Jak spaść, to z wysokiego konia – Dolnośląski Festiwal Biegów Górskich

przez Administrator | Opublikowano 22 lipca 2015 12:27

Do centrum Lądka zostało mi już tylko kilka kilometrów. Mimo sporego zmęczenia, obolałych nóg i szalejącego upału, rzuciłem się do ostatniego zbiegu, chcąc jak najszybciej dotrzeć do amfiteatru. Tam, na miejscu wreszcie uśmiech na twarzy i świadomość dobrze wykonanej roboty! Jeszcze chyba nigdy nie byłem tak dobrze przygotowany do zawodów. Przez ostatnie 4 dni poznałem prawie całą trasę Biegu 7 Szczytów, w którym miałem wystartować za niecałe 2 miesiące.

Nigdy wcześniej nie przebiegłem więcej niż 200 km. Ba, uczciwie mówiąc, mój „rekord” to 100 km zaliczone na CCC (krótsza wersja kultowego UTMB) dwa lata temu. W styczniu uznałem jednak, że kilka sezonów startów w rajdach przygodowych (co prawda już jakiś czas temu) i nadchodzące kilka miesięcy intensywnych treningów powinny wystarczyć, by podołać jednej z najdłuższych tras biegowych w kraju. Jak spadać, to z wysokiego konia lub jak kto woli – z deszczu pod rynnę.

Dolnośląski Festiwal Biegów Górskich (fot. Piotr Dymus)

Dolnośląski Festiwal Biegów Górskich (fot. Piotr Dymus)

Dolnośląski Festiwal Biegów Górskich bardzo szybko wyrósł na jedną z największych imprez w kraju. Już same „suche” tegoroczne fakty mówią za siebie: 4 dni zmagań, 7 tras (od 10 do 240 km), ponad 200 osób w sztabie organizacyjnym i ponad 1500 zawodników. Do tego bogaty program spotkań, pokazów filmów i koncertów, czyli dla każdego coś dobrego.

W trakcie mojego rekonesansu na początku czerwca nie tylko poznałem dobrze samą trasę, ale też dopracowałem logistykę, która miała mi pomóc w dotarciu na metę. Poza żelami i batonami, po raz pierwszy postanowiłem zabrać kilka kanapek „na poważnie”. Do każdego z przepaków zapakowałem ryż z tuńczykiem, suchy komplet rzeczy, krem przeciwsłoneczny i maść na odparzenia, trochę lekarstw na różne okazje i garść gadżetów (zapasowe baterie, folie NRC, bandaże…), które w zależności od okoliczności mogły okazać się przydatne.

Dolnośląski Festiwal Biegów Górskich (fot. Piotr Dymus)

Dolnośląski Festiwal Biegów Górskich (fot. Piotr Dymus)

dfbg5

Przygotowałem cztery różne rozpiski „czasowe”, choć pełną satysfakcję dawał mi już plan minimum: ukończenie trasy w limicie. Wprawdzie organizatorzy przewidzieli sklasyfikowanie na trasie Super Trail 130km i medal dla każdego, kto dotrze przynajmniej na jej metę w Kudowie Zdrój, jednak skrócenie wyjściowego dystansu 240 km łapało się u mnie jedynie w kategorii „porażka” jako plan do…, no nie jako plan.

Po dniu, który jak zwykle miał być spokojny, a jak zwykle nie był – czyli zakupy, gotowanie, pakowanie i zdawanie przepaków, rejestracja, pogaduszki ze znajomymi – przyszła chwila na posmarowanie stóp Sudocremem, dolanie wody do bukłaka, dokręcenie kijków i pójście na start. Krótkie przemówienie na rozpoczęcie Festiwalu, pamiątkowe zdjęcia, odliczanie i…poszły konie po betonie. Dosłownie, bo tylko najbardziej zadziorni pobiegli drogą stromo pod górę.

Miałem mocne postanowienie, by nie dać się sprowokować do „podbiegania podejść”, za to w dół – spokojnie zbiegać cały czas. Jakkolwiek to zabrzmi, nie chciałem się dać zamęczyć na pierwszych 180 kilometrach.

Trasa szybko dobiła do granicy i przez kilka godzin podążała wzdłuż niej, aż do cypelka wysuniętego najbardziej na południe. Będąc już za pierwszym szczytem – Trojakiem, kolejne (Czernik, Pośrednia, Kowadło, Smrek, itp.) nie były na tyle wysokie, by poszczególne podejścia trwały więcej niż 15 minut, kilometry mijały więc dość sprawnie i zgodnie z planem. Momentami otwierał się piękny widok na doliny, zwłaszcza w okolicach Przełęczy Trzech Granic, gdzie powoli robiło się już ciemno. Co ciekawe, pomimo ok. 200 osób, które wystartowały wspólnie z Lądka, dość szybko znalazłem się sam gdzieś w środku stawki, co całkiem mi pasowało.

dfbg7

Na Przełęczy Płoszczyna (32 km) zastałem sporą grupę na punkcie żywieniowym. Próbując zignorować pierwszy drobny kryzys, dolałem wody do bukłaka, wrzuciłem do worka 2-3 garście owoców i nie tracąc czasu ruszyłem w stronę Śnieżnika. Choć regularnie jadłem i piłem – zmagałem się odtąd z bólem brzucha i słabością. Zarówno na podejściu jak i zbiegu do Międzygórza minęło mnie kilkanaście osób, co na pewno nie poprawiało mi humoru. Próbowałem jednak, gdzie tylko mogłem, zbiegać z górki i utrzymywać równe tempo na podejściu, coraz mocniej pracując kijkami. Cały czas skupiałem się na dotarciu do pierwszego przepaku w Długopolu Zdrój, wiedząc, że kryzysy prędzej czy później mijają.

Na przepak wbiegłem po równo 10 godzinach od startu, co do minuty trzymając się jednej z rozpisek czasowych, tej na 45h. Od początku planowałem, że na przepakach będę się cały przebierał, próbując zmyć z siebie 10-12 godzinną warstwę potu i brudu. Zamiast umywalki trafiłem na…prysznic. Nigdy jeszcze czegoś takiego nie zrobiłem w trakcie zawodów, choć muszę przyznać, że jest to rozwiązanie, które dopisuję do logistycznych patentów na trasie długiego biegu. Zwłaszcza, że z kranu poleciała ciepła woda ;)

Strony: 1 | 2 | 3

Wyświetlam 3 komentarze
Dodaj swój komentarz
  1. Paulina napisał(a):

    Wielki szacunek – za szczerość, za nietuzinkowe podejście – honorowe nie rzucanie się po medal Super Trail. Za piękny i ważny dla mnie – zupełnego leszcza w ultra – opis tras. :)

  2. gab napisał(a):

    Ja też się zgiąłem pod tym dystansem…
    Oto 2 słowa refleksji ode mnie!
    Do zobaczenia na trasie!

  3. gab napisał(a):

    Hehe… zapomniałem podkleić link – refleksje tu -> http://runyourlife.pl/cienias/

Skomentuj

XHTML: Możesz korzystać z tych znaczników HTML: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

 


Outdoor Magazyn