Zimowy Ultramaraton Karkonoski im. Tomka Kowalskiego – oczami Ciasteczkowego Potwora

przez Administrator | Opublikowano 20 marca 2014 9:27

Czasem warto na coś czekać. Czasem warto robić coś bez powodu. Robić coś tylko dlatego, że chcemy, że marzymy. Czasem warto robić coś, o czym na zwolnionych obrotach rozmyślamy, gdy przypadkiem budzimy się przedwcześnie o brzasku i nie możemy zasnąć. Czasem warto zrobić coś, czego nie mamy najmniejszej ochoty tłumaczyć. Bo po prostu tak. Czasem warto czuć, że nie chcemy być nigdzie indziej i robić czegoś innego. Czasem warto dotrzeć do tego punktu, gdzie odrywamy się od skorupy Ziemi i nie czujemy już nóg z waty, bo szybujemy myślą. 

Pierwszy Zimowy Ultramaraton Karkonoski im. Tomka Kowalskiego (fot.Grzegorz Lisowski/nigra-photo.blogspot.com)

Pierwszy Zimowy Ultramaraton Karkonoski im. Tomka Kowalskiego (fot.Grzegorz Lisowski/nigra-photo.blogspot.com)

(…)
And if I only could,
I’d make a deal with God,
And I’d get him to swap our places,
Be running up that road,
Be running up that hill,
Be running up that building.
(Kate Bush, Running Up That Hill)

(…)
Szok i przerażenie. Strach i niedowierzanie. 8. marca zbliżał się bezlitośnie. Udawałem, że nie zdaję sobie sprawy z mijającego czasu, oddawałem hołd najważniejszemu bożkowi wyznania „jakoś to będzie” i stosowałem najlepszą życiowo taktykę uników oraz ignorowania faktów. 8. marca zbliżał się w tempie pendolino rzuconego w Wielki Kanion Kolorado, a ja byłem kompletnie nieprzygotowany. Jak zwykle, corocznie, nie miałem jakiegokolwiek pomysłu na zorganizowanie tradycyjnego Międzynarodowego Dnia Kobiet. Żona już od paru dni dawała niedwuznacznie do zrozumienia, że spodziewa się imprezy z grubej rury, kosza róż, serenady i wyjścia do knajpy, którą postawiła na nogi Magda Gessler. Każdego dnia dochodziło do rozmaitych prowokacji: w różnych miejscach w domu znajdowałem kalendarze i terminarze z zaznaczonym 8. dniem marca oraz wizytówki właścicieli kwiaciarni. Udawałem, że mam wszystko pod kontrolą, na oczach żony stroiłem mandolinę i niby ćwiczyłem canzone d’amore, ale w międzyczasie usiłowałem ułożyć plan brawurowej ucieczki z objęć konwenansu i obowiązku.

I nagle mnie oświeciło. Tak! Przecież jakoś przed Bożym Narodzeniem zapisałem się na ultrę! ZUK czy jakoś tak… jak to było? A! Jest! Tak! Przypomniałem sobie! Zuchwałe Udeptywanie Kosodrzewiny w Karpaczu! Jestem uratowany! Alleluja! To przecież odbywa się 8. marca! Co za ulga! Kamień wielkości Kruczych Skał spadł mi z lekko przerośniętego serca. Nie będę musiał brzdąkać niczego pod balkonem z różą w zębach, nie będę musiał się zastanawiać w knajpie, która łyżka służy do czego, nie będę musiał wygrzebywać z kątów krawatów i rozplątywać ich z kłębowiska wielkości piłki lekarskiej.

7. marca rano udawałem, że źle się czuję… właściwie nie musiałem nawet udawać. W radio usłyszałem, że w ciągu poprzedniego tygodnia 100 000 osób zgłosiło się do lekarzy z objawami grypy. Ja byłem na najlepszej drodze, aby stać się osobą nr 100 001 w tej wesołej statystyce. Od paru dni żywiłem się głównie aspiryną i witaminą C. Ponadto czasem odzywały się jakieś pamiątki po pogruchotanych w dawnych latach kościach, więc nawet nie musiałem się specjalnie skupiać na symulowaniu nie najlepszej formy bo symulowanie nie było potrzebne – moje lekkie zamulenie było faktem. Zatem przewracałem oczami jęcząc i spokojnie poczekałem, aż małżonka wyjdzie do pracy, a następnie błyskawicznie wyskoczyłem z łoża boleści i zacząłem gorączkowo wrzucać konieczne wyposażenie do plecaka.

