Dynafit Run Adventure – trzy etapy, jedna meta. Relacja Michała Unolta

przez Administrator | Opublikowano 23 lipca 2014 10:31

Znajomi, którzy jakiś czas temu doczekali się pierworodnego syna, podzielili się ze mną swoimi pierwszymi wrażeniami: „Czytaliśmy w kilku mądrych książkach o różnych metodach wychowania i podejścia do dziecka. Ale prawda jest taka, że my to po prostu próbujemy tylko jakoś przetrwać.” Choć okoliczności zgoła inne, taktyka większości uczestników Dynafit Run Adventure, pierwszego w Polsce etapowego ultramaratonu górskiego, wyglądała całkiem podobnie…

Dynafit Run Adventure - start,

Dynafit Run Adventure – start, Michał Unolt to ten pierwszy z lewej

Grzegorz Golonko, który w ciągu ostatnich kilkunastu lat zorganizował blisko 250 imprez rowerowych (jak choćby MTB Marathon, Sudety MTB Challenge czy Beskidy MTB Trophy) oraz serię Volvo Triathlon, podjął się w tym roku kolejnego wyzwania, zapraszając do Istebnej miłośników biegania. Trasa Dynafit Run Adventure (dystans Trophy: 110 km i Challenge: 80 km) została podzielona na trzy porównywalnej długości etapy. Od początku było jednak jasne, że przez narastające zmęczenie każdy kolejny dzień będzie trudniejszy. Dla mnie najgorsza była i tak wizja zapowiadanych upałów. Nie mam problemu z bieganiem w zimnie czy deszczu, ale palące słońce i duchota odejmują mi sił i chęci do wszystkiego.

dra11

dra8

W piątkowy poranek na starcie zawodów, zlokalizowanym przy bazie (i mecie) w Istebnej-Zaolziu, stanęło około 150 zawodników – ja, podobnie jak większość, z nastawieniem na dłuższą trasę. Choć o imprezie było głośno od kilku miesięcy, a na liście startowej prawie drugie tyle osób zadeklarowało wstępnie chęć uczestnictwa, to część zrezygnowała w ostatniej chwili, bojąc się braku odpowiedniego przygotowania. Inni z kolei wybrali odbywający się w tym samym terminie Dolnośląski Festiwal Biegów Górskich – to zawsze boli, gdy dwie imprezy odbywają się w tym samym czasie.

Uprzedzając fakty, trzeba przyznać, że ogólny poziom zawodów był naprawdę wysoki – nie było nikogo, kto musiałby walczyć z limitami, choć trasa nie była prosta i usłana różami. Nawet ci, dla których był to pierwszy start w górach, byli dobrze przygotowani, a w sumie nie musiało tak być. Myślę, że limity dałyby również sporo satysfakcji słabiej wytrenowanym osobom, pozwalając na dotarcie do mety w spokojniejszym tempie.

Pierwszy etap rozpoczął się od podejścia na Złoty Groń, szybkiego zbiegu stokiem narciarskim i dalej wąską leśną ścieżką w stronę góry Żor. Poza czołówką, która od początku do końca dawała z siebie wszystko wykręcając nieosiągalne dla „normalnych ludzi” czasy, tempo nie było szczególnie mocne. Każdy wiedział, że sił musi wystarczyć również na kolejne dni.

Częściowo asfaltami, a częściowo leśnymi ścieżkami obiegliśmy kolejno Żor, Młodą Górę i Bukowiec. Gdzieś na tym odcinku razem z kilkoma osobami wbiegliśmy na asfalt i…pobiegliśmy nie w tę stronę. Straciliśmy kilka minut, a wracając cofaliśmy innych, którzy popełnili ten sam błąd co my. Jak zauważyłem sam i jak przyznawali różni zawodnicy, z którymi rozmawiałem, w kilku miejscach na pierwszym etapie taśmy znakujące trasę były nieco zbyt rzadko powieszone. Zawodnik, który jest już wytrzęsiony i podmęczony biegiem nie powinien w ogóle się zastanawiać czy dobrze biegnie, lecz cały czas widzieć kolejną, a najlepiej 2-3 kolejne taśmy, zarówno w newralgicznych miejscach (np. skrzyżowania) jak i na dłuższych prostych; spokój ducha przede wszystkim. Na szczęście drugiego i trzeciego dnia było już lepiej, a ja więcej nie błądziłem.

Michał Unolt

Michał Unolt

Na końcu wspomnianego asfaltu przekroczyliśmy Olzę i tym samym znaleźliśmy się w Czechach. Chwilę po tym, jak zaczęło się podejście czerwonym szlakiem w stronę Wielkiego Stożka, zacząłem odczuwać objawy udaru słonecznego. Mimo, że piłem dużo i nadal miałem wodę w bukłaku, kręciło mi się w głowie i robiło słabo, nie miałem więc sił by utrzymać tempo. Nieco zregenerowałem się w punkcie odżywczym, polewając się cały wodą, ale do końca czułem już osłabienie, a palące słońce nie polepszało mi nastroju. Mozolnie minąłem Kyrkawicę oraz Kiczory i aż do Przełęczy Kubalonka biegłem tylko gdy było z górki. W zasadzie ta sytuacja nie zmieniła się już do końca etapu. Miałem za to czas na podziwiane pięknych widoków i planowanie popołudniowej regeneracji (czyli w skrócie: myślałem co zjem).

dra4

dra5

Na mecie ustawiłem się grzecznie w kolejkę do masażu, gawędząc z innymi zawodnikami o wrażeniach z trasy i obawach przed kolejnymi etapami. Panowie z pracowni masażu „Dla Ciebie” w Tychach odwalili naprawdę kawał dobrej roboty, pomagając odżyć kilkuset sfatygowanym nogom. Popołudnie upłynęło mi, podobnie zresztą jak innym, na leżeniu, odpoczywaniu i jedzeniu.

Strony: 1 | 2 | 3 | 4 | 5

Skomentuj

XHTML: Możesz korzystać z tych znaczników HTML: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

 


Outdoor Magazyn