłeś tylko, niemal od niechcenia, o swoich planach na koniec roku. Z tego co wiem, planujesz ekspedycję polarną na Biegun Południowy, nową, nieznaną dotąd, drogą. Towarzyszyć będzie Ci Piotr Hercog. Niewykluczone, że dołączy do Was również Wojtek Grzesiok. Możesz opowiedzieć nam nieco więcej o tym pomyśle?

Piotr Pustelnik: Jest to projekt, który od lat siedzi mi w głowie. W zeszłym roku nie udało mi się zebrać funduszy. Mam nadzieję, że w tym roku się uda, chociaż jeszcze nie jest to pewne. Traktuję to trochę jak zimową wyprawę na K2 – jeśli nie w tym, to w przyszłym roku – będę tak długo przy tym chodził, aż się w końcu się uda.

Rozumiem, że chodzi tu o trudności organizacyjne?

Problemów jest dużo. Pierwsze założenie było takie, żeby przejść drogą, którą szedł Amundsen (Norweg Roald Amundsen jako pierwszy zdobył Biegun Południowy w 1911 roku – przyp. red.), czyli przez lodowiec szelfowy Rossa i dalej przez lodowiec Axela Heiberga. Jednak w trakcie mojej wyprawy na Grenlandię w zeszłym roku spotkałem Erica Philipsa, Australijczyka, który jest guru wypraw antarktycznych na południowej półkuli. Był tam kilkadziesiąt razy. W zasadzie oprócz bardzo niewielu sektorów Antarktydy „zwiedził” prawie wszystko. Powiedział mi: Po co się masz pchać na drogę, którą chodzili wszyscy, spróbuj znaleźć coś swojego.

Znalazłeś?

Tak, ale to w gruncie rzeczy nie jest takie proste. Góry Transantarktyczne (główny łańcuch górski Antarktydy, ciągnący się od Ziemi Wiktorii nad Morzem Rossa do Ziemi Coatsów nad Morzem Weddella, na długości ok. 3200 km – przyp. red.) zostały już mocno eksplorowane. Oczywiście znalazłem lodowiec, ale dostać się pod niego jest szalenie trudno. Jeśli nie liczyć lądowisk używanych przez stacje antarktyczne (które są dla nas niedostępne), większość lotów z Ameryki Południowej dociera w jedno miejsce – na Union Glacier. A trzeba jeszcze dolecieć dalej. Do miejsca startu, które ja sobie wymyśliłem, jest stamtąd tak daleko, że amerykańska agencja, która obsługuje tego typu wyprawy, wyceniła koszt dostarczenia mnie tam na 160 – 180 tysięcy dolarów. To są zupełnie abstrakcyjne pieniądze.

Czyli ten kierunek nie wchodzi w grę. Co w takim razie?

Zacząłem patrzeć w drugą stronę. Jest tam taka droga, która jest bardzo rzadko chodzona. Nazywa się Messner Traverse [część trasy pokonanej przez Reinholda Messnera oraz Arveda Fuchsa podczas ich słynnego trawersu Antarktydy w latach 1989-90 – przyp. red.]. Mija ona pasmo górskie Pensacola Mountains, przez którego środek przechodzi lodowiec Academy Glacier. Stwierdziłem, że skoro łatwiej i taniej jest mi się dostać pod punkt startowy trawersu Messnera, to spróbuję pójść tamtędy, przez środek tych gór. To jest wariant aktualny i przystępny. Ze 180 tysięcy zrobiło się 60, co stanowi zasadniczą różnicę. Projekt staje się realny.

Mapa Antarktydy (źródło: National Geographic / Meridian)

Jak długa jest ta trasa?

