Piotr Smulski: bez tytułu

przez Aneta Żukowska | Opublikowano 12 listopada 2013 11:41

Na początku postanowiliśmy rozbić namiot, naszykować sprzęt, a dopiero później przystąpić do wspinaczki. Jako, że skały zrobiły na nas ogromne wrażenie, to z wszystkimi zaplanowanymi czynnościami uwinęliśmy się dosłownie migiem. Założyliśmy uprzęże, naszykowaliśmy liny i inne niezbędne przyrządy i ruszyliśmy eksplorować naszą pierwszą górę.

Jako, że jako facet jestem silniejszy ruszyłem przodem po drodze zakładając punkty asekurujące, podczas gdy Ola czuwała nade mną z dołu. Nigdy tak długo się jeszcze nie wspinałem. Dojście na szczyt zajęło mi pół godziny. Zaraz za mną ruszyła moja koleżanka.

– Trzymaj się prawej! – wykrzyczałem swoją radę.

– Dzięki za radę! – usłyszałem z echem z góry.

Ola wspinała się z takim skupieniem na twarzy jak nigdy. Musiało to być dla niej ogromne przeżycie, ale niedługo potem oboje byliśmy na górze. Z ogromną radością uścisnęliśmy się z całych sił. Zejście przyszło nam szczególnie łatwo i szybko. Po tak ekscytującym dniu zjedliśmy kolację, zasnęliśmy od razu i spaliśmy jak drzewa.

Rankiem byliśmy wciąż pełni radości i satysfakcji z udanej ekspedycji. Odpoczęliśmy trochę i wzięliśmy się za pakowanie naszego dobytku, aby jeszcze tego dnia wrócić do samochodu oddalonego trzydzieści kilometrów od nas. Jak zwykle, najpierw sprzęt wspinaczkowy, potem ubrania, a na końcu namiot i karimata.

Ruszyliśmy w drogę powrotną o dziewiątej. Tym razem wybraliśmy wariant zahaczający o pobliskie jezioro. Po półtorej godzinie znaleźliśmy się nad tym malowniczym zbiornikiem. Widać, że nie często tu ktoś bywa, bo tak czystej wody jeszcze nie widzieliśmy.

– Jak tu pięknie. – z zachwytem podsumowała Ola

– Może zrobimy sobie tutaj zdjęcie. – zaproponowałem.

Tak, to zdjęcie to jedna z najlepszych pamiątek po tej wycieczce. Po dwudziestu minutach podziwiania krajobrazu, spożywaniu kanapek ruszyliśmy w ostatnią część naszej podróży.

Ostatnie dziesięć kilometrów minęło już na gruntowej ścieżce. Pogoda sprzyjała, ptaki ćwierkały, a momentami w oddali było można zobaczyć przebiegające sarny. Dwie godziny minęły niczym dwadzieścia minut i oto znów byliśmy na parkingu przy samochodzie. Zapakowaliśmy plecaki do bagażnika mojego auta i podziękowaliśmy sobie za tą cudowną przygodę i za to, że mogliśmy ją przeżyć razem.

Piotr Smulski

 

Strony: 1 | 2 | 3

Skomentuj

XHTML: Możesz korzystać z tych znaczników HTML: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

 


Outdoor Magazyn