Podczas wyprawy najważniejsze jest wielkie serce – wywiad z Markiem Synnottem

przez Administrator | Opublikowano 28 lutego 2014 16:27

Uwielbiam czuć, że żyję i to w najbardziej pierwotnym sensie, że jestem tylko jednym ze stworzeń w ogromnym i dzikim świecie; takie wrażenia odnajduję właśnie w górach – mówi dla Outdoor Magazynu wybitny amerykański wspinacz, Mark Synnott.

Anna Orłowska: Zawsze chciałeś się wspinać?

Mark Synnott: Zacząłem się wspinać dzięki mojemu ojcu, który pewnego dnia zabrał mnie na klif w pobliżu miejsca, gdzie dorastałem. Myślę, że był wtedy bardzo zafascynowany wspinaniem, ale tylko oglądaliśmy wspinaczy przez lornetkę. Na pewno nie przypuszczał, że zasiał we mnie ziarno, które powoli zaczęło kiełkować. Jako dziecko uwielbiałem robić szalone rzeczy i kiedy dowiedziałem się, że jest coś takiego jak wspinanie, pomyślałem „to jest dla mnie idealne!”. Miałem jako dziecko marzenie, żeby rodzice wysłali mnie na obóz, na którym będę wspinał się na klif nad jeziorem. Wtedy nie wiedziałem, że istnieją liny wspinaczkowe, więc doszedłem do wniosku, że najbezpieczniej będzie, jeśli będę wspinał się nad wodą. Co prawda nigdy nie było mi dane wyjechać na taki obóz, ale kiedy odkryłem wspinanie w wieku 15 lat, to nigdy już nie przestałem tego robić, a dziś mam 44 lata.

Mark Synnott był gościem minionej, 11. edycji Krakowskiego Festiwalu Górskiego (fot. Lesław Włodarczyk)

Mark Synnott był gościem minionej, 11. edycji Krakowskiego Festiwalu Górskiego (fot. Lesław Włodarczyk)

Mark i Adam Pustelnik na 11. KFG (fot. Lesław Włodarczyk)

Mark i Adam Pustelnik na 11. KFG (fot. Lesław Włodarczyk)

Adam Pustelnik i Mark Synnott na pogawędce w biurze prasowym 11. KFG (fot. Lesław Włodarczyk)

Adam Pustelnik i Mark Synnott na pogawędce w biurze prasowym 11. KFG (fot. Lesław Włodarczyk)

Czy podążając za marzeniami z dzieciństwa, spróbowałeś deep water solo?

Wspinałem się w ten sposób na ostatniej wyprawie w Omanie, ale chyba powinienem był spróbować tego wcześniej, bo się najzwyczajniej trochę bałem. Myślałem, że to nic wielkiego, dopóki nie spojrzałem w dół…

Jak według ciebie zmieniał się sprzęt wspinaczkowy na przestrzeni lat?

W ciągu tych 30 lat nie zauważyłem żadnego spektakularnego odkrycia w tej dziedzinie. Zaczynałem w połowie lat 80. i odkrycia, takie jak specjalna guma na butach wspinaczkowych, były już w powszechnym użyciu. Z mojej perspektywy największy postęp dotyczył sprzętu przeznaczonego do wspinaczki lodowej – czekany są o wiele lepsze, bardziej precyzyjne, ogromną różnicę zrobiło też wspinanie się bez pętli nadgarstkowych oraz zdecydowanie lżejsze i wygodniejsze buty, liny stały się cieńsze, a śruby lodowe łatwiejsze w osadzaniu.

Mark Synnott na Polar Sun Spire w 1996 roku(fot. newhampshireclimbing.com)

Mark Synnott na Polar Sun Spire w 1996 roku
(fot. newhampshireclimbing.com)

Jednak to, co moim zdaniem zmieniło się najbardziej, to styl wspinania. Gdy zaczynałem się wspinać, ani wspinania sportowego, ani ścian wspinaczkowych jeszcze nie wynaleziono. Dzisiaj wszyscy mówią o wspinaniu „tradowym”, ale wtedy to było po prostu wspinanie. Etyki wspinaczkowej uczyli nas starsi koledzy – wspinałeś się do odpadnięcia, zjeżdżałeś na dół i szedłeś jeszcze raz, patentowanie drogi było wyśmiewane przez kolegów, więc tego nie robiliśmy. Wtedy nauczyłem się swoistego szacunku dla skały, co oznaczało między innymi oszczędną asekurację. Dzisiaj nikt tego nie uczy ludzi, którzy zaczynają się wspinać i mam wrażenie, że bezpieczeństwo stało się wartością samą w sobie i priorytetem. Oczywiście, nie widzę w tym nic złego, w końcu zależy mi, aby moje dzieci, wspinając się, były całkowicie bezpieczne – nie dolatywały do ziemi podczas lotów itd. W każdym razie minimalizowanie ryzyka nigdy nie było dla mnie ważne we wspinaniu. Lubię mieć poczucie, że gdzieś tam ciągle czekają zwariowane i niebezpieczne wspinaczki, które jeszcze mogę odbyć, że jest pewna filozofia wspinania, którą pozostawiamy kolejnym pokoleniom wspinaczy. Liczę, że będą w stanie zadbać o to, co im pozostawimy, i ochronić to.

Co Twoim zdaniem decyduje o sukcesie wyprawy?

Myślę, że najważniejsze jest wielkie serce. Musisz bardzo chcieć coś zrobić i w moim przypadku ta motywacja brała się z wielkiej miłości do wszelkich przygód. Tak było, kiedy zaczynałem się wspinać i tak jest do dziś. Uwielbiam czuć, że żyję i to w najbardziej pierwotnym sensie, że jestem tylko jednym ze stworzeń w ogromnym i dzikim świecie – takie wrażenia odnajduję właśnie w górach. Tak naprawdę ja nawet nie lubię być „wewnątrz” – w domu, przy biurku, zawsze chcę być „w świecie”.

Mark Synnott w Czadzie (fot. Jimmy Chin)

Mark Synnott w Czadzie (fot. Jimmy Chin)

Mark Synnott w Czadzie (fot. Jimmy Chin)

Mark Synnott w Czadzie (fot. Jimmy Chin)

Czy właśnie to uwielbienie dla przygody i natury stanowi dla Ciebie największą motywację, żeby jechać dalej i wspinać się wyżej, a może chodzi o ciągłe podejmowanie ryzyka?

Nie powiedziałbym, że ryzyko jest aż tak istotne, chociaż jak się nad tym zastanawiam, to rzeczywiście wszystko, co kocham robić – wspinanie, żeglowanie czy jazda na nartach – niesie ze sobą mniejsze lub większe ryzyko, które z pewnością wzrasta, gdy stajesz się coraz lepszy. Wszyscy lubimy się sprawdzać i przekraczać swoje granice, ale dla mnie najcenniejsze jest przeżyć przygodę − podróżować, oglądać świat i nigdy do końca nie wiedzieć, co może ci się przytrafić i jaki będzie finał, czy odniesiesz sukces, czy poniesiesz porażkę.

Strony: 1 | 2

Skomentuj

XHTML: Możesz korzystać z tych znaczników HTML: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

 


Outdoor Magazyn