Lavaredo Ultra Trail oczami i nogami Agnieszki Lasyk – relacja z zawodów

przez Administrator | Opublikowano 30 czerwca 2017 13:11

Jest godzina 7 rano, leżę patrząc na błękit za oknem i próbuję przewidzieć pogodę na wieczór – od trzech nocy co wieczór nad Cortiną szaleją burze. Jest piątek, 23 czerwca, a przede mną największe i najdłuższe wyzwanie w dotychczasowej biegowej karierze, pierwsza złamana „setka” na The North Face Lavarado Ultra Trail. Na koniec poprzedniego sezonu udało mi się przebiec 93 km, w tym roku zaczynam z kopyta.

Ostatnie tygodnie przed startem przeminęły w oka mgnieniu, gęsto usiane intensywnymi treningami i testowymi startami – Marduła, UltraBabia, jakieś Tatry po drodze… Teoretycznie jestem gotowa. Pierwszy widok Dolomitów o zmierzchu dwa dni wcześniej przy wjeździe do Cortiny sprawia, że na moment staje mi serce – czy to w ogóle może się udać? Ponad 120-kilometrowy dystans i te 6 tysięcy metrów w pionie, w nieznanym kompletnie terenie – co z tego, że lekcje odrobione – wypytałam kogo się dało, przeczytałam chyba wszystkie relacje, obejrzałam filmy. Zapisywaliśmy się na LUT trochę „z głupia” – „Ej chodźcie zobaczymy czy nas wylosują! A jak wylosują to co? To się będziemy martwić!”. No i wylosowali.

Sezon treningowy miał zacząć się więc w tym roku wcześniej, ale z powodu kontuzji porządne bieganie ruszyło dopiero od marca. Mam obawy co do faktycznego stanu mojego przygotowania, ale za późno już na takie wahania. Szybka joga, kawa, chia z owocami na śniadanie i pędzimy do Cortiny, gdzie nasz Wojtek startuje w Cortina Kids, a Karol z Tomkiem muszą jeszcze odebrać pakiety startowe. Nad miasteczkiem unosi się aura ekscytacji i podenerwowania, wszyscy nakręceni i uśmiechnięci, dumnie noszą worki z pakietami, robią pamiątkowe fotki. Za trzy dni gwar zamilknie, w kawiarniach zostaną tylko bogate starsze pary sączące Prosecco, ale dziś Cortina jest bijącym sercem trailowego świata.Spotykamy znajomych, dzieciaki biegają, potem lody w pobliskiej kawiarni i pora zbierać się do domu – trzeba się jeszcze spakować, wypocząć, prześledzić po raz setny mapę i profil wysokościowy.

Agnieszka Lasyk, 5 rano, wschód słońca na Tre Cime

Startujemy we trójkę – Tomek, Karol i ja, ale bez ciśnienia na wspólny bieg – „zobaczymy jak się zgramy”. Maciek z Wojtkiem robią za support z wozem technicznym, więc sytuację mam super komfortową – nie muszę nawet zawozić przepaku na Cimabanche. Sprawdzam sprzęt i choć zapowiada się na upał, pakuję koszulkę z długim rękawem i spodnie – na wypadek, gdyby mój support jednak gdzieś utknął – poza tym chcę być maksymalnie niezależna.

I wtedy pojawia się w mojej głowie uporczywa myśl o pomidorówce – mam obiadowe termosy, zawsze je wożę – muszę mieć pomidorową na te przepaki! Choćbym i miała jej nie tknąć! Jadę więc do sklepu, odbijam się od włoskiej siesty (sklepy są zamknięte), wracam na nocleg, próbuję coś pospać, choć podenerwowanie pozwala mi jedynie poleżeć z zamkniętymi oczami i nogami na ścianie w ciemnym pokoju – spania dziś nie będzie.

Robię podejście numer dwa do sklepu, kupuję składniki i gotuję pomidorową z ryżem oraz herbatę z miodem do termosu. Słyszałam, że punkty na Lavaredo są dobrze zaopatrzone, ale ja lubię mieć awaryjnie „swoje”.

Szybki prysznic, ubieram się i powtarzam procedurę z leżeniem – chwila na medytację i maksymalną koncentrację przed startem. Za oknem ani śladu burzy, ani jednej chmurki – szczęście dziś nam sprzyja; bałam się tej burzy cholernie, a wygląda na to, że będziemy mieć gwieździstą noc!

