Kamila Kielar „Pogranicze” – I. miejsce w konkursie „Outdoorowym piórem!”

przez Aneta Żukowska | Opublikowano 12 listopada 2013 11:50

Zimno będzie − mówili, jakby to cokolwiek zmieniało. Zimno i wiatr, dodają, jak gdyby zawierucha była argumentem ostatecznym.

* * *

Nie mogę już dłużej udawać, że nie zauważam rozdartej kurtki puchowej. Przy każdym gwałtowniejszym ruchu pierze ulatuje z cichym świstem powietrza. Łatwo udawać, że się tego nie zauważa, bo puch kamufluje się wśród padającego śniegu. Ale czy to faktycznie uciekające pierze, czy zwyczajnie sama świadomość (a najpewniej wzmagający się wiatr) sprawia, że robi się coraz zimniej? Dość na dziś, myślę, zrzucając plecak na śnieg. Drobię w miejscu obutymi w rakiety nogami, żeby ubić śnieg pod namiot. Zbliża się zachód.

* * *

Zachód słońca nad morzem, a jednak z dala od niego. Bo morze jest za widoczną podczas marszu z lewej stromy Mierzeją Wiślaną. Choć znajduję się na otwartej przestrzeni, której brakuje tak niewiele, żeby być morzem, zachód słońca oglądam przez ląd.

Od paru dni wędruję w poprzek zamarzniętego Zalewu Wiślanego, po granicy przebiegających przez niego województw pomorskiego i warmińskiego. Zaczęłam tam, gdzie Szkarpawa, jedno z ujść Wisły, przestaje być niewielką rzeką, a zaczyna być potężnym rozlewiskiem o powierzchni 840 kilometrów kwadratowych. Jutro dojdę już do tego punktu na koniuszku Mierzei, w którym spotykają się wszystkie granice – dwóch województw i dwóch krajów. Stamtąd, już na samym styku polsko-rosyjskim, na drugą stronę zalewu, i granicą lodu i wody do mitycznego Fromborka, o którym każdy słyszał, a w którym prawie nikt nie był.

* * *

Odłamki lodu pryskają, gdy wbijam w niego siekierką śledzie. Wiatr dziś wieje wściekłymi zrywami, dając fałszywe poczucie spokoju pomiędzy nimi. Namiot, mimo że ustawiony łagodniejszą i węższą stroną w kierunku wiatru, głośno trzepoce, walcząc z wichurą. Teraz, gdy Zalew jest zamarznięty, oczywiście nie ma takich wahań poziomu powierzchni wody, jakie zdarzają się w lecie, kiedy z powodu wiatru w ciągu zaledwie jednego dnia jej poziom potrafi się zmienić nawet i o półtora metra. Ale zimą wiatr nie spowalnia i nie odpoczywa, jedynie zamiast wody atakuje mój namiot rozbity na lodzie.

Naciągam puchowe botki, prawdopodobnie najlepszy wynalazek od czasu wymyślenia druku. Wiatr szuka najmniejszych szczelin, żeby się dostać do środka namiotu. To jednak, odkąd mam swoje botki, nie ma najmniejszego znaczenia, wewnątrz zaczyna też być coraz cieplej, bo kończy się gotować kasza na obiad. W tych warunkach rozpalanie zwyczajnej kuchenki gazowej nie ma większego sensu, ogólnodostępna mieszanka propanu z butanem ma złe proporcje. I choć jestem na polskiej ziemi, stosuję rozwiązania nordyckie i dzięki zaprawionym w zimnie mieszkańcom Północy mogę zjeść obiad.

Oprócz botków podczas tej wyprawy najbardziej doceniam też grubą, izolującą matę. Spanie na lodzie nie zostawia żadnego miejsca na półśrodki i kompromisy, podłoże musi skutecznie izolować od lodowatej powierzchni. Nic nie chroni jednak przed wierceniem się w nocy i gdy choć kawałek nogi spadnie z maty, to nawet najlepszy śpiwór puchowy nie jest w stanie uchronić nas przed zimnym paraliżem, szybko rozchodzącym się po ciele niczym małe pająki na ohydnych, lodowatych nogach.

* * *

Jest jeszcze problem rozdartej kurtki. Rozglądam się po namiocie za czymś, co by się nadawało do jej naprawy. Nie chcę używać powertape’a, bo żeby dobrze zadziałał, trzeba by go ścisnąć na kurtce, a tym samym pozbawić ją części właściwości izolacyjnych. Mam jednak klej w lasce, taki od pistoletu klejowego. Roztapiam go nad kuchenką i smaruję brzegi rozdarcia. Puch nieco się paprze, lgnąc do lepkich brzegów i moich palców, ale ostatecznie kurtka znów stanowi jedną całość.

* * *

Zegarek pokazuje już ranek, ale w namiocie wciąż jest ciemno. I cicho, wichura ustała. Rozbudzona, nie mogę przez chwilę połączyć ze sobą tych kilku wykluczających się faktów. Zrywam się jednak ze śpiwora, gdy dochodzi do mnie, że zwyczajnie zasypał mnie w nocy śnieg, a mój namiot zamienił się w igloo. Gdy otwieram jego wejście, śnieg wsypuje się do środka. Nic tu dłużej po mnie, trzeba ruszać.

Śnieg już nie pada, jest wyjątkowa widoczność, na prawo widać wieże we Fromborku, po lewej szuwary od strony Krynicy Morskiej. Rakiety przydadzą się jednak dziś jak nigdy wcześniej. Torowanie drogi przez głęboki, świeży śnieg, z ciężkim plecakiem, bez nich byłoby walką z naturą. Możliwą, ale uciążliwą i czasochłonną.

* * *

Wrzynająca się w lód siatka, biegnąca od coraz bliższego lądu Mierzei, daje mi jasny sygnał, że dochodzę już do Rosji. Prawie 40 kilometrów po lodzie już za mną, teraz skosem zbliżam się do krańca naszego kraju i do miejsca styku kilku granic – województw, państw oraz lądu. Ponieważ idę od strony wody i jestem na otwartej przestrzeni, widać mnie z daleka.

Dlatego pogranicznika zauważam dużo później niż on mnie. No i nie mam całej tej aparatury, w którą go wyposażyła Unia Europejska, by strzegł jej granic przed takimi jak ja. Im jest bliżej, tym łatwiej mi rozpoznać szczegóły jego wyposażenia – ciepłą czapkę, długą broń, czarny szalik zawiązany na twarzy. I naszytą flagę Rosji.

Strony: 1 | 2 | 3

Wyświetlam 3 komentarze
Dodaj swój komentarz
  1. […] Pierwsze Miejsce zajęła: Kamila Kielar za opowiadanie „Pogranicze” […]

  2. Bydgoszczanka M. napisał(a):

    Kamila! Pieknie piszesz. Czyta sue to na jednym wdechu wyobrazajac sobie Twoja przygode jak zywa! Bravo

  3. […] opowiadanie możecie przeczytać tutaj, będzie przez 3 tygodnie również opublikowane na głównej stronie Outdoor Magazynu. To relacja […]

Skomentuj

XHTML: Możesz korzystać z tych znaczników HTML: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

 


Outdoor Magazyn