Spór o konie na drodze do Morskiego Oka

przez Michał Gurgul | Opublikowano 15 stycznia 2018 11:49

Spór o wozy konne wożące turystów nad Morskie Oko trwa już od lat. O życie i zdrowie koni wykorzystywanych do katorżniczej pracy walczą organizacje broniące praw zwierząt, turyści oraz ludzie obdarzeni choć odrobiną empatii i poszanowania natury. Niestety na straży dochodowego biznesu stoją fiakrzy i władze Tatrzańskiego Parku Narodowego, które żerują na wygodnych turystach, pragnących bez wysiłku dotrzeć do tego najbardziej popularnego zakątka gór Polski. Czy jest nadzieja, aby zakończyć ten niehumanitarny proceder? Póki co, wydaje się, że nie – TPN oraz Stowarzyszenie Fiakrów do tej pory z każdej potyczki wychodzą obronną ręką.

Wypadek na trasie do Morskiego Oka (fot. Fundacja Viva!)

Koń pada ze zmęczenia, woźnica kontynuuje jazdę

Drugiego dnia świąt, na trasie Palenica Białczańska – Polana Włosienica jeden z wyczerpanych koni ciągnących zaprzęg przewrócił się. Z relacji świadka, który zwrócił się z tą informacją do Fundacji Viva wynika, iż woźnica nie przerwał kursu i gdy koń wstał, załadował ponownie wóz turystami i kontynuował jazdę. Nie poinformował też o wypadku władz Parku. Tylko dzięki reakcji Fundacji, TPN zawiesił licencję fiakra do czasu wyjaśnienia sprawy. Niestety nie ma żadnych informacji o przyczynach wypadku, ani o stanie zdrowia zwierzęcia.

Zagubieni na asfalcie żądają pomocy

Wieczorem, tego samego dnia na Polanie Włosienica, czyli górnym postoju wozów konnych, doszło do kolejnego incydentu:

Domyślamy się, że konie tego dnia pracowały ciężej niż zwykle, bo było wielu turystów, którzy chcieli bez wysiłku dostać się do Morskiego Oka i z niego wrócić, korzystając z siły mięśni umęczonych zwierząt. Turyści dosłownie bili się o miejsca na wozach i tratowali nawzajem przy wsiadaniu. A konie musiały ciągnąć pełne wozy po zaśnieżonej trasie – komentuje Anna Plaszczyk, która od lat walczy o zakaz transportu konnego w Morskim Oku.

Chcemy wyjaśnienia, dlaczego na ośnieżonej trasie konie musiały ciągnąć wozy, zamiast dużo lżejszych sań, którymi można przewozić tylko 8 pasażerów, a nie 12, jak to jest w przypadku wozów – mówi Cezary Wyszyński, prezes Fundacji Viva. – W przypadku wozów na ośnieżonej trasie przeciążenia są jeszcze większe, niż w przypadku jazdy wozem po asfalcie. Jednak konie musiały ciągnąć ogromne wozy po zaśnieżonej i oblodzonej trasie, a Tatrzański Park Narodowy nie reagował – dodaje.

Grupa około 45 turystów, którym wydawało się, że znaleźli się w sytuacji bez wyjścia, a ich życiu zagraża niebezpieczeństwo, wpadła w panikę. Doszło do awantury i przepychanek. Osoby te nie zastosowały się do zaleceń parku i źle obliczyły czas potrzebny do wejścia i zejścia w rejon Morskiego Oka. W grudniu zaprzęgi konne jeżdżą tylko do 17.00 – o tym fakcie turystów informuje obsługa kasy biletowej oraz specjalna tablica informacyjna.

Jak podaje krakowska „Gazeta Wyborcza”, turyści bezpardonowo zażądali transportu. Gdy TOPR słusznie uznał, że ich życiu na asfaltowej, liczącej 7,7 km trasie, nie zagraża żadne niebezpieczeństwo, zwrócili się ze swoimi żądaniami do TPN-u, Policji, a nawet Urzędu Marszałkowskiego. Jak informuje rzecznik zakopiańskiej policji Krzysztof Waksmundzki, policjanci ocenili, że pechowi turyści są w stanie o własnych siłach zejść do parkingu. Radiowóz oświetlał przez całą drogę trakt, eskortując grupę. Osoby te były kompletnie nieprzygotowane do wycieczki w Tatry – nie dysponowały odpowiednim ubiorem, obuwiem, czy latarkami.