Aby dotrzeć tą drogą do Bieguna należy pokonać około 850, prawie 900 km. Trzeba się liczyć z mniej więcej 30 dniowym trekkingiem. To wszystko szacunki, ponieważ nie znamy tego lodowca i nie wiemy co na nim możemy znaleźć. Przeglądam oczywiście zdjęcia satelitarne, dostępne serwisy pokazują te góry, lodowiec, ale zdjęcia nie są dość precyzyjne – nie wiadomo czego dokładnie się tam spodziewać.

Rozumiem, ale jak mniej więcej, będzie wyglądał ten teren?

Antarktyda jest takim miejscem gdzie w zasadzie poza obrzeżem oraz paroma pasmami górskimi (Masyw Vinsona, Góry Transantarktyczne od strony Południowej Afryki – wybitne piki, z których jeden, Ulvetanna Peak, jest wyjątkowo dobrze znany za sprawą wspinaczkowej ekspedycji Leo Houldinga), jest w zasadzie płaska jak stół. To taka kopa, ponieważ najwyższe punkty tego lądolodu są blisko bieguna. Jest to trochę takie odwzorowanie kształtu ziemi. Ale same wysokości nie są rzeczywiście wybitne – może w niektórych rejonach w okolicach Kaukazu, ale w większości bardziej jak Alpy, czy Alpy austriackie czyli 3000 – 3500 m.
Nie zmienia to jednak faktu, że trzeba iść pod górę. Lata temu przekonałem się już, że nawet takie kilka stopni nastromienia, robi różnicę – wysiłek jaki trzeba włożyć w ciągnięcie sań jest nieporównywalny. Idąc po płaskim są takie momenty, że możesz się zatrzymać i przez moment odpocząć. Gdy pojawia się nachylenie, cały czas czujesz obciążenie na plecach.

Na pewno łatwiej byłoby z górki :)

Teraz właśnie zrodził się taki nowy trend, wśród ludzi ciągnących sanie, ale trochę słabszych fizycznie, albo tych którzy się trochę boją, aby lecieć na biegun i iść w drugą stronę – do wybrzeża… Dla nich zawsze będzie z górki. Ja tego nie rozumiem. Całe życie chodziłem pod górę i w dalszym ciągu chcę chodzić (śmiech).

To zrozumiałe – nikt przecież nie zdobywa góry od szczytu do podstawy. Wracając do Waszej trasy – czy teren pozwoli na to, aby cały czas ciągnąć sanie, czy będziecie musieli na jakiś odcinkach przenosić ekwipunek na plecach?

Mam nadzieję, że nie będzie takich momentów. Będzie to cały czas wędrówka z saniami – przynajmniej taki jest plan.

Polarnicy ciągnący sanie na Antarktydzie (fot. Bryan and Cherry Alexander / antarctic-logistics.com)

Każdy z Was będzie ciągnął jedne sanie. Ile one będą ważyć?

Mniej więcej 80-90 kg.

Czy jeśli uda Wam się pojechać we trójkę to będzie lżej?

Budżet jeszcze nie jest pewny ale bardzo bym chciał pojechać w trójkę. Na pewno nie chciałbym wybierać się tam sam, więc dwie osoby to minimum. A optimum to trzy osoby – bo tak, sprzęt rozkłada się wtedy lepiej. Jest trochę rzeczy wspólnych. Chociażby namiot – taki sam na 2 i na 3 osoby. Zawsze to parę kilo mniej.

Wyprawa Piotra Pustelnika na Grenlandię (fot. arch. Piotr Pustelnik, źródło: Facebook)

No właśnie, jaki sprzęt zabiera się na wyprawę polarną? Są jakieś specyficzne patenty?

W tej chwili nie ma jakiś przełomowych rozwiązań. Ja mam swój patent na spanie w namiocie, który sprawdza mi się w takich warunkach. Mianowicie chcę używać dwóch śpiworów. Jednego puchowego, a drugiego z tworzywa sztucznego. Moje doświadczenia z innych wypraw pokazują, że na tej pierwszej warstwie zawsze osadza się szadź lodowa i zawsze zwija się mokry śpiwór. Gdybym miał śpiwór tylko puchowy pewnie po paru dniach byłby już bardzo „zmęczony”.