Było o tyle łatwiej, że organizatorzy ZUK przygotowali listę sprzętu obowiązkowego. Zapakowałem co trzeba, w domu zostawiłem słoik z tłuszczem foki, zestaw harpunów wielorybniczych ze stali nierdzewnej, lornetkę do obserwowania pingwinów oraz smar do skutera śnieżnego – w końcu zima, nawet karkonoska, odpuszczała. Gdy wychodziłem z domu, spoczął na mnie Duch Święty i kazał zajrzeć do jednego z pokojów, w którym przez cały ranek nie byłem. Ku mojemu rozbawieniu okazało się, że w pokoju tym znajdują się moje buty do biegania w terenie – na liście sprzętu obowiązkowego nie wspomniano wprost o butach, więc o mały włos biegłbym w Karkonoszach w awangardowym modelu obuwia do biegania naturalnego o nazwie „skarpetki trail”.
Zatem ruszam! Uciekam z domu! A co potem? Będziemy się tym martwić potem! Przygoda, przygoda, każdej chwili szkoda!

(…)
Gnałem drogami krajowymi na złamanie karku z szybkością siedemdziesiąt km/h (gdyby wszystkie radary drogowe w Polsce zanieść do skupu złomu, doszłoby do rewolucyjnych zmian cenowych na światowym rynku metali), mój stylowy wehikuł firmy Fabbrica Italiana di Automobili Torino (znanej szerzej jako FIAT) połykał kilometry a ja z każdą minutą czułem się coraz bardziej niepewnie. Myślę sobie, że miało być 14 godzin limitu, a jest 13! Limity na Okraju i w Śląskim Domu są ostre! Na pewno mnie zatka, będę się czołgał i po sprawie.
Wymieniam uwagi z Kasią, która okazuje się być wyjątkowo odważna – zdecydowała się na przyjazd na ZUK właśnie ze mną i wsiadła do mojego zabytkowego pojazdu wiedząc, że będzie podróżować jedną z wielu polskich dróg śmierci, taką np. drogą nr 3 na odcinku Jawor-Bolków-Jelenia.
W wisielczym nastroju wjeżdżam do Karpacza. Nie widać ani centymetra Karkonoszy. Możliwości są dwie: albo są spowite chmurami albo odwieźli je do konserwacji. Modlę się w duchu o opcję nr 2.

(…)
Numer startowy i pakiet odbieram dość wcześnie.
– Niestety przyjechałem – witam się dość wylewnie.
– No, niestety – odpowiadają przesympatyczne dziewczyny i każą mi podpisać kilka oświadczeń.

W pierwszym oświadczeniu zrzekam się prawa własności do składek przetransferowanych z OFE do ZUS, w drugim oświadczeniu deklaruję, że nigdy nie wykrzykiwałem nazistowskich haseł na lotnisku we Frankfurcie nad Menem a jeśli jednak tak, to ZUK nie ma z tym nic wspólnego. Kolejnych oświadczeń (do czterdziestego siódmego włącznie) już nie czytam, tylko podpisuję. Po serii podpisów boli mnie dłoń i jestem wycieńczony, cały się trzęsę i szukam batonów oraz izotoników. W pakiecie startowym znajduję między innymi worek soli drogowej, co odczytuję jako zapowiedź trudnych warunków lodowych na trasie.

Dostałem też bardzo ciekawą mapę. Przesympatyczne dziewczyny w mig oceniły moje możliwości i wręczyły mi mapę, na której co prawda nie ma zaznaczonej dokładnie mety (bo to mi pewnie nie będzie potrzebne), ale za to zaznaczono kapliczki i, przede wszystkim, krzyże pokutne.

(…)
Wieczorem wpadam na odprawę w dużej sali Domu Wczasowego Mieszko. Ekipa jest megamocna, kojarzę parę twarzy ze zdjęć w „Dwutygodniku Kozaków i Mistrzów”, a niektóre panny widziałem na rozkładówkach w miesięczniku „Spróbuj Fiknąć Ultrasce, Będziesz Miał Ślady Na Masce”. Jest paru dresiarzy jakiegoś klubu UTMB, o którym nigdy nie słyszałem. Jest duża reprezentacja Technikum Wędliniarskiego z Podkarpacia (jakiś „Bieg Masarza” czy „Rzeźnika” czy coś takiego), jest grupa młodzieży z Izraela (oznaczona jako „Salomon”) oraz sympatyków wymarłych gatunków (koszulki z napisem „Mammut”). Widzę grupę miłośników bajek, którzy każdą opowieść zaczynają od „za Siedmioma Dolinami”.

Ja dumnie prezentuję koszulkę z Ciasteczkowym Potworem, która odzwierciedla moją biegową filozofię: nażreć się CIASTEK na full i napierać. Jestem przeszczęśliwy, bo czego, jak czego, ale CIASTEK na odprawie nie brakuje.

Strony: 1 | 2 | 3 | 4

Skomentuj

XHTML: Możesz korzystać z tych znaczników HTML: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

 


Outdoor Magazyn