Policja eskortująca nieprzygotowanych turystów (mat. Policji)

Na sylwestrowym rauszu

Jak podaje Tygodnik Podhalański, w sylwestrowy wieczór około godz. 13 na polanie Włosienica w kolejce do zjazdu saniami zgromadziło się ponad 300 osób. Gdy strażnicy TPN-u obwieścili, że w saniach nie wystarczy miejsca dla wszystkich i trzeba zacząć schodzić na własnych nogach, rozpętała się kolejna awantura. Jak podaje komendant Straży TPN Edward Wlazło, wiele osób było pod wpływem alkoholu, tym łatwiej było im obrzucać wyzwiskami strażników. Nie chcieli też schodzić w dół o własnych siłach.

Jeden z mężczyzn, po tym jak strażnik odrzucił jego propozycję łapówki, próbował sprowokować go do bójki. Do kolejki dochodziły kolejne osoby. Komendant Straży ugiął się pod presją rozjuszonych turystów (w świetle wydarzeń sprzed kilku dni) i zwiększył ilość kursów zaprzęgów. Ostatnie sanie w kierunku parkingu wyruszyły o 17.20. Komendant przyznaje, że z takim poziomem chamstwa i wulgaryzmu dotąd się nie spotkał.

Kolejka osób czekających na przejazd zaprzęgiem (Fot. profil FB – Kampania Przeciwko Zabijaniu Koni)

Incydenty te pokazują jasno fakt, iż ludzie korzystający z bryczek nie tylko bagatelizują górski charakter wycieczki nad Morskie Oko, nie potrafią zrozumieć prostego regulaminu, ale też roszczeniowo i lekceważąco traktują furmanów i władze Parku. Nie dociera do nich również ból i cierpienie zwierząt pracujących karnie za ich pieniądze.

Asfalt na odcinku Palenica Białczańska – Morskie Oko nie jest posypywany piaskiem ani solą – no bo dlaczego miałby być? Zimą dni są krótsze, a w górach jest mroźno. Wydawać by się mogło, że to wiedza powszechna. A jednak nie. Podobne sytuacje miały miejsce w okolicy Świąt w zeszłym roku i dwa lata temu. A TPN tylko chyli głowę i przykładnie informuje (komunikat ze strony TPN, 27 grudnia 2017):

Osoby, które wybierają się do Morskiego Oka i chcą skorzystać z wozów konnych, informujemy, że ostatni kurs w górę jest o 14:00 – nie oznacza to jednak, że każda osoba, która dotrze na Palenicę przed tą godziną, zostanie wywieziona, gdyż do wozów mogą się ustawiać kolejki. Z kolei ostatnie wozy z góry wyruszają ok 16:00 – 16:30, ale w przypadku wielu chętnych na zjazd wszystkie wozy mogą odjechać wcześniej. Uwaga: wozy nie jeżdżą do momentu zwiezienia wszystkich chętnych! Jeśli o 16:00 na Włosienicy nie będzie żadnego wozu, jest duże prawdopodobieństwo, że w tym dniu już jazdy w dół już nie będzie!

Może nie będzie, a może będzie. TPN tylko krótko napomknął o możliwości całkowitego zawieszenia transportu konnego w okresie Świąt, po czym kilka dni później Program Trzeci Polskiego Radia podał informację o możliwym zwiększeniu ilości wozów lub sań w tym okresie…

Góralska krwawa tradycja

Przejażdżka bryczką do Morskiego Oka to dla niektórych element góralskiej tradycji. Dla innych – źródło dochodu. Jak podaje Tygodnik Polityka, roczna suma przychodów TPN-u z licencji fiakrów wynosi od 700 do 800 tys. zł. To duża kwota biorąc pod uwagę, że cały, roczny budżet wynosi 3 mln. Czemu więc miałoby władzom Parku zależeć na ukróceniu tego procederu? Może dlatego, że Parki Narodowe powinny służyć ludziom i ochronie dóbr naturalnych, a nie pomnażaniu zysków?

