Janusz Turysta

przez Michał Gurgul | Opublikowano 06 marca 2018 17:04

Słowo wstępu: Janusz Furmaniak, jego rodzina oraz wszystkie pozostałe osoby przedstawione w tym lekko satyrycznym opowiadaniu, są fikcyjne. Przedstawiają fatalnie dobraną, przypadkową sumę cech charakterystycznych, które prawdopodobnie w naszym społeczeństwie ukazują się zupełnie rzadko. Podobnie jak postaci, wszystkie miejsca i wydarzenia są fikcją – wymysłem autora, mającym na celu uwypuklenie prawdopodobnie nieistniejących problemów, stworzonych wyłącznie na potrzeby tego, z zamierzenia dobrodusznego i żartobliwego opowiadania. Fikcją są również góry, górale, schroniska, choinki i konie, a wszelkie podobieństwo do istniejących w świecie realnym miejsc i przedmiotów jest kompletnie przypadkowe. Pomimo tych zapewnień autora, każdy Czytelnik ma oczywiście pełne prawo do własnej interpretacji.

Za oknem pensjonatu „Giewont” śnieg iskrzy się w słońcu. Rodzina Furmaniaków przygotowuje się pośpiesznie do wyjścia na górską wycieczkę. Lekki ból, który męczy jeszcze głowę rodziny, Janusza Furmaniaka, niedługo zniknie zupełnie – nic nie działa równie kojąco na zmęczone nocnymi dysputami ciało, co odrobina ruchu i górskie, świeże powietrze. Z przelewającą się w brzuchu parówką i jajecznicą, podlanymi kawą parzoną, Janusz pohukuje na żonę Mariolę i dwójkę dzieci, które z trudem wiążą swoje, specjalnie zakupione na tę okazję, buty zimowe. „Na wycieczkę w góry trzeba być odpowiednio przygotowanym, to wiedza powszechna” – przed wyjazdem do Zakopanego Janusz przeczytał chyba trzy blogi sklepowe.

Zbliża się już dziewiąta, więc pora wyruszać. Janusz z trudem mobilizuje rodzinę. Mariola przymierza kolejną parę kozaków i przekłada wszystkie niezbędne przedmioty z jednej torebki do drugiej, bo „ta lepiej pasuje”. Dzieci straciły już zainteresowanie wyprawą, Krzysiu gra w grę na telefonie, a Madzia dopytuje dlaczego oni muszą iść w góry, skoro Malinowscy zostają w mieście i będą na Krupówkach jeść gofry i lody. I może nawet pójdą do kina.

Janusz obiecuje więc, że te gofry i lody będą nawet lepsze w schronisku, i że przygoda, że góry, i że widoki. Po cichu liczy jednak na to, że baterie w telefonach dzieci wytrzymają przynajmniej do popołudnia. Równocześnie pogania żonę i sprawdza raz jeszcze najpotrzebniejszy ekwipunek na wyprawę. Wydaje się, że wszystko jest na miejscu, nawet dumny zakup Janusza – power bank. „To świetny gadżet” – myśli, choć jeszcze nigdy nie miał okazji go użyć. Lustrzanka cyfrowa – to oczywiście podstawa – dobre zdjęcia przecież nie zrobią się same. Trochę dużo waży, ale to nic dla tak wprawnego turysty jak Janusz. Snickersy na drogę i chrupki dla dzieci. Jest Fanta i Cola, bo uzupełnianie płynów to absolutna podstawa. No właśnie! Janusz sprawdza przez kurtkę wyraźne zgrubienie na piersi i w końcu wychodzą.

