Piotr Śnigórski o przebiegu wyprawy i wypadku na Gasherbrumie II

przez Administrator | Opublikowano 03 sierpnia 2015 13:03

Oto krótka relacja z wydarzeń z zeszłego tygodnia. Bardzo proszę o wyważone ewentualne komentarze, nie rzucanie oskarżeń itp., nie o to w tym chodzi. Uszanujmy pamięć Olka.

Gasherbrum II - 8035 m n.p.m.

Akcję górską rozpoczęliśmy 5 lipca. Wykonaliśmy 3 wyjścia aklimatyzacyjne, zakładając odpowiednio 3 obozy, spędziliśmy noc w obozie trzecim na wysokości 7000 m n.p.m., przez cały czas czuliśmy się dobrze.

Z zamiarem ataku szczytowego wyszliśmy z bazy 21 lipca. Początkowo realnie zakładaliśmy krótką akcję, tzn. wyjście od razu do obozu drugiego, następnie przesunięcie trzeciego do czwartego i atak szczytowy, jednak warunki pokrzyżowały nasze plany.

Lodowiec na drodze do obozu pierwszego zrobił się koszmarny do przejścia i zajął nam sporo czasu, więc pierwszego dnia dotarliśmy tylko do jedynki. Przejście z dwójki do czwórki również się nie udało, szliśmy jako pierwsza ekipa, a z powodu wcześniejszych opadów śniegu musieliśmy całą drogę torować, szukać/wydobywać poręczówki itp.

Z tego powodu, dość zmęczeni, o 21.00 rozpoczęliśmy atak szczytowy z obozu trzeciego. Tu również przez cały czas musieliśmy torować drogę w głębokim i nieprzyjemnym śniegu. Udało nam się osiągnąć wysokość obozu czwartego, a następnie przejść charakterystyczny trawers pod piramidą szczytową. Dalej, po kilkunastu godzinach trwania, z powodu późnej pory dnia, mocnego słońca i zmęczenia, przerwaliśmy akcję na wysokości, około 7600 m n.p.m i zjechaliśmy na nartach do obozu trzeciego, a po krótkim odpoczynku niżej do drugiego, gdzie spędziliśmy noc.

Następnego dnia wstaliśmy dość późno, przed 12.00. Dyskutowaliśmy, czy zostać tu i odpocząć, czy zjeżdżać do jedynki. Wracać do bazy chcieliśmy następnego dnia, razem z innymi schodzącymi ekipami, dla podniesienia bezpieczeństwa na lodowcu. Ostatecznie zapadła decyzja o opuszczeniu dwójki.

Było bardzo ciepło, słońce mocno operowało. Ruszyliśmy trasą, którą już raz pokonaliśmy, początkowo zjeżdżając bezpośrednio poniżej obozu drugiego, a następnie trawersując lewą stronę Banana Ridge (patrząc od góry).

Pierwszy zjeżdżał Olek, ja drugi. Warunki były dużo gorsze niż za pierwszym razem. Olek po wjechaniu w trawers stwierdził, że nie będzie się tu pchać ze względu na szczeliny i rynny utworzone przez śnieg i wodę i wrócił na szeroki stok prowadzący spod dwójki.

Od tego momentu wydarzenia potoczyły się bardzo szybko. Po wykonaniu kilku skrętów oberwała się deska śnieżna, która zaczęła zjeżdżać wraz z nim. Po kilku sekundach zniknął mi z oczu, ponieważ stok poniżej „wystramia” się mocno.

Gdy wszystko ustało, zacząłem go wołać, bez rezultatu. Spróbowałem zjechać niżej, lecz ze względu na trudności terenu i uwolnienie kolejnego zsuwu zatrzymałem się. Znów nawoływanie, po czym wróciłem do góry, do obozu drugiego po pomoc. W obozie przebywało wówczas 2 Chilijczyków, Peruwiańczyk i 3 Czechów, wszyscy odpoczywający po ataku szczytowym.

Jeden z Chilijczyków zawiadomił bazę przez radio, drugi ruszył na szczyt Banana Ridge w celu obserwacji, sam próbowałem wywołać Olka przez radio, które miał przy sobie, bez rezultatu. W obozie było bardzo mało sprzętu, każdy szedł na lekko, udało mi się zdobyć tylko 30-metrową linę.

Strony: 1 | 2

Skomentuj

XHTML: Możesz korzystać z tych znaczników HTML: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

 


Outdoor Magazyn