Z drugiej strony mamy woźniców, którzy z kolei są w stanie zarobić na przewozie turystów nawet sześć tysięcy zł dziennie (źródło: Tygodnik Polityka). W ciągu roku z transportu furmankami do Morskiego Oka korzysta ponad 700 tys. osób. Mogą więc pozwolić sobie na częstą wymianę koni, gdy te padają po miesiącu lub dwóch, lub zostają wysłane na rzeź gdy nie są w stanie dalej pracować. Na trasie do MOKa TPN wprowadził kompletny zakaz używania innych środków transportu – nawet rowery są zabronione.

Kilkanaście lat temu zakazano wjazdu na trasę rowerami, a decyzję tę motywowano zagrożeniem, jakie powodują one dla turystów pieszych, likwidując tym samy ostatnią alternatywę dla wozów. Tymczasem zdaniem urzędników pędzące około 20 km/h w dół konie z ponad dwutonowym wozem o 20-metrowym odcinku hamowania takiego zagrożenia nie stwarzają – komentuje Fundacja Viva!

Fiakrzy są monopolistami i dyktują, i będą dyktować coraz wyższe ceny, tak długo jak długo ludzie będą chcieli im płacić za zarzynanie kolejnych koni. A jak pokazują wcześniejsze przykłady takich ludzi jest zastraszająco wielu.

Spór o rzeź na trakcie do Morskiego Oka trwa

Obserwatorzy i uczestnicy sporu, obrońcy praw zwierząt, od lat czekają na przełom. Pierwsze głosy krytykujące praktyki woźniców pojawiały się ze strony ratowników TOPR już w latach 90-tych. W 2003 roku Jan Gąsienica Roj pisał:

Zwracam się głównie do dyrektora TPN i tych, którzy wydają zezwolenia i licencje wozakom. Na Palenicy Białczańskiej od wielu lat konie padają ze zmęczenia na drodze. (…) Jest to chyba jedyny park narodowy na świecie, gdzie zwierzęta są zamęczane pracą na śmierć.

W 2009 roku na trasie do MOKa padł i umarł koń Jordek. Całe zdarzenie sfilmowano i sprawa stała się głośna. Fundacja Viva, już wtedy mocno zaangażowana, informuje:

Rozpętała się burza, ale koniec końców konie na trasie pozostały. Jedynym ustępstwem było zorganizowanie przez TPN komisyjnych badań weterynaryjnych koni, które miały weryfikować stan zdrowia zwierząt przed sezonem letnim. W związku z tym organizacje ochrony zwierząt zaczęły skrupulatnie monitorować sytuację na drodze do Morskiego Oka.

Raport Polskiego Związku Hodowców Koni z roku 2013 podaje, że w okresie 18 miesięcy z asfaltowej drogi do rzeźni trafiły 44 konie. W badanym okresie 3 konie padły podczas pracy. Oznacza to, że w tym czasie zginęło 20 proc. koni pracujących na tej trasie. Średni czas pracy zwierząt wynosił w 2013 roku 28 miesięcy, a już w kolejnym 19,9 miesiąca, podczas gdy koń pracujący w normalnych warunkach dożywa nawet 30 lat.

Na prośbę Fundacji sprawą przeciążania koni zajął się specjalista z dziedziny mechaniki, Dr Władysław Pewca oraz – niezależnie – hipolog z Uniwersytetu Przyrodniczego w Lublinie, dr hab. Ryszard Kolstrung. Obaj stwierdzili, że konie są przeciążane.

Siła konieczna do ciągnięcia pod górę pojazdu znacząco przekracza przedział siły normalnej dla analizowanej pary koni. Najlepszym rozwiązaniem byłoby zmniejszenie dopuszczalnej liczby pasażerów do 12 – takie były wnioski ich badań.

W 2014 roku w wyniku nasilających się protestów TPN zmniejszył ilość osób przypadających na jeden powóz do 12. Niestety, furmani nie przestrzegają założonej w badaniach, maksymalnej wagi wozu – 540 kg. Niektóre wozy nadal ważą prawie 800 kg. Organizacje ochrony zwierząt podkreślają, że aby konie pracowały w warunkach uciągu na poziomie siły normalnej należy zdjąć z wozu nawet około tonę ładunku, czyli 10 pasażerów. Tę tezę potwierdziły badania mgr. inż. Beaty Czerskiej, prezes TTOnZ, która dokonała obliczeń wg. schematu wcześniejszych, zaakceptowanych przez TPN ekspertyz. W 2015 roku obliczenia zweryfikował i potwierdzi prodziekan Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie, dr hab. Grzegorz Cieplok.