To taki jeden patent. Zastanawiamy się też, czy nie używać ubrań jednoczęściowych. Tego jeszcze nigdy nie robiłem na Antarktydzie. Byłyby to kombinezony podobne do tych, których używają koledzy na K2 tylko z mniejszą zawartością ociepliny. Bo jednak jak wiatr zacznie porządnie wiać to podwiewa cię z każdej strony. Kombinezon dawałby lepszy komfort.

Wspominałeś o namiocie – masz już jakiś konkretny na myśli?

Nauczyłem się, że jednak tunelowe namioty się najszybciej i najpewniej rozbija. Natomiast kompletnie nie wiem jak zabezpieczyć namiot jeśli przyjdzie huragan. Takiego naprawdę silnego huraganu, o prędkości wiatru dochodzącej do 120-150 km/h, jeszcze w rejonie arktycznym nie przeżyłem. W Himalajach owszem – wtedy namioty się kładły no i mieliśmy … w portkach. Nie wiem jak tutaj to zrobić.

W takim terenie trudno zaleźć schronienie?

Nie da się schować, bo nie za bardzo jest za czym. Nie można wykopać takiej wielkiej jamy, żeby tam namiot wstawić, a budowanie igloo zajmuje za dużo czasu.

Co zrobić w takiej sytuacji?

Będziemy ćwiczyć szybkie stawianie murków oporowych – może to wystarczy (śmiech). Chociaż miałem na Islandii taki przypadek, że zbudowałem mur, który się na mnie przewrócił i zniszczył mi namiot. Więc czasami mur oporowy też bywa zdradziecki.

Czy będziecie mieli kontakt ze światem podczas trwania wyprawy – dostęp do prognoz, które mogłyby Was uprzedzić o nadchodzącym huraganie?

Będziemy mieli telefon satelitarny. Prognozy pogody, szczególnie alerty musimy zakontraktować z agencją. Potrzebne nam są tylko krótkie prognozy pogody: temperatura, prędkość i kierunek wiatru, zachmurzenie. Jeśli nie ma wiatru temperatury zazwyczaj nie są bardzo niskie. Od kilkunastu do – 20 paru stopni poniżej zera. Jeśli jest silny wiatr to oczywiście temperatura odczuwalna od razu spada. Może to być nawet około – 50 stopni.

Najważniejsze dla nas są jednak alerty. Huragany przeważnie mają około dwudniowe opóźnienia od momentu, w którym meteorologowie odnajdą takie zjawisko. Jest więc trochę czasu, żeby się zatrzymać, okopać, zabezpieczyć – więc to bardzo istotne, żebyśmy mieli dostęp do takiej informacji.

A jak wygląda sprzęt, na którym będziecie się przemieszczać?

Po pierwsze nie stosujemy kita (latawca – przyp. red.) ani żagla, takiego jakim posługiwał się Messner. Nie jest to kwestia „stylu” – po prostu nie zdążymy się tego nauczyć. To jednak ważna różnica w wyprawach polarnych – z kitem jest dużo szybciej.

Będziemy używać nart typu cross-country, stosunkowo szerokich (90 mm pod butem) z wiązaniami w systemie norweskim oraz butami Alfa. Do tego krótkie foki. To jest w tej chwili, według mnie taki najbardziej optymalny wariant, chociaż Philips, Nowozelandczycy i Australijczycy, używają trochę innego sprzętu. Mają bardzo szeroki narty (115-120 mm), wiązania własnej konstrukcji i buty Baffin. Z historii pamiętam, że Marek Kamiński używał właśnie Baffinów, ale z kolei Gosia Wojtaczka używała butów Alfa, czyli krótko mówiąc można tak i można tak. Jeśli jest – 20 stopni to buty Alfa w zupełności wystarczą. Natomiast gdyby było z – 50 stopni no to wtedy rzeczywiście Baffiny są lepsze.