Choć słońce razi zmęczone oczy, a w głowie jeszcze tępo łupie, Janusz Król Szos łapie za lejce. Nie będzie przecież ryzykował swojego drogocennego wozu – Mariola ma prawo jazdy, ale nie wiedzieć czemu od lat nie prowadzi. Więc Janusz pewnie i szybko mknie drogą wijącą się wśród lasów i wzgórz w stronę Łysej Polany. Poucza przy tym głośno innych kierowców – baranów. Klnie na prawo i lewo zagłuszając awanturę na tylnym siedzeniu, podczas gdy Mariola niezainteresowana ani jednym ani drugim, próbuje usilnie ustrzelić piękne selfie w podskakującym na wybojach samochodzie.

„Wesoła wycieczka w góry z całą rodzinką” – głosi podpis na Insta – „#zakopane, #krupówki, #giewont, #sweetfocia”. Gdy dojeżdżają na zatłoczony parking Janusz oburzonym głosem pomstuje na pazernych Górali:

– Widzisz, nic tylko dutki i dutki. Na sam koniec parkingu jeszcze nas ten dureń kieruje. 25 zł, co to za ździerstwo!

Znudzone długą drogą dzieci wpadają w szał na widok budek z pamiątkami i barów koło parkingu. Nikt jednak nie zarzuci Januszowi braku hojności wobec swych pociech. Widać przecież na pierwszy rzut oka – są pulchne, dobrze odżywione i porządnie ubrane. Siadają wraz z Mariolą na kawę, a dzieci dostają wszystko na co mają ochotę, oprócz drewnianych ciupag. Te zakupi w drodze powrotnej, nie będzie przecież ich tachał po górach. Krzysiu i Madzia w końcu opadają z sił i upaćkani kremem z rurek oznajmiają, że jest im niedobrze, po chwili pada: „kiedy wracamy do domu?”. Janusz oznajmia, że to dopiero początek, otwiera puszkę coli i podaje ją dzieciom. Obiecuje, że w schronisku dostaną frytki i na pewno się lepiej poczują. W końcu „ruch to zdrowie!”.

Na bramkach do Parku Janusz po raz kolejny z niesmakiem sięga po swój portfel gruby od kart przeróżnych systemów lojalnościowych stacji benzynowych, fast foodów i supermarketów.

– Dzieci nie płacą? Płacą?! No to chociaż ulgowy!

„Co za zdzierstwo” – po raz kolejny burczy pod nosem, głuchy na uprzejme napominania kasjerki, że zimą dni w górach są krótsze, i że ostatnie wozy z Polany Włosienica w dół odjeżdżają o …

Przecież Janusz wie wszystko, co trzeba wiedzieć o górach – pouczać to może, ale amatorów.

Pewnym krokiem prowadzi rodzinę na szlak. Na trasę. Na drogę do Morskiego Oka.

Teraz pora pokazać, kto tu jest Panem. Zwraca się do Marioli:

– Zaczekaj tu chwilę z dzieciakami.

Janusz podchodzi do jednego z fiakrów i rozpoczyna negocjacje. Góral jednak jest nieskory do jakichkolwiek ustępstw i zupełnie obojętny na próby Janusza. W końcu dostaje należne pieniądze i bez słowa chowa je do kieszeni. Janusz pomimo przegranych targów, przyjmuje dumną postawę i ruchem ręki przyzywa rodzinę.

– Jedziemy! Dwie stówy, co to dla mnie!

Janusz Ważna Figura.

Zadowolony z siebie Janusz pociąga srogiego łyka z piersiówki, gdy wóz wypchany turystami rusza. Siedzą jak kury na grzędzie, telepiąc się synchronicznie w rytm szarpnięć zaprzęgu.

– Tato, czy one się nie męczą? – pyta mała Madzia, wskazując na konie.

– Pewnie, że się męczą. Dlatego Pan Woźnica ma bat, widzisz, którym może poganiać koniki – odpowiada Janusz i głośno dodaje – Hej, Panie Góral, szybciej, chcemy zdążyć przed zamknięciem Morskiego Oka!

– Chyba na Krupówki 30, krucafuks… – mruczy niedosłyszalnie dla pasażerów woźnica, ale smagnięciem bicza zmusza konie do kłusa.