Dobrze, że niezależny ekspert w końcu udowodnił to, co mówiliśmy przez wiele lat – mówi Cezary Wyszyński – Niestety cenę za te błędy zapłaciły konie, które przez wiele lat ciągnęły wozy ze zbyt dużą ilością pasażerów – podkreśla.

W związku z powyższym Fundacja Viva wystąpiła do TPN o usunięcie ze strony internetowej Tatrzańskiego Parku Narodowego wadliwych ekspertyz i umieszczenie informacji, że przez wiele lat transport konny do Morskiego Oka i regulamin go dopuszczający odbywał się na podstawie wadliwych ekspertyz. W pisemnej odpowiedzi dyrektor Tatrzańskiego Parku Narodowego, Szymon Ziobrowski napisał:

Niestety nie widzimy podstaw, aby uwzględnić żądania.

Wątpliwości budzą również badania weterynaryjne prowadzone pod patronatem Stowarzyszenia Przewoźników do Morskiego Oka. Nie zajmują się one tematem przeciążenia koni, a jedynie do badania ich wysiłkowego i spoczynkowego tętna oraz oddechu. Jak raportuje Fundacja, niektóre badania przeprowadzano nawet po 20 min. odpoczynku po zakończeniu trasy. Zgodnie z raportem lekarza weterynarii Ludmiły Strypikowskiej z 2015 roku wiele koni posiadało niepokojące zmiany w aparacie ruchu.

W tym samym roku Fundacja Viva! powiadomiła prokuraturę o możliwości popełnienia przestępstwa przez organizatorów ruchu na trasie do Morskiego Oka, czyli dyrektora TPN, który tworzy regulamin i starostę tatrzańskiego, do którego należy droga. Prokuratura postępowanie umorzyła, a Fundacja zażaliła się na tę decyzję do sądu. Sąd Rejonowy w Zakopanem przychylił się do zażalenia. Postępowanie jest w toku.

Jak donosi Fundacja Viva:

Działalność gospodarczą na trasie do Morskiego Okaz nadal prowadzi około 60 furmanów, dla których pracuje 300 koni. Ze statystyk wynika, że wszystkie są wymieniane średnio co 5 lat. Para zwierząt ciągnie wóz z 12-ma pasażerami i woźnicą do Polany Włosienica. Dodatkowo na wóz można zabrać pięcioro dzieci i nieograniczoną ilość bagaży.

Czy transport do Morskiego Oka jest potrzebny?

Wielokrotnie pojawiały się pomysły wprowadzenia transportu hybrydowego lub elektrycznego. Jednak nigdy nie doszło do zrealizowania tych planów. Podstawowym pytaniem jest jednak to, czy taki transport jest w ogóle potrzebny. Czy jest wskazany? Czy nie powinien zostać zapewniony wyłącznie osobom faktycznie niepełnosprawnym. Wtedy nawet gdyby odbywał się samochodem z silnikiem spalinowym, jego szkodliwość dla środowiska byłaby niewielka.

Hubert i Arek (na zdjęciu) to młodzi chłopcy, którzy udowodnili, że trasę do Morskiego Oka może pokonać niemal każdy (fot. nakolkach.com)

Poruszając kwestię osób niepełnosprawnych nie sposób nie wspomnieć o niemym proteście Huberta, 7-latka cierpiącego na porażenie mózgowe, który o własnych siłach, z pomocą rodziców dotarł nad Morskie Oko w 2016 roku. Podobnego wyczynu dokonał na początku tego roku 5-letni Arek, który na wózku inwalidzkim, pomimo śniegu i lodu również pokonał tą trasę. O stanowisko TPN w sprawie osób niepełnosprawnych zapytaliśmy Fundację Viva:

Od lat istnienie transportu konnego motywuje się właśnie świadczeniem usług dla osób niepełnosprawnych. Tymczasem wozy konne nie są przystosowane do ich przewozu. A Tatrzański Park Narodowy, łamiąc Konstytucję i orzeczenie Trybunału Konstytucyjnego, limituje wydawanie wjazdówek dla osób niepełnosprawnych do 1 dziennie, z wyłączeniem weekendów.

Koń to też człowiek

Nie zrozumieją tego pewnie zatwardziali górale, fiakrzy z dziada, pradziada, którzy prowadzą intratny interes. Myśl tę odpycha usilnie również zarząd Tatrzańskiego Parku Narodowego, który opiera na zaprzęgach konnych swoją płynność finansową. Dziwi mnie jednak postawa osób, które korzystają z tego nieludzkiego środka transportu. Dla nas, ludzi gór, pasjonatów sportów na świeżym powietrzu, miłośników outdooru we jego wszelakich postaciach i formach, jest to zupełnie niezrozumiałe.

Góry są nam bliskie. Są miejscem, w które udajemy się, aby poczuć bliskość natury. Czasem zmęczyć się wbiegając na szczyt, czasem najeść strachu podczas pokonywania jednej z tatrzańskich ścian, a innym razem po prostu posiedzieć na kamieniu, kontemplując piękno przyrody. To dobry moment na odrobinę refleksji.

Nie śmiecimy, nie palimy ognisk, nie hałasujemy, nie schodzimy ze ścieżek, nie depczemy roślin i nie łamiemy gałęzi. Nie wspinamy się tam gdzie nie wolno, nie jeździmy na rowerach i nie zabieramy na wycieczki naszych czworonożnych przyjaciół. Stosujemy się do wszystkich reguł ustanowionych przez zarząd Tatrzańskiego Parku Narodowego. W większości są potrzebne i mądre.

Koń jest przecież też częścią tego pięknego świata natury. Jest rozumnym i czułym stworzeniem. Czemu więc go nie dotyczą te same zasady co chociażby kosodrzewiny?

Michał Gurgul

źródła: Fundacja Międzynarodowy Ruch Na Rzecz Zwierząt Viva!, tpn.pl, polskieradio.pl, polityka.pl, http://koniemorskieoko.pl/podsumowanie-badan-w-2017, polsatnews.pl, wyborcza.pl, Tygodnik Podhalański

Wyświetlam 3 komentarze
Dodaj swój komentarz
  1. Słowiańskie Mirabilia napisał(a):

    Kłamstwa i bzdury wyssane z palca. Już chociażby sam opis ostatniego incydentu to jakaś bzdura. Żaden koń na tej trasie nie padł z wyczerpania, ostatni faktyczny przypadek śmierci z bodajze 2012 roku był skutkiem pęknięcia tętniaka aorty, co mogło zdarzyć się w każdym miejscu. Pisanie o katorżniczej pracy to jakiś śmiech na sali, tak samo podawanie „wiarygodnych źródeł” które z tego co widzę są po prostu jednym źródłem czyli Fundacją Viva. A statystki też bardzo łatwo na swoją korzyść poukładać, o czym pisałam niejednokrotnie, ale ktoś uwielbia usuwać komentarze, także mało kto to przeczytał pewnie. Tak samo średni czas pracy jest bzdurą, znam konie pracujące tam od co najmniej 4 sezonów, a najstarszy rekordzista chodzi tam już lat 16 i każde badania przechodzi bez żadnego komentarza. Każdy akapit powyższego tekstu to bajki, także nie rozumiem jak osoby z jakąkolwiek dozą inteligencji w nie wierzą. Tym bardziej, że wszystkie te wzniosłe słowa o przeciążeniu mówi politolog – gdzie to się ma do wykształcenia weterynaryjnego lub zootechnicznego? Tym bardziej, że przez badania w tym roku nie przeszły tylko 3 konie na ok. 350, z czego tylko jeden został wycofany trwałe, a dwa do czasu wyleczenia. Śmiech na sali, kto twierdzi, że furmani nie przestrzegają regulaminowego czasu przejazdu, ilości kursów czy ilości osób na wozie. Przecież właśnie w te święta, podczas opisanych wyżej „zamieszek” w telewizji turyści narzekali, że fiakrzy nie pozwalało na wsiadanie większej ilości osób na wozy czy też na dodatkowe kursy, tylko z góry mówili, że się nie da. Także ogarnięcie się ludzie z tym.swoim biadoleniem w miejscu, gdzie jest to.zbedne. Pozdro dla kumatych.

  2. laik napisał(a):

    Doktorku, chcesz się spotkać przed kamerami i porozmawiać przy świadkach? Tu możesz łgać bezkarnie, ale kiedyś pójdziesz do piekła i krewniak ci nie pomoże.

Skomentuj

XHTML: Możesz korzystać z tych znaczników HTML: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

 


Outdoor Magazyn