Justyna Podgórska: Rowerem przez Beskidy

przez Aneta Żukowska | Opublikowano 12 listopada 2013 11:50

Jak zwykle spóźniona rowerem gonię pod sklep. Tym razem spokojna, bo wiem, że chłopaki poczekają. Ale lekkie wyrzuty sumienia są… Po raz kolejny zastanawiam się, jak ja to robię, że wiecznie się spóźniam…

Wpadam pod sklep, uśmiecham się szeroko żeby wstrzymać ewentualne gromy za te 7 min, ale jest cisza, spokój, ciepełko, świeci październikowe słońce, moi panowie również się uśmiechają. Nie ma Anety, żony Tomka, co wzbudza we mnie ogromny niepokój i rodzi mglistą wizję, jak dzisiejsza wycieczka będzie wyglądać, jeżeli rzeczywiście będę jedyną babą w teamie.

Pakujemy siebie i rowery do aut, ruszamy.

Dojeżdżamy do Ustronia, wysiadamy z samochodów. Jebudu! Gałąź spada na auto. Dopiero teraz widzę, co się dzieje z drzewami. Meteo znów się nie pomyliło. Jak nic, wiatr 70 km/h. Zanim dotrzemy w zalesiony, górski teren, walczymy z silnymi podmuchami.

Rozgrzewka – 4 km podjazd po asfalcie, pod takim kątem, że bardzo szybko weryfikuje się, kto trenował, a kto się opierniczał 2 tygodnie, kto się wyspał, a komu snu brakło.

Na początku jeszcze trzymam tempo, ale szybko zaczynam fuczeć i czuć, że mięśnie płoną. Odpuszczam, bez żalu patrząc za oddalającymi się chłopakami. „Jedź swoje!” tłumaczę sobie spokojnie, świadoma, że na pierwszym skrzyżowaniu i tak na mnie poczekają.

Czekają wcześniej. „Co jest?”

„Ach, słaba jestem i tyle. Żałość”. Tak, żałość. Choć wiem, że głównym powodem, dla którego dziś czuję taką słabość jest brak Anety, a co za tym idzie, mordercze tempo narzucone przez panów, którym wydaje się, że jeżdżę na ich poziomie. Ha ha.

Przerzutki zaczynają się buntować. Kurcze, przecież na ostatnim wyjeździe działały bez zarzutu… Patryk zarządza przerwę techniczną, Zbyszek wyjmuje klucze, Tomek grzebie w moim rowerze. „Hak jest krzywy, lepiej nie będzie”. Wsiadam na rower, testuję. Jest idealnie.

Po asfaltowej masakrze wjeżdżamy w teren osłonięty drzewami, słońce przestaje palić, zmniejsza się kąt nachylenia, ścieżka znajoma. Odzyskuję oddech i zaczynam jechać jak człowiek, zastanawiając się, co będzie przed szczytem Czantorii. Trasę znam doskonale – byliśmy tu dwa tygodnie temu. I wiem (choć nie jestem pewna, czy ta wiedza mnie cieszy), że końcówka to są trzy ściany płaczu, na których ostatnio kilka razy musiałam się zatrzymać, żeby płuca zaczęły w końcu łapać jakiś tlen.

Nie stresuję się, jest fajnie. Jest jesiennie. Jest pięknie. Wyłączam się, rozkoszuję ciszą.

Teren faluje, trochę do góry, trochę na dół, zjazdy są szybkie – szerokie gładkie, bez niespodzianek, pozwalamy sobie puścić hamulce i toczyć się swobodnie naszemu sześciorowerowemu pociągowi. Co jakiś czas z boku otwierają się panoramy Beskidów, pola, łąki, wioski. Niebo bezczelnie błękitne, słonko grzeje, turyści grzecznie schodzą nam ze szlaku, gdy robi się wąsko lub przyglądają badawczo, gdy droga szeroka i pozwala na bezkolizyjne, pokojowe współistnienie. Zaczyna się pierwszy podjazd-morderca, mielę przerzutkami, wyłączam mózg i myślenie. Na tej górce myślenie każe zejść z roweru. Na tej górce myślenie każe się zatrzymać i zacząć normalnie oddychać. Na tej górce myślenie pozwala odpuścić, przecież to żadna zbrodnia. Na tej górce myślenie to samo ZŁO! Więc je wyłączam, a w głowie obijają mi się tylko uwagi chłopaków: „zostaw jedno przełożenie zapasu, za chwilę zrobi się bardziej stromo”, „ręce na kierownicy luźno, cała moc w nogi”, „równe tempo”.

Strony: 1 | 2 | 3

Skomentuj

XHTML: Możesz korzystać z tych znaczników HTML: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

 


Outdoor Magazyn