Krupówki 30, Zakopane (fot. where2b.org)

Koła ciężko toczą się po asfalcie, tam gdzie słońce przetopiło śnieg, a końskie kopyta wytupują równomierną melodię. Ludzie na wozie szybko się nudzą – ile można gapić się w las? Bardziej doświadczeni turyści popijają z różnego rodzaju flakonów, cmokając od czasu do czasu z zadowoleniem, ci mniej obyci z górską przygodą, patrzą tylko z zazdrością. Dzieci Marioli i Janusza siedzą spokojnie wpatrzone w ekrany swoich urządzeń.

– Co Mariola – zagaduje w końcu Janusz – stać nas, nie? Patrz na tych biedaków. Patrz jak się męczą. I dobrze im tak, trza było pracować – pokrzykuje prawie do mijanych turystów.

– My już dawno będziemy na miejscu, zanim im uda się tam doczołgać.

– Patrz na tych jak idą – jakie wielkie plecaki – chyba mają tam cały dorobek swojego życia.

– Albo ci, patrz jakie kilofy se wzięli, pewnie będą rąbać te góry.

– A ci, patrz Mariola – z dwójką dzieci i wózkiem! No to już przesada! Tak ryzykować. No pewnie ich nie stać na bryczkę.

– No i co się tak patrzą. Pewnie z zazdrością, pewnie by chcieli sobie tu siedzieć pod kocem.

– Misiu… – upomina nieśmiało Mariola.

– Się gra, się ma – taka prawda! Niech dzieci się uczą!

Jadą chwilę w milczeniu i oparach końskiego potu. Ich głowy telepią się dalej na boki, a widok przysłania daszek powozu. Dzieci grają w gry, a Janusz pociąga na rozgrzewkę z piersiówki.

– Strasznie tu śmierdzi – komentuje Mariola.

Na szczęście na pocieszenie spływają pierwsze like’i za lekko przekrzywione i rozmazane zdjęcie mijanego zaprzęgu. #koniki #kochamzwierzaczki #love. Żeby tylko zasięg poprawili w tych górach, to by dała popis swoich naturalnych umiejętności reporterskich.

Przystanek Włosienica. Larmo. Dzieci oczywiście znowu coś chcą, jednak Janusz rozochocony trunkiem z piersiówki upiera się żeby iść na Morskie Oko. Mariola ociera nosy swoich pociech i obiecuje im złote góry, jeśli tylko przestaną płakać i uzbroją się w cierpliwość.

Rozpoczyna się ostatni etap tego trudnego podejścia. Trekking asfaltową trasą z Włosienicy pod drzwi schroniska zajmuje rodzinie Furmaniaka nieco więcej niż przeciętnemu turyście. Okazuje się, że leniwy Góral nie odśnieżył ścieżki, a sportowe obuwie Janusza i kozaki Marioli nie spisują się na śniegu tak dobrze, jak na Krupówkach. Dzieci radzą sobie dużo lepiej. Po chwili zapominają nawet o barze na Włosienicy i skupiają się na zupełnie nowej dla nich, niespotykanej, zabawie. Biegają wokół rodziców, rzucają śnieżkami, obserwują otaczające drogę lasy i wskazują sobie palcami coraz częściej wyłaniające się zza drzew, szczyty i skaliste granie. Na chwilę zapominają o swoich zabawkach elektronicznych i nieświadomie dostrzegają piękno tego świata, który istnieje na zewnątrz. Może kiedyś tu wrócą?

Rodzicom jest wszystko jedno. Z oczami wbitymi w ziemię, posapują i walczą o kolejne metry tego cholernego szlaku. Janusz przypomina sobie relację z K2, którą ostatnio usłyszał w telewizji. Czuje się jak himalaista. Jest w górach, jest zima, on walczy o oddech. To dodaje mu animuszu. „To nic trudnego – myśli – on by im wszystkim pokazał jak to się robi… raz, dwa, raz, dwa, noga za nogą – przyśpiesza – co w tym trudnego? Za jego podatki… Ten cały Adam Gołąb i Janusz Wielicki mogliby się wiele nauczyć”.

Spocony, zziajany i czerwony na twarzy dopada drzwi schroniska. Nawet nie spojrzał w stronę jeziora, nieświadomy prawdopodobnie zupełnie, że skrywa się ono pod taflą lodu i puszystą pierzyną. Góry też nie zwróciły jego uwagi. Co tam szczyty, przecież on jest na szczycie. Co za satysfakcja!

#morskieoczy #panorama #kochamgóry

Janusz staje w kolejce do bufetu. Mariola z dziećmi została w tyle. Nic to, jakoś sobie poradzą. Janusz głośno rozprawia z pobratymcami z kolejki o swoim górskim wyczynie. Po chwili okazuje się, że wszyscy osiągnęli podobne wyniki, co tylko utwierdza ich w błogim przekonaniu, że osiągnęli w górach wszystko, co było do osiągnięcia, a przy tym nie zmęczyli się zbytnio, więc całe to wspinanie to bułka z masłem i nie wiadomo w ogóle, po co tyle szumu wokół tego K2. Przez pozostałe 20 minut oczekiwania w kolejce po piwo toczą fachową dyskusję na temat błędów popełnionych przez Narodową Wyprawę.

Gdy Mariola z dziećmi dociera do schroniska Janusz Zdobywca siedzi już przy wywalczonym stoliku nad w połowie opróżnionym kuflem piwa. Zamawiają jedzenie, słodycze, picie i pamiątki dla dzieci. W zatłoczonym wnętrzu schroniska, które widziało już lepsze czasy, rozkoszują się tymi wszystkimi dobrami, w głowach układając powoli plany na wieczór i wszystkie historie, którymi obsypią Malinowskich, aby pokazać im co stracili. Rozmyślania Janusza przerywa marudzenie dzieci, którym wycieczka znudziła się już ostatecznie. Na szczęście zabrali ze sobą jeszcze tablet (tak, idąc w góry trzeba być przygotowanym na wszystko) i choć niskie temperatury i trudne, górskie warunki wycieńczyły nieco baterię, dzieci mają jeszcze przez pół godziny jakieś zajęcie. Póki co kłócą się głośno, o to czyja kolej na grę, zwracając przy tym uwagę innych ludzi w schronisku. „Dobrze, w życiu trzeba się rozpychać łokciami” – myśli Janusz i wbija zęby w kotleta.

Mariola wrzuca na FB kolejnego posta z górskiej wycieczki: „Mój Misio wcina kotlecik. #górskaprzygoda #zakopanelove #polskikotlet.” Wpis momentalnie zbiera pierwsze polubienia. Dumna mama i żona nie poprzestaje na zdjęciach kotleta. Pod obiektyw wbudowany w smartfona wielkości wspomnianego kotleta, idą kolejne pamiątki, dzieci, przemoczone buty i selfie z jakimś dziwnym typem, który wisi na linie na obrazie na ścianie. Czemu nie?

Trudno jest wyrwać się z objęć ciepłego i przytulnego schroniska i stawić po raz kolejny czoła rozszalałym żywiołom natury. Szczególnie gdy złoty nektar tak przyjemnie spływa w dół Janusza, dodając mu odwagi i męskiego piękna. W końcu i on jednak nie wytrzymuje wrzasków swych dzieci, wstaje od stołu i zarządza stanowczo odwrót. Janusz Przywódca.

W drodze na Tą Polanę na W okazuje się, że markowe i drogie buty, rękawiczki i spodnie dzieci przemokły. Januszowi jest ciepło, wiadomo – zamaszysty i pewny krok rozgrzewa, ale Mariola też wygląda dość niewyraźnie, szczęka zębami i prawie się nie odzywa. Janusz wyczuwa grozę sytuacji, w końcu jest w górach, więc na pewno zaraz wydarzy się jakaś tragedia. Niedawno nabyta odwaga pomaga mu jednak przejąć kontrolę nad sytuacją. Na Włosienicy dopada pierwszego Górala, niemal łapie go za frak i od razu, z grubej rury, grozi policją. Jak lew walczy o życie i zdrowie swojej rodziny.

Janusz nie jest w ciemię bity, słyszał te przerażające historie o woźnicach, którzy pozostawiali na pastwę losu bezbronnych turystów, gdy „po zmroku zrobiło się ciemno”. „Najlepszą obroną jest atak” – kolejna lekcja dla dzieci. Furman stara się uspokoić narwanego Janusza, tłumaczy mu w miarę możliwości, że mają szczęście, że zdążyli przed ostatnim zjazdem, i że znajdzie się dla nich miejsce na wozie.

– Jak to ostatni zjazd, jak oni tak mogą?! Za moje pieniądze! – gorączkuje się jeszcze przez chwilę lekko zmęczony trudami wspinaczki Janusz, do którego nie dociera z początku sens słów Górala.

Droga powrotna upływa na szczękaniu zębów, umizgiwaniach dzieci i stopniowo tracących na sile przekleństwach Janusza. Osłabiony walką z górskimi żywiołami Janusz oddaje kierownicę Marioli. Rodzina Furmaniaka powraca na niziny ze swoich wysokogórskich podbojów. Wymęczeni i przemarznięci, ale też pełni nowych wrażeń i wspomnień, doświadczeni turyści, parkują samochód pod pensjonatem Giewont i wychodzą na Krupówki, by w umówionym miejscu spotkać się z Malinowskimi. Zbierają resztki energii i zakładają maski zwycięzców – pora chlusnąć znajomym w twarz porządną dawką serotoniny. Niech wiedzą kto wygrał w życie.

Do wydawałoby się wystarczająco gwarnego, dusznego i zatłoczonego wnętrza Gospody pod Strzechą, swoje nie-drobne dokłada grupa góralskich muzyków. Ponad ten kakofoniczny hałas wybija się jednak raz po raz głos Janusza Krasomówcy. Lub Janusza Bajarza – jeśli wolicie.

Duma go rozpiera, gdy opowiadając o górskich przygodach, podkreśla swoje słowa uderzeniami w sosnowy stół, pokryty szklistą warstwą lakieru. Pokazał dzieciom polskie góry. Pokazał Marioli jakim dobrym jest ojcem i mężem. Pokazał temu Malinowskiemu na co go stać, a Mariola pokazała to światu za pośrednictwem Facebooka i Instagrama.

– Prawie sześć stów mnie to kosztowało – zaokrągla na potrzeby sytuacji i wznosi kieliszek – ale było warto!

Późnym wieczorem, z powrotem w pensjonacie Giewont, okazuje się, że Janusz w natłoku obowiązków przywódcy nie zrobił żadnych zdjęć swoją lustrzanką. „No nic, trzeba będzie wrócić za rok.”

***

Miejmy nadzieję, że w tym czasie nic się nie zmieni i dalej w górach będą Krupówki, piersiówki i wiśniówki. I fiakrzy, i wozy, i konie, które nadal chętnie będą wciągać na Włosienicę Furmaniaków i Malinowskich. Że będą ciupagi, lody, gofry i rurki z kremem, a kotlety będą większe i kufle pełniejsze.

Miejmy nadzieję, że w tym czasie nic się nie zmieni i w górach nadal będą góry.

fot. iwastesomuchtime.com

Mnich, Mięgusz i Zerwa

Tagi

Skomentuj

XHTML: Możesz korzystać z tych znaczników HTML: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

 


Outdoor Magazyn