Outdoor Magazyn na X Biegu Rzeźnika

przez Aneta Żukowska | Opublikowano 07 czerwca 2013 15:54

Możliwość startu w Rzeźniku pojawiła się przede mną jakieś 3 tygodnie przed imprezą. Długo się nie zastanawiając, namówiłem do wspólnego biegu Michała Gałuszkę. Wprawdzie nigdy nie startowaliśmy razem, ale znamy się już od kilku lat z rajdów przygodowych i mniej więcej znamy swoje możliwości. Wiedziałem, że Michał zaliczył niedawno maraton, więc jest gotowy na dłuższe bieganie. Ja z kolei przygotowuję się do tegorocznej edycji CCC, biegu na 100 km pod Mt Blanc. Na wiosnę nie miałem najmniejszych problemów z przebiegnięciem 50 km maratonu na orientację; nie chciałem więc przegapić okazji na kolejny porządny trening.

X Bieg Rzeźnika (fot. Bartosz Rzemek)

X Bieg Rzeźnika (fot. Bartosz Rzemek)

Do Cisnej dotarliśmy w czwartek popołudniu. Przywitała nas ładna pogoda i grupki znajomych, których co chwilę spotykaliśmy w drodze do biura zawodów. Szybko odebraliśmy pakiety i rzuciliśmy się do kultowej „Siekierezady” na przedstartowe pierogi (wiadomo, grunt to węglowodany). Nie chcąc tracić czasu, rozłożyliśmy szybko nasze rzeczy na dwa przepaki, by zaraz po zakończeniu odprawy zasnąć spokojnym, kamiennym snem.

Bezlitosny budzik wyrwał nas z łóżek chwilę po 1 w nocy. Dość często odczuwam przed startem straszną niechęć do jakiejkolwiek aktywności fizycznej, marząc jedynie o pójściu dalej spać. Trochę tak, jakby organizm wiedział, jakie rozrywki zaplanowałem dla niego na najbliższych kilkanaście (czy w przypadku rajdów – kilkadziesiąt) godzin i z czym się to wiąże, dając jednocześnie do zrozumienia, że on się na coś takiego nie pisze. Tym razem – o dziwo – „w narodzie” nie brakowało chęci, co postanowiłem uczcić 2-3 kanapkami z serem.

Michał Gałuszka i Michał Unolt - drużyna Outdoor Magazynu na Biegu Rzeźnika 2013, tuż przed wyjściem w wilgotną, ciemną noc... (fot. Outdoor Magazyn)

Michał Gałuszka i Michał Unolt – drużyna Outdoor Magazynu na Biegu Rzeźnika 2013, tuż przed wyjściem w wilgotną, ciemną noc… (fot. Outdoor Magazyn)

Podczas gdy smarowaliśmy się obficie sudocremem w różnych mniej lub bardziej narażonych na obtarcia miejscach, musieliśmy ostatecznie zdecydować „w co się ubrać”. Niedługo potem, wystrojeni trochę jak na paradę równości, wsiedliśmy do czekającego przed naszym hotelem autobusu i wyruszyliśmy do Komańczy na start.

Kawka przed autobusem wiozącym zawodników na start (fot. Outdoor Magazyn)

Kawka przed autobusem wiozącym zawodników na start (fot. Outdoor Magazyn)

Blisko tysiąc biegaczy tłoczyło się w oczekiwaniu na wystrzał startera. Pogoda była idealna – blisko tygodniowe deszcze ustały godzinę wcześniej, a ok. 10°C dawało komfort termiczny. Prognozy zresztą też wyglądały korzystnie. Plan mieliśmy prosty – zacząć spokojnie, nie dać się ponieść tłumowi i robić swoje. Aha, no i nie zgubić się w tłumie. Chcieliśmy zmieścić się w 12 godzinach i w miarę możliwości biec dalej do Wołosatego.

Start X Biegu Rzeźnika (fot. Outdoor Magazyn)

Start X Biegu Rzeźnika (fot. Outdoor Magazyn)

 

Bieg_Rzenika12

Wiedzieliśmy jak kształtowały się międzyczasy na poprzednich Rzeźnikach dla poszczególnych rezultatów końcowych i zamierzaliśmy skorzystać z tej wiedzy. Nauczeni rajdowym doświadczeniem, nie nastawialiśmy się na nadmierne wygody w trakcie biegu – w plecakach mieliśmy tylko trochę picia i jedzenia mającego wystarczyć do najbliższego punktu kontrolnego, lekkie kurtki i parę drobiazgów.

Kilka minut po 3:30 po okolicy rozniósł się huk wystrzału, zabawa właśnie się zaczęła. Pierwsze kilometry to dość szeroka, utwardzana droga do Jeziorek Duszatyńskich, kawałek podejścia na Chryszczatą (tutaj już wkroczyliśmy w świat bieszczadzkiego błota) i zbieg na Przełęcz Żebrak. Pokonaliśmy ten odcinek dość spokojnie, bez rwania i niepotrzebnego gonienia, rozgrzewając się stopniowo. Biegliśmy wszędzie tam gdzie teren swobodnie puszczał (czyli poza podejściami), a na zbiegach sprawdzaliśmy jak spisują się nasze buty na obłoconej nawierzchni. Spisywały się wyśmienicie.

Na pierwszym punkcie pomiaru czasu powiedziano nam, że było już ok. 100 zespołów. Wydawało mi się to dość sporo, pomyślałem, że albo ludzie mocniej przytrenowali albo będą odpadali w drugiej części biegu. Prawda jest taka, że w biegach ultra decydujące jest nie pierwsze 50 km, a ostatnie 20. Później, z tabeli wyników, wyczytaliśmy, że – owszem – byliśmy w okolicach pierwszej setki, ale zawodników, a nie zespołów! Bądź co bądź, spora różnica.

Przepak w Cisnej (fot. Outdoor Magazyn)

Przepak w Cisnej (fot. Outdoor Magazyn)

Aż do Cisnej czuliśmy się bardzo dobrze, humory dopisywały, wykorzystywaliśmy wszystkie zbiegi i wypłaszczenia, na których nie hamowaliśmy nóg. Na przepaku chwilę zamarudziliśmy, dobraliśmy jedzenie i picie, kijki w ręce i ruszyliśmy dalej. Trzymaliśmy się mniej więcej założonych czasów i byliśmy optymistycznie nastawieni co do końcowego wyniku.

Trasa Biegu Rzeźnika, po przepaku w Cisnej (fot. Outdoor Magazyn)

Trasa Biegu Rzeźnika, po przepaku w Cisnej (fot. Outdoor Magazyn)

Jakieś pół godziny później nie było już tak kolorowo. Czuliśmy, jak strome podejście na Małe Jasło odcinało nam stopniowo dopływ energii, zdecydowanie zwolniliśmy i nie mieliśmy z czego wykrzesać sił. Zaaplikowaliśmy sobie batoniki i żele energetyczne i po jakimś czasie było trochę lepiej, chociaż aż do przepaku w Smerku nie byliśmy demonami prędkości, mimo że i tak staraliśmy się biec tam, gdzie tylko się dało.

Strony: 1 | 2 | 3 | 4

Wyświetlam 1 Comments
Dodaj swój komentarz
  1. […] – „standardowy”, 77,7 km, ok. 6200 m (+/-) przewyższenia, limit: 16 h – relacja z ubiegłorocznego Biegu Rzeźnika znajduje się TUTAJ. […]

Skomentuj

XHTML: Możesz korzystać z tych znaczników HTML: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

 


Outdoor Magazyn