Mamy już umówiony prawie cały ekwipunek. Pozostała nam jeszcze kuchnia. Czy w tym obszarze będziecie używać jakiś specjalnych rozwiązań?

Samo jedzenie będziemy jeszcze testować, ale będą to tylko polskie produkty. Norwegowie mają taki patent na owsiankę typu instant, która była bardzo smaczna. Będę próbował odtworzyć ich recepturę, której, oczywiście, mi nie zdradzili. To jest dobre rozwiązanie – daje energię na kilka godzin. To wszystko są proste rzeczy – absolutnie nic przełomowego.

Kuchenka wyłącznie na „white gas”, czyli benzynę, zabudowana według patentów Thomasa Ulricha. W zasadzie nigdy się jej nie rozkłada, tylko uzupełnia paliwo. Jest w takim pudełku, które otwierasz i od razu możesz gotować. Jest też bardzo wytrzymała, a to ważne podczas transportu na saniach, gdy cały ekwipunek mocno spinasz pasami.

Jak wygląda dzień podczas ekspedycji polarnej?

Po Grenlandii wiem już jak ważnym elementem jest rozkład dnia. Podczas każdej wyprawy jest trochę inny i tutaj też będziemy musieli sami znaleźć swój własny i optymalny. Rozkład dnia oznacza to, o której godzinie wychodzimy, co ile godzin robimy przerwy, ile te przerwy trwają, itd. Dzień musi mieć około 10 godzin. Rano potrzebujemy 2-3 godziny na zebranie się, wieczorem potrzebujemy 2-3 godziny na rozłożenie się. To daje 16 godzin. Do końca doby pozostaje więc 8 godzin na sen. To jest „bieg” długodystansowy, więc organizm musi odpoczywać. Te 8 godzin to minimum.

Wyprawa Piotra Pustelnika na Grenlandię (fot. arch. Piotr Pustelnik, źródło: FB)

Chcielibyście wyruszyć w listopadzie. Z tego co powiedziałeś mi wcześniej wynika, że jest to najlepszy okres. Jeśli tylko uda się zarezerwować lot i uzgodnić aspekty organizacyjne z amerykańską agencją obsługującą wyprawę, będziecie mieli dość czasu do początku jesieni i zimy.

Tak, w połowie lutego wszyscy uciekają już z lodu, oprócz ograniczonej obsługi stacji polarnych, która konserwuje urządzenia podczas nocy antarktycznej. Warunki atmosferyczne uniemożliwiają wtedy jakąkolwiek akcję. Chcielibyśmy dotrzeć do bazy na Union Glacier na początku grudnia. Ze statystyk wynika, że grudzień i styczeń to dość łagodny okres na Antarktydzie. Czasami zdarzają się oczywiście wiatry, ale nie jakieś potworne huragany.

Co musi się wydarzyć, aby plan doszedł do skutku?

Pracy jest jeszcze dużo. Pozyskiwanie funduszy jest bardzo długotrwałym procesem. W tej chwili przeszliśmy już przez etap oferowania naszego projektu wśród 10 wybranych firm. Kilka z nich odpowiedziało. Zauważyłem, że norma jest taka, że koło 10 – 12 % firm odpowiada pozytywnie, a reszta nie. Złożyliśmy już papiery potrzebne, żeby pozyskać dofinansowania – wszystko powinno rozstrzygnąć się w ciągu miesiąca. Myślę, że do końca czerwca będę miał już wstępny budżet preliminowany i będę mógł powiedzieć Amerykanom: „Tak proszę drukować papiery, proszę rezerwować, podpisujemy kontrakt na wyprawę, i już!”.

Mam nadzieję, że tak właśnie będzie. Dziękuję za rozmowę i trzymam kciuki!

Michał Gurgul

Skomentuj

XHTML: Możesz korzystać z tych znaczników HTML: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

 


Outdoor Magazyn