Jedziemy do Cortiny, odszukujemy chłopaków, którzy po drodze zaliczyli jeszcze pasta party na stadionie i stajemy razem w tłumie 1500 uzbrojonych po zęby w kije i bukłaki śmiałków oraz dwukrotnie większego grona ich kibiców. Ustawiamy się gdzieś z tyłu i cierpliwie czekamy – choć z cierpliwością nie ma to nic wspólnego – w brzuchu aż skręca, nogi same się rwą, w oku błysk szaleńca – a wokół nas półtora tysiąca takich samych świrów.
Jest absolutnie cudownie, atmosferę podkręcają „Highway to hell” czy „Thunderstruck” puszczane z głośników, jeszcze tylko hymn Lavaredo – „Ecstasy of gold” Ennio Morricone, 3…2…1… start! I lecimy!

Cortina-Federevecchia (0-33 km)

Zanim faktycznie zaczynamy biec mija dobrych kilkanaście minut – ustawienie się na końcu szeregu nie było strategicznie najlepszym wyborem, bo teraz drepczemy w miejscu czekając aż lokomotywa ruszy. Na pierwszym podejściu także zator, udaje się nam wyminąć część biegaczy poboczem, ale na niewiele się to zdaje, bo z przodu jest dokładnie to samo – odpuszczamy więc podchody i pokornie drepczemy. Tomek przyspiesza, ale nie staramy się go gonić, bo biegnie na tętno, my z Karolem truchtami na razie wspólnie. Na szczęście po paru kilometrach zatorowa sytuacja rozładowuje się sama i teraz już dziarsko maszerujemy w szeregu. Nigdy wcześniej nie widziałam chyba tylu osób umiejących podchodzić na kijkach i to w takim tempie – raczej nie ma tu przypadkowych biegaczy – a przecież nie idziemy na czele stawki, raczej w jej ogonie. Pierwsze kilometry mijają na rozmowach i śmiechach – jeszcze nie czuć zmęczenia, jest świeżość, ekscytacja, las, góry, środek nocy i potok światła z naszych czołówek pędzących do przodu.

Zdobywamy pierwszą górkę i za chwilę zaczynamy zbieg, który oceniamy jako „beskidzki” – tyle, że bardziej kręty – a po nim kawałek podejścia na  pierwszy punkt odżywczy – Ospitale. Łykam colę, sprawdzam stan bidonów, zagryzam banana i ciśniemy dalej, czeka nas 700 metrów ostrego podejścia na Son Forca. Czas mamy dobry, nie ma co martwić się o limit – te zresztą na Lavaredo są raczej łaskawe, nie ciśniemy więc zbyt mocno. Te pierwsze 20-30 km jest dla mnie zawsze uciążliwe, zanim organizm dobrze się rozgrzeje, zaczną działać biegowe endorfiny, zanim złapię flow, staram się biec bez ciśnienia swoim tempem i nadrabiać czas na dalszych fragmentach trasy.
Zbiegamy na Passo Tre Troci, dalej mała górka i ostry zbieg na Federevecchię – za nami 33 km trasy, 1/4 z głowy.

Karola coś męczy brzuch – sytuację ratuje nasza herbata, a ja ku memu zdziwieniu wymieszanemu z przerażeniem orientuję się, że na palcach zaczynają mi się robić pęcherze! Biegnę w przetestowanych, rozbieganych butach, skarpetach, których zawsze używam, tylko te wkładki mam już trochę wysłużone – ostatnia Babia dała im popalić, późniejsze Tatry w deszczu nie poprawiły sytuacji… cholerne wkładki! A tak myślałam czy by ich wreszcie nie wymienić, ale bałam się, że w nierozbieganych będzie jeszcze gorzej – no i masz!

Przemilczam temat, nie mam najmniejszego zamiaru ściągać też kompresji celem oszacowania strat. Otarcia na 30km i to przez własną głupotę! Jestem sfrustrowana i zła.

Strony: 1 | 2 | 3 | 4

Skomentuj

XHTML: Możesz korzystać z tych znaczników HTML: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

 


Outdoor